Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Na początku sierpnia 1945 r. przyjechałem pociągiem z Łodzi, nie na Dworzec Główny w Szczecinie, tylko na Dworzec Gumieńce (Szczecin Shöne – tak po niemiecku się nazywał). Wjeżdżaliśmy transportem przez most, który się chwiał i trochę było niebezpiecznie.
Był to okres, w którym było niewesoło. Ludzie nie tylko rabowali i kradli, ale i mordowali. Przychodzili tu i nie liczyli się z nikim. Nie wiadomo było, co to był za typ. Rabowali głównie Rosjanie, ale też i Polacy. Niemcy ze strachu uciekali.
Razem z kolegami stworzyłem Straż Ochronną Szczecina. Niestety ten temat nie ma nigdzie dokumentów. Jak przed emeryturą szukałem papierów, to nawet w archiwum nie było nic.
Komendantem straży był Czesław Lachert. Dali nam zakwaterowanie w Urzędzie Wojewódzkim, pokój z balkonem. Było nas tam około piętnastu.

Wspomnienia spisała: Agnieszka Miczkuła z klasy III e Gimn. nr 21 w Szczecinie
Opiekunowie: mgr Małgorzata Żytyńska, ks. mgr Tomasz Kancelarczyk

Wspominał: Bronisława Brzozowski

OMNE PRINCIPIUM DIFFICILE – Każdy początek jest trudny

Gdy Rosjanie weszli do Rostoku i nas uwolnili, ja z kilkoma kolegami udałem się pieszo do Polski. Kolej jeszcze w tym czasie nie działała.
Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że wtedy źle zrobiłem. Trzeba było zostać, i tak jak inni, potem przyjechać z dobytkiem, pociągiem, do kraju. Chęć powrotu do kraju była wtedy większa niż oczekiwanie na poprawę warunków.
Po drodze zaszedłem do opuszczonego majątku. Był tam wielki salon, piękna biblioteka i śliczny, biały fortepian. Otworzyłem klawiaturę, która była przestrzelona z karabinu maszynowego. To samo było z książkami. Stłuczone lustra w salonie też sprawiały przygnębiające wrażenie. Wszystko to było zdemolowane przez Rosjan. Niechby wzięli i korzystali z tego, ale nie mogli zabrać, więc zniszczyli. Przecież ktoś inny mógł z tego korzystać.


Fot. 1. Bronisław Brzozowski

Do Łodzi dotarłem, w końcowym odcinku drogi, na dachu pociągu, razem z kolegami, którzy stamtąd pochodzili. Nie miałem tam nikogo Przez pierwsze dni kolega do mnie mówił: „Pojedźmy do Łęczycy, tam mam rodzinę”. Pojechaliśmy. Jednak rodziny tam nie zastaliśmy, tylko jakąś ciotkę. Jedną noc tam przenocowałem i powiedziałem, że wracam do Łodzi. Tam spotkałem następnego kolegę, który powiedział mi, że „kolejarze, jeżdżący do Wilna widzieli się z moimi rodzicami. Dowiedziałem się, że wyjeżdżają do Wrocławia.” Kolega ostrzegł mnie jeszcze, żebym nie jechał do Wilna, bo „tam Rosjanie wywiozą mnie za Moskwę i wrócę z powrotem co najmniej za dwa lata”.
Ostatecznie wybrałem się do Warszawy. Miałem przy sobie kreślarskie przyrządy lotnicze. Zabrałem je z fabryki w Łodzi, gdzie stały na korytarzu w jakiejś torebce. Wziąłem je, nawet nie wiedząc, co to jest. W Warszawie sprzedałem te przyrządy za osiemset złotych. Warte one były dwadzieścia trzy tysiące, ale sprzedawało się wtedy wiele rzeczy, i nie za tyle, ile było warte, ale za tyle, ile kto dał. Pieniędzy na pobyt w Warszawie starczyło mi tylko na dwa dni. Z powrotem wróciłem do Łodzi, gdzie zahaczyłem się do pracy w Lidze Morskiej. Przepracowałem miesiąc i nie bardzo widziałem tam swoją przyszłość.
Przeszedłem się do konserwatorium, odwiedzić starych znajomych. Wszyscy profesorowie z Wilna przyjechali do Łodzi. Tam spotkałem swoją profesorkę. Proponowała mi, żebym kończył studia.
– No dobrze, – mówię do pani profesor – jak nie mam co do ust włożyć i co na nogi włożyć, nie mam dachu nad głową, to jak ja mogę studiować. Muszę pomyśleć, ażeby o siebie zadbać, i nie dam rady się uczyć.

