Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Ten człowiek przybył do Szczecina 12 maja 1945 r. i do dziś tu pozostał. Bezgranicznie poświęcał się pracy społecznej, kierował się głęboko pojętym patriotyzmem i nieustanną myślą o innych. Działał na rzecz bliźnich i swojej Małej Ojczyzny. Gasił pożary wśród ruin, grzebał martwych żołnierzy i cywilów, stworzył pierwszy teatr amatorski i teatr kukiełkowy, zakładał kluby piłki nożnej, oprowadzał turystów po mieście… Przyczynił się do powstania pomnika ofiar, które pochłonęła wojna w czasach bezprawia, tuż po jej zakończeniu.
Dla młodej kobiety, która bez ran postrzałowych lub innych oznak przemocy leżała martwa na ulicy, z rączką dziecka mocno przyciśniętą do piersi, wykopał nawet osobny grób na skraju drogi. Tylko Pan Lagun zna to miejsce, tylko dla niej i jej dziecka zapala co roku lampki na Wszystkich Świętych. Ona również ucieleśnia dla niego wszystkich tych bezimiennych i nieznanych, którzy dostali się pod koła Wielkiej Historii.

Wspomnienia spisały i dokumenty utrwaliły:
Katarzyna Stężewska, Joanna Piasecka, Beata Bernat
z klasy 3a LO Zespołu Szkół nr 6 w Szczecinie
Opiekun: Monika Walkowiak
Wspominał: Stanisław Lagun

WSTĘP

Celem naszej pracy jest ukazanie, jak wiele wysiłku i zaangażowania włożyli nasi przodkowie w odbudowę i istnienie obecnego Szczecina. Podjęłyśmy się udziału w tym konkursie, ponieważ chciałyśmy pokazać zapomnianą przez wielu historię naszego miasta. Okres II wojny światowej był szczególnie ważny w dziejach Szczecina, który po jej zakończeniu znalazł się w granicach Polski.
Chciałybyśmy zwrócić szczególną uwagę na Pioniera – Pana Stanisława Laguna, który swoją wieloletnią pracą poświęcał się na rzecz rozwoju Szczecina, nieustannie angażował się w walkę i starania o to, by przyszłym pokoleniom żyło się lepiej. Odbyłyśmy z bohaterem naszej pracy wiele spotkań, w trakcie których przeprowadziłyśmy rozmowy. Na ich podstawie powstałą niniejsza praca.
Ten człowiek przybył do Szczecina 12 maja 1945 r. i do dziś tu pozostał. Bezgranicznie poświęcał się pracy społecznej, kierował się głęboko pojętym patriotyzmem i nieustanną myślą o innych. Działał na rzecz bliźnich i swojej Małej Ojczyzny.

Pracując nad tym tematem starałyśmy się przedstawić Szczecin w sposób ciekawy, a jednocześnie nie odbiegający od prawdy historycznej.

Pan Stanisław Lagun w czasie II wojny światowej, podobnie jak większość Polaków, doświadczył wielu krzywd i niesprawiedliwości ze strony Niemców. Sowieccy żołnierze zabili mu ojca, a jego samego hitlerowcy wykorzystywali w obozach pracy na terenie III Rzeszy. Wojna i jej skutki spowodowały u Pana Laguna głęboki szok emocjonalny, wywołany wielkim cierpieniem nie tylko fizycznym, ale także psychicznym. Śmierć, którą widział na co dzień, jeszcze bardziej potęgowała jego nienawiść do Niemców, którzy ponosili pełną odpowiedzialność za wybuch wojny. Mimo tej wrogości nie odmówił on pracy w Niemieckim Domu Kultury, gdzie miał pracować z niemieckimi dziećmi. Jego zgoda wynikała z przekonania, że dzieci nie są winne złu, które zostało uczynione. Uważał on, że dziecko nie może brać odpowiedzialności za to, że przypuszczalnie jego ojciec zabijał Polaków (jako żołnierz czy esesman).
Pan Lagun uważał, że dzieci te pozostawione bez opieki i pomocy ze strony dorosłych, w przyszłości nie wyrosną na dobrych ludzi. Praca z niemieckimi dziećmi nie oznaczała tego, iż Pan Lagun zapomniał o krzywdach wyrządzonych mu przez Niemców. Dalej czuł do nich nienawiść, tak jak i wielu innych Polaków, którzy widzieli na własne oczy okrucieństwo niemieckie. Z czasem jednak wrogość ta zaczęła coraz bardziej zanikać w duszy Pana Laguna. Stał się on, może z początku nieświadomie, jednym z rzeczników pojednania polsko – niemieckiego, za co Niemcy i Polacy wielokrotnie wyrażali mu swoją wdzięczność.