Łódź to dla mnie było obce miasto. Koledzy zaczęli namawiać mnie, aby „jechać na zachód. Tam chociaż będziemy mieli mieszkanie.” No ale dokąd jechać? Do Wrocławia, czy do Szczecina? Ja jednak wolałem to drugie, bo zawsze bliżej morza. Jeszcze słyszałem, że Szczecin miał być wolnym miastem i pomyślałem, że tu będzie lepiej niż we Wrocławiu.

I tak trafiliśmy w 1945 r. tu, do Szczecina. Z początku, już po trzech dniach, chciałem uciekać. Ale to jakoś minęło i tak zostałem do dzisiaj. Rodzina moja z Wilna do Wrocławia nie pojechała.
Pewnego dnia siedzę sobie w domu (mieszkałem wtedy w oficynie), a tu przychodzi mój starszy brat.
– A ty skąd się tu wziąłeś – spytałem go. A on mi odpowiedział:
– Rodzice są na Dworcu Niebuszewo.
– No to dobrze – bardzo się ucieszyłem. Byłem tu administratorem i przydzieliłem im mieszkanie.
Drugi brat, który już nie żyje, przebywał wówczas w Świebodzinie. Potem się dowiedział, że ja jestem w Szczecinie i też tu przyjechał.

Na początku sierpnia 1945 r. przyjechałem pociągiem z Łodzi, nie na Dworzec Główny w Szczecinie, tylko na Dworzec Gumieńce (Szczecin Shöne – tak po niemiecku się nazywał). Wjeżdżaliśmy transportem przez most, który się chwiał i trochę było niebezpiecznie.
Wyładowali nas na Gumieńcach. Był tam tylko mały budyneczek, a wkoło pustka. Pokazali drogę do miasta. Jedni szli pieszo, inni zostali. Ja poszedłem. W drodze dowiadywałem się od ludzi, jak dotrzeć do Urzędu Repatriacyjnego. Niektórzy już tutaj przybyli wcześniej i to miasto trochę znali. Szedłem dzisiejszą Aleją Piastów. Wokoło było pełno gruzu.
Urząd Repatriacyjny dla przyjezdnych ze wschodu znajdował się przy ulicy Małopolskiej – tu gdzie teraz jest szkoła. Drugi urząd – dla tych, co przyjeżdżali z zachodu, był przy ulicy Jagiellońskiej, gdzie dzisiaj jest wytwórnia wódek. Tam Anglicy przywozili autobusami Polaków i ich rejestrowali. Dopiero wtedy podejmowano decyzję: zostać czy jechać dalej.

Przyszedłem na ulicę Małopolską. Ludzie leżeli na starych leżakach, składanych fotelach, na podłogach. Żadnych łóżek! Tak ludzie nocowali. Nikt się nimi nie opiekował. Rano tylko kawę im rozdawano.

Zarejestrowałem się 17 sierpnia 1945 roku. Dostałem przepustkę, ponieważ bez niej nie wolno było poruszać się po mieście. Przepustka była wypisana w języku polskim i rosyjskim. Trzeba było ją nosić przy sobie i okazać na każde żądanie. Kontrolowali to Rosjanie i Polacy. Dużo tu było chuliganów, złodziei, itp. Zachowała mi się ona do dnia dzisiejszego.


Fot. 2. Przepustka Bronisława Brzozowskiego z sierpnia 1945r.

Razem z kolegami stworzyłem Straż Ochronną Szczecina. Niestety ten temat nie ma nigdzie dokumentów. Jak przed emeryturą szukałem papierów, to nawet w archiwum nie było nic.
Komendantem straży był Czesław Lachert. Dali nam zakwaterowanie w Urzędzie Wojewódzkim, pokój z balkonem. Było nas tam około piętnastu.
Dwa gmachy Komendy Wojewódzkiej i po drugiej stronie, gdzie kościół na ulicy Małopolskiej – to wszystko było zajęte przez Rosjan (NKWD).
Kiedyś poszliśmy z kolegami na Wały Chrobrego, nad wodę na spacer. Nagle okrążyli nas Rosjanie i pod karabinami zabrali bez przyczyny. Przyprowadzili nas pod gmach koło kościoła i jeszcze przy okazji pobili. Mnie okulary zerwali. Miałem pióro Pelikan, to mi też zabrali. Ustawili nas w szeregu. Wtedy wiele osób aresztowali. Okazało się, że nie tylko nas, ale całą okolicę, pod pretekstem, że ktoś strzelał. A przecież my nie mieliśmy z czego. Dobrze się stało, że zawiadomiono kogoś z Komendy Wojskowej i przyjechali Polacy – jakiś major z oficerami.
Rosjanin przyczepił się do mojego kolegi, Mariana – mówił, że „ten czarny strielał”. Marian zaprzeczał, ale tak się uparli, że zabrali go ze sobą na komendę. Ja też poszedłem za nim i wybroniłem kolegę. Oficer wypuścił go na wolność. Przez tę noc, to już po trzech dniach pobytu miałem dość Szczecina i chciałem z powrotem wracać do Polski.

Każdej nocy w Szczecinie było kilku zabitych. Wokoło były gruzy. Takie ulice, jak Aleja Jedności Narodowej, Aleja Piastów, były nimi zawalone. Budynki stojące wzdłuż ulic były zbombardowane i tylko niektóre oficyny stały. Niemcy, chcąc dojść do oficyny, musieli sobie przejście zrobić – i wszystko powyrzucali na aleje. Były tam śmieci, różne przedmioty. My to wszystko później odgruzowywaliśmy w tak zwanych pracach społecznych. Zakłady pracy organizowały takie akcje. Odgruzowywaliśmy w pierwszej kolejności linie tramwajowe.

Z komendy na Wałach Chrobrego przenieśli nas na Kreckowerstrasse (dziś ul. Adama Mickiewicza 18, gdzie jest Uniwersytet Szczeciński), do ówczesnej bursy. Tam założono Komendę Straży Ochrony Szczecina, w której ja zostałem zastępcą szefa zaopatrzenia. Należało do niej około 800 strażników, którzy wyposażeni byli we francuskie karabiny o dużych gabarytach. Posterunki zakładaliśmy przy samochodach radiowych, garażach, zarządzie miejskim i różnych instytucjach.
Pilnowano Radia, które w tym czasie rozpoczęło działalność. Były nawet takie przypadki, że Rosjanie przyjechali w nocy pod budynek radia, rozwalili bramę, zastrzelili strażnika i ukradli samochody.
Mimo końca wojny, ginęło dużo strażników. Nie mieliśmy wystarczającej ilości broni. Wystąpiliśmy z prośbą do władz, aby wysiedlić ludzi (Niemców) z tego budynku, w którym dzisiaj mieszkam. Dostałem wtedy w oficynie małe mieszkanko. Mimo, że w budynku był strażnik, pewnej nocy Rosjanie wywalili bramę, wjechali samochodem i chcieli rabować. Na szczęście mieszkali tu jeszcze inni strażnicy, którzy wybiegli ze swoimi starymi karabinami i obronili kamienicę.