Pan Stanisław Lagun, po zakończeniu II wojny światowej, brał czynny udział w odbudowywaniu kulturalnym i oświatowym miasta Szczecina. Był on kierownikiem wielu domów kultury oraz organizatorem konkursów i występów artystycznych. Za swoją działalność otrzymał i nadal otrzymuje wiele wyróżnień i dyplomów. Wielokrotnie był on uhonorowany wysokimi odznaczeniami państwowymi, jak chociażby Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski. Pan Lagun, pomimo swego dojrzałego wieku, nadal działa społecznie dla Szczecina i szczecinian, czego dowód stanowią uzyskane przez niego wyróżnienia zamieszczone na końcu naszej pracy.

Nasza praca nie zamyka się rokiem 1972, gdyż trudno jest zamknąć życie i dokonania naszego bohatera tą właśnie datą. Interesują nas głównie lata powojenne, ale pragniemy również przedstawić osobę, która miała w naszym środowisku lokalnym wpływa na ówczesną rzeczywistość.
Z całego serca pragniemy podziękować Panu Stanisławowi Lagunowi za udostępnienie źródeł oraz dokumentów, które umożliwiły nam napisanie pracy „Pamiętać Szczecin, pamiętać ludzi”. Jesteśmy wdzięczne i pełne podziwu, iż Pan Stanisław zdołał uchylić nam rąbka przykrych, ale jakże cennych chwil swojego życia. Sądzimy, że na świecie powinno być więcej takich ludzi – ludzi wspaniałych, o wielkim, ciepłym sercu, umiejących wybaczać i działać ponad podziałami.
Życzymy dalszych sukcesów w działalności na rzecz Szczecina i nie tylko. Z wyrazami szacunku i wdzięczności:
Katarzyna Stężewska, Joanna Piasecka, Beata Bernat.

Są ludzie, którzy działalność społeczną mają we krwi, którzy bez tej działalności nie wyobrażają sobie życia, u których wyzwala ona nagromadzoną energię i stymuluje do jeszcze większych i ambitniejszych dokonań. Takim człowiekiem jest właśnie Stanisław Lagun.

Gasił pożary wśród ruin, grzebał martwych żołnierzy i cywilów, stworzył pierwszy teatr amatorski i teatr kukiełkowy, zakładał kluby piłki nożnej, oprowadzał turystów po mieście, przyczynił się do powstania pomnika ofiar, które pochłonęła wojna w czasach bezprawia tuż po jej zakończeniu, występował jako naoczny świadek dziejów polskiego Szczecina w szkołach i telewizji:
– „Nazywam się Stanisław Lagun (ur. 27 III 1919 r. w Wilnie) i mieszkam od 8 maja 1945 r. w Szczecinie. Przeżyłem najpierw okupację sowiecką, potem niemiecką. Mój ojciec został aresztowany wkrótce potem, jak Armia Czerwona wkroczyła rankiem 19 IX 1939 do mojego rodzinnego miasta Wilna”.
-„Wpadła do nas sąsiadka: Aresztują waszego ojca! Ojciec był kupcem, a więc „wrogiem ludu”. Wybiegam na podwórze i widzę go stojącego na ciężarówce. Chcę się z nim pożegnać, pocałować go w rękę. Ale samochód rusza. Wczepiam się w niego, próbuje chwycić rękę ojca. Wtedy sowiecki agent bezpieczeństwa uderza mnie kolbą karabinu w pierś. Zataczam się, pluję krwią i padam twarzą do ziemi. Pamiętam do dziś chwilę, kiedy podbiegła mama, pochyliła się nade mną, odwróciła mi głowę, a ja jak przez mgłę widziałem znikającego ojca. Wtedy po raz ostatni widziałem ojca. Od tego ciosu kolbą i krwotoku wiem, co znaczy Związek Radziecki. W miesiąc po moim ojcu sam zostałem aresztowany. Najpierw skazano mnie na śmierć, a potem „ułaskawiono” i zesłano na dwadzieścia lat przymusowych robót do tajgi koło Irkucka. Siedziałem w jednym z pierwszych bydlęcych wagonów, które w grudniu 1939 r. toczyły się na wschód. Mniej więcej 120 wiorst na północny – wschód od Irkucka wyrzucili nas z pociągu na śnieżnej równinie, bez żadnej straży. I tak by nikt daleko nie zaszedł przy 40 stopniach mrozu. Skąd wiem, że było 40 stopni? To miejscowi nas nauczyli: jeśli plwocina zamarznie szybciej, niż doleci do butów, znaczy to, że temperatura spadła poniżej 40 stopni mrozu”.

Spośród 3 tysięcy mężczyzn, z którymi Pan Lagun przyjechał do tajgi na przełomie lat 1939 – 1940, w rok później żyło już tylko 74. Reszta po prostu znikła – ani grobu, ani krzyża. Po tym, kto tam zamarzł, następnego ranka zostawała już tylko odrobina włosów. Resztą zajęły się wilki. Pierwszych dwóch kolegów, których znalazł zamarzniętych przy pniu drzewa, Lagun zaniósł do ziemianki i próbował ciepłą wodą i młotkiem rozprostować ich nogi. Potem już się nie trudził. Po co? I tak nie było trumien dla zmarłych.