Jednego razu strażnicy z naszej komendy pojechali na Gorkiego, aby wysiedlać stamtąd Niemców. Komendant wydał mi polecenie, abym pojechał z nimi. No, to ja pojechałem.
Stanąłem z daleka i czekałem. Gdy strażnicy zbliżyli się do budynku, Niemcy pootwierali okna i krzyczeli „Hilfe!” (ratunku). Zobaczyłem, że trzeba walczyć z ludźmi i wycofałem się.
Przyszedłem na komendę, a tu telefon, że resztę strażników okrążyli Rosjanie i zaaresztowali. Na szczęście potem ich zwolnili. Blok nie został wysiedlony. Jednak ta akcja nie była jeszcze taka straszna.

Najgorzej było na Pogodnie. Wille i domki stały puste, ale nie było tam jak się dostać. Ten dzisiejszy most Akademicki przy ulicy Adama Mickiewicza był zwalony. Chodzono tylko po drewnianej kładce.
Na Alei Wojska Polskiego, przy dzisiejszym dworcu kolejowym Szczecin-Łękno, most też był zbombardowany. Nie można było tam dojechać. Mimo to jakiś sierżant od nas naznosił starych mebli do jednego z domków i miał tam mieszkanie. Ja jednak nie pchałem się na inne dzielnice, bo ich nie znałem. W mieście mówiło się, że tam napadają i rabują w nocy Rosjanie.

W Szczecinie osiedlało się Wojsko Polskie, powstawała Milicja Obywatelska. Straż Ochrony Szczecina – do której należałem – rozwiązano. Był to okres od września 1945 roku do roku 1946. Kto chciał, ten przeszedł do Milicji Obywatelskiej lub do innych organizacji. Na dzień dzisiejszy o istnieniu tej straży żadnych dokumentów nie ma. Ja, na podstawie pozwolenia na broń, wystawionego przez nasz sekretariat, udowodniłem, że kiedyś taka straż istniała. Nawet w archiwum złożyłem papiery na ten temat, a oni odpowiedzieli mi, że nie ma tu żadnych dokumentów w tej sprawie.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Na Gumieńcach mieszkała moja żona (przed ślubem) i opowiadała potem, że żyło się tam cały czas pod strachem, bo Rosjanie w nocy „walili do drzwi i wołali” („diewuszki” szukali)…
Poznałem się później z jej bratem. Był elektrykiem. Ponieważ zostałem administratorem domu (Felczaka 6 i 5), dałem im później tutaj mieszkanie. Żona się sprowadziła tutaj i wzięliśmy ślub.


Fot. 3. Zaświadczenie Bronisława Brzozowskiego – administrator nieruchomości od 1 XI 1946r. do 1 1I 1948r.

Dopóki komenda wojenna była w Miejskiej Radzie Narodowej, to jeszcze było jako tako.
Zorganizowano z początku bazar na ulicy Świerczewskiego. Handlowano tam wszystkim. Jeden miał chleb, drugi co innego. Niemcy też różne rzeczy sprzedawali. Kiedy Rosjanie napadali na stoiska, wszyscy uciekali i chowali się ze swoim towarem.
Potem rynek przeniesiono na Aleję Piastów, od dzisiejszego Placu Sprzymierzonych do ulicy Jagiellońskiej, a następnie na Plac Żukowa. Postawiono tu stragany. Rynek był dosyć duży. Rosjanie też tu podjeżdżali, ale był to już okres późniejszy.

Z tamtego okresu pamiętam dwa kościoły: Matki Bożej Królowej Korony Polskiej i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W tym drugim organistą był mój kolega, Stanisław Hrynkiewicz z Wilna. Prowadził on jeszcze przez dłuższy czas chór „Domu Kolejarza”. Potem zajął się sportem (w tym czasie, gdy powstawała „Pogoń”). Potem wyjechał na wschód i prawdopodobnie zmarł.
W tym okresie Katedra była zniszczona. Kościół św. Jana był zamknięty – tam też było rumowisko. Pozostawiono jakieś dekoracje, ale nikt tego nie pilnował.
Jedynie kościół przy ulicy Królowej Korony Polskiej był jako tako czysty. W nim brałem ślub, chrzciłem dzieci. Nie pamiętam tylko, kto był tam pierwszym proboszczem. Bardzo dobrze pamiętam zaś proboszcza ks. prałata Zygmunta Szelążka.

Mój szwagier był saksofonistą. Założyłem z nim zespół i graliśmy w lokalach. A było ich dużo, co krok na każdym rogu ulicy Jagiellońskiej i Bogusława, gdzie nie było wiele zniszczeń. Tam stały budynki, które stoją do dzisiaj.

Był to okres, w którym było niewesoło. Ludzie nie tylko rabowali i kradli, ale i mordowali. Przychodzili tu i nie liczyli się z nikim. Nie wiadomo było, co to był za typ. Rabowali głównie Rosjanie, ale też i Polacy. Niemcy ze strachu uciekali.
Kiedyś miałem takie zdarzenie. Szedłem ulicą Niedziałkowskiego, a naprzeciwko podpity Rosjanin, niski, z pepeszą, zatrzymuje mnie:
– Czasy masz?
Złapałem za lufę, odsunąłem go i po rosyjsku powiedziałem:
– Czy ty durnia znalazłeś?
On zabrał się i poszedł.

Także na bazarach były napady. Wszystko to podpite chodziło, rabowało, napadało. Miał pięć zegarków – to jeszcze mu szósty był potrzebny. Z tymi zegarkami to był u nich szał, epidemia. Ale był taki pułkownik, Jankowski, który się za to wziął. Rosjan zamykano w koszarach i nie wolno im było ich opuszczać. Panoszyli się na Pogodnie, na Alei Wojska Polskiego i na Gumieńcach. Bardzo dużo ich w mieście było.

W Szczecinie gościł Bierut, Michał Rola Żymierski i Osóbka Morawski. Msza się odbywała na Jasnych Błoniach, nieopodal dzisiejszej fontanny „Bartłomiejki”. A oni siedzieli na rozstawionych krzesłach. Ja osobiście ich widziałem, co prawda z daleka, bo bliżej nie można było podejść.

Z początku tramwaje nie chodziły, ponieważ tory były zasypane. My to wszystko odgruzowywaliśmy łopatami. Spychaczy było za mało, koparek tak samo, więc wszystko robiło się rękoma. Wpierw działała tylko jedna linia: z Gocławia, wzdłuż Odry, do centrum miasta. Stopniowo odgruzowywano następne linie. Tramwaje były elektryczne. Także wykorzystywano stare poniemieckie wozy tramwajowe.
Z wodą w Szczecinie nie było problemu, ponieważ oprócz wodociągów działało dużo pomp.
Prąd też był we wszystkich starych budynkach. Zaopatrywane były one przez elektrownię na Pomorzanach.
Mosty były zerwane. W dobrym stanie był tylko jeden most wojenny, na przeciwko ulicy Dworcowej.

Przez cztery czy pięć lat grałem w „Magnolii” (obecnym „Żaku”, znajdującym się naprzeciw Książnicy Pomorskiej). Knajpka ta była słynna na całym świecie. Przebywali tam tylko marynarze i towarzyszące im dziewczęta.
Tu był także luksusowy, prywatny lokal „Sim”. Parkiet był ze szkła, podświetlany, a za Niemców prawdopodobnie były lustra. Odbywały się tam występy artystyczne. Potem, jak likwidowano prywaciarzy, przydzielono go do „Gastronomii”. „Gastronomia” otworzyła „Bajkę”, do której teraz prznosili się wszyscy z „Magnolii” – to też był luksusowy lokal. Potem „Magnolię” zamknięto. Trwało to w czasie, kiedy do Polski przypływali Finowie. Skończył się węgiel i wraz z nim całe „towarzystwo” zakończyło swoją działalność.