Ponieważ Pan Stanisław Lagun przeżył sowieckie przesłuchania i przymusowe roboty w tajdze, wierzy mocno, że czuwa nad nim szczególna opieka boska. Jakże inaczej potrafiłby nie załamać się w więzieniu, kiedy funkcjonariusze NKWD torturowali go, żeby wydał swoich kolegów? Dlaczego nie zdradził ich, kiedy pijany śledczy wciąż na nowo wbijał mu pod paznokcie stalówkę swojego wiecznego pióra? Skąd wziął siły, żeby odmawiać wszelkich zeznań nawet wtedy, kiedy przez okno w korytarzu pokazano mu jego matkę na więziennym podwórzu i twierdzono, że tylko on swoimi zeznaniami może uratować ją od śmierci, bo ona czuje już lufę karabinu na skroni?
Udało mu się uciec z tajgi. Przebrany za maszynowego podążał na zachód. Wycieńczony marszem, zimnem i głodem zemdlał. Ocknął się nocą na cmentarzu. Migoczące w oddali światło dało mu nadzieję. Spotkał ludzi, którzy mu pomogli: nakarmili, odziali i załatwili dokumenty na nazwisko Piotr Gwoździński., dzięki którym dotarł do rodzinnego Wilna. Nie udało mu się jednak pomieszkać długo w rodzinnym domu. Niemcy go aresztowali i wywieźli do Niemiec, do pracy.
Tego, że człowiek jest najważniejszy, Pan Stanisław uczył się także wtedy, kiedy mając 7 lat, wstąpił do harcerstwa.
„Mam szczerą wolę
pełnić służbę Bogu i Polsce,
nieść chętną pomoc bliźniemu
i być posłusznym prawu harcerskiemu.”
– brzmiała przysięga, którą jako chłopiec złożył z głębokim przekonaniem, i która odtąd stała się główną zasadą jego postępowania.
Pan Stanisław uczył się, że pomoc bliźniemu nie oznacza wsparcia tylko dla przyjaciół, ale i dla wrogów znajdujących się w potrzebie. Wtedy, przed wojną, ta zasada oznaczała jedynie dla Pana Laguna oczywistą regułę fair play: w razie konieczności podczas meczu piłki nożnej należało pomóc także graczowi z drużyny przeciwnej. Ale dopiero podczas wojny Pan Stanisław zrozumiał, jak wielkie wyzwanie kryje się w tej regule. Czyż nie było nadmiernym wymaganiem, żeby on, przymusowy robotnik w fabryce włókienniczej Karla Henschela w Hessisch- Lichtenau, z literą „P” na ubraniu, miał zdobywać się na współczucie wobec „panów stworzenia”, którzy szykanowali go i dręczyli jako majstrowie i żandarmi?
– „Byli także dobrzy Niemcy”- mówi Pan Lagun przekornie i opowiada o majstrze nazwiskiem Brandt. Spokojny i wyrozumiały, nigdy nie krzyczał i nikogo nie bił, pozwalał nawet na rozmowy między robotnikami i żartował z nimi. Podczas wspomnień Pan Stanisław Lagun nie chce podawać nazwisk tych, którzy go skrzywdzili podczas wojny.
W pamięci Pana Laguna wyraźnie żyją aż do dzisiaj dwa różne obrazy Niemców. Z jednej strony obciążają ją wspomnienia głodu, strachu i upokorzeń. Przypomina mu się wypadek Polaka z Poznania, który zakochał się w niemieckiej robotnicy. Kiedy przyłapano tę parę razem, kobiecie wobec całej załogi ogolono głowę, a Polaka natychmiast powieszono w hali pod sufitem.
-„Spotka to każdego, kto tylko pomyśli o niemieckiej kobiecie”
– groził napis po polsku, rosyjsku i francusku, na tablicy zawieszonej na piersiach zamordowanego.
Wszyscy musieli przemaszerować przed nim. Kiedy te obrazy stają się nie do zniesienia, Pan Lagun ma ochotę przeklinać wszystkich Niemców i pragnąć zemsty na każdym z nich. Wtedy z wielkim wysiłkiem musi przypominać sobie Brandta, który nigdy nie krzyczał, ani nie bił. Jego syn, którego podczas urlopu z frontu z dumą pokazywał w fabryce, i który dostał awans w nagrodę za zasługi na froncie zachodnim, zginął wkrótce po przeniesieniu na front wschodni.

Kiedy po zakończeniu wojny wrócił z Hessisch- Lichtenau do Szczecina i zobaczył trupy wszystkich tych żołnierzy, którzy polegli w czasie walk w końcu kwietnia, oczywiście pomagał przy wrzucaniu