„Kaskada” początkowo nazywała się „PDT” (Państwowy Dom Towarowy). Na dole był dział spożywczy, a na górze meble itp. Potem zrobiono remont i na trzecim piętrze otworzono lokal „Kaskada” – zrobiono loże, postawiono palmy.
Na otwarcie lokalu grałem z siedmioosobowym zespołem. Pracowaliśmy tu około cztery miesiące. Potem piętro niżej otworzono kawiarnię. Od siedemnastej do dwudziestej drugiej graliśmy w kawiarni, a potem, od dwudziestej drugiej do trzeciej w nocy graliśmy na górze (było to około 1951 roku).
Potem przyszedł tu inny zespół, a my przeszliśmy do restauracji „Morskiej”, zwanej później „Stocznia” (dziś jest to „Tiger Pub”).
W następnych latach w „Kaskadzie” otworzono restaurację, która nazywała się „Centralna” (istniała ona do kwietnia 1981 roku, kiedy to cały kompleks spłonął). Grałem także w „Balatonie”.
W mieście funkcjonowały też prywatne knajpki, składające się z dwóch, trzech sal.
Z początku grałem przy Królowej Jadwigi, w takiej małej knajpce, która nazywała się „Jaskółka” (już nie istnieje).
Na ulicy Małkowskiego był „Meteor”, natomiast „Union” (dzisiaj „Gdak”), na rogu ulicy Bogusława i Małkowskiego. Później, w 1957 r. otwarto „Magnolię” – lokal na poziomie. Przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, w „Małej Adrii”, też grałem. A po drugiej stronie, gdzie była księgarnia, a dziś jubiler i centrum handlowe, na rogu Alei Wojska Polskiego i Bogusława – była „Patria”. Natomiast na ulicy Krzywoustego, tu gdzie sklep ogrodniczy, była „Fregata”. Na początku lat pięćdziesiątych grałem też w „Żeglarskiej”. To był ładny lokal. Podwórko było oszklone i w środku stały palmy. Z początku ten lokal nazywał się „Polonia”. Potem szyby te pozdejmowali, palmy polikwidowali i zostało się tylko wejście. Później przebudowano go i zrobiono „Unibar”, gdzie ludzie tańczyli (na dzień dzisiejszy jest tam fryzjer).

Parki, zaraz po wojnie – to jednocześnie były cmentarze. W Parku Żeromskiego, zaraz z frontu były mogiły; niektóre pozapadane, co pozwala sądzić, że pochodziły sprzed wojny. Od strony Wałów Chrobrego znajdowały się groby kilku żołnierzy, których ciała potem ekshumowano. Na Placu Żołnierza pochowanych było kilku rosyjskich żołnierzy, też poddanych ekshumacji. Groby były też na dzisiejszym Placu Sprzymierzonych, a nawet w Parku Kasprowicza.
Cmentarz po drugiej stronie ulicy Słowackiego pozostał do późnych lat sześćdziesiątych. Potem, w ramach czynów partyjnych, uprzątnięto te tereny. Pomniki porozbijano i zrobiono z nich murki. Znajdowała się tam też ładna kaplica, a w niej grobowce. Gdy zaglądałem do nich, to widziałem szkielety wywalone z trumien na podłogę. Widocznie ktoś tam złota szukał. Kopano też na dzisiejszej ulicy Niemierzyńskiej, między szkołą a torami. Wtedy były tam nawet aleje: główna, a od niej odchodziły boczne. Wykopywano tam czaszki. Zgłosiłem to na ówczesną Milicję Obywatelską, ale oni machnęli na to ręką.

Na dzisiejszej ul Niemierzyńskiej znajdował się też obóz dla pracowników przymusowych w czasie wojny. Zaraz po wojnie była tam brama, podmurówka pod strażnice i baraki, z których trzy były podpiwniczone. Teraz to wszystko zrównane jest z ziemią.

Cmentarz Centralny pamiętam, bo tam w 1947 roku pochowałem mojego ojca. Grób ten znajduje się za Krzyżem Katyńskim, koło lipy. Pochowani są tam też: moja mama i dwóch braci. Wtedy wokoło były groby poniemieckie. W alejce obok były jeszcze dwa groby księży. Dziś ich już nie ma.

Teatr na Placu Żołnierza był w bardzo dobrym stanie. Co prawda spalił się, ale w środku. Na zewnątrz były grube i dobre mury. Szkoda, że nie przeprowadzono remontu, bo do dziś mógłby nam służyć. Ale przyszła decyzja „wyburzyć!” – a dziś postawiono maszt ze statku MS „Konstanty Maciejewicz”. A był tam dojazd tramwajem, wokoło plac i wygodny dojazd samochodem. Po prostu zmarnowali miejsce.
Kiedyś Gomułka wydał zarządzenie, że nie wolno stawiać domów wyższych jak do trzech pięter. Dlatego wybudowali w tej okolicy („Starówka”) budynki o małych pokoikach i ludzie do dzisiaj się w nich męczą.

Przy odgruzowywaniu miasta wybierano cegły i ładowano na samochody, wywożąc je do Warszawy. Naszą cegłą odbudowywali stolicę.

Gmach filharmonii też rozebrano. Był taki masywny, wysoki, jak gmach dzisiejszej policji. Miał smukłe, strzeliste okna. Trzeba było trochę włożyć pieniędzy i można było go odbudować, a nie rozebrać i zrobić parking.
Po wojnie zamek i baszta były w ruinie, stały tylko mury.
Kościół św. Piotra i Pawła nie był uszkodzony.

Tam, gdzie dziś jest Radisson, były gruzy. Strach było chodzić. Szabrowników z Polski najeżdżało, kradli…

Miałem też kiedyś takie oto zdarzenie. Jedna Niemka przychodziła tu sprzątać, zawsze się jej parę złotych dało. Kiedyś przybiegła do mnie i po niemiecku powiedziała mi:
– Bronek, jak szłam tutaj, to napadł mnie ktoś i zabrał mi płaszcz.
To ja wziąłem karabin i mówię:
– Chodź.
Pobiegliśmy w to miejsce i dogoniliśmy mężczyznę… Młody, podpity chłop zdjął kobiecie płaszcz. Mówię mu, że do pracy się nie bierze, a kobiecie płaszcz z pleców zdejmuje. Zabrałem go i zamknąłem w piwnicy, a na drugi dzień milicji oddałem.

Niemcy z Polakami i Rosjanami musieli żyć w zgodzie. Niemców grupowano na Grabowie, koło stoczni, w barakach, a potem wywożono. Niektórzy z nich byli na poziomie. Na przykład mąż tej pani, co przychodziła sprzątać – nie był na wojnie z powodu braku zdrowia. Jego żona mówiła do mnie po imieniu:
– Bronek, ty jedź ze mną do Niemiec. Ja powiem, że jesteś moim synem i będziesz miał dobrze.
Ja jej odpowiedziałem:
– Jak ja mogę jechać, jeśli czekam na rodziców, którzy przyjadą do mnie z Wilna. Po prostu nie mogę.

Rosjanie wszystko wywozili. Na Stołczynie była olejarnia, a w niej trzy lub cztery baseny, półkoliste, jak do benzyny – takie olbrzymie, jak cztery pokoje. To nawet to zabrali. Jak oni to wzięli?
Cały port był ogrodzony drutem kolczastym, z wejściem pilnowanym przez strażnika.
Wały Chrobrego były otoczone samymi skrzyniami, a za ogrodzeniem chodzili strażnicy.
Od dzielnicy Zdroje aż do Dąbia, po lewej stronie, wzdłuż toru kolejowego, stały pianina i fortepiany – rzędem. Padał na nie deszcz. Na fortepianie leżało pianino. Oni zgromadzili je chyba z całego miasta. Aż żal było patrzeć, jak to się wszystko marnowało. Choć jedno uratowałem…


Fot. 4. Potwierdzenie zezwolenia Okręgowego Urzędu Likwidacyjnego na posiadanie pianina przez pana Bronisława, od 30 XI 1946r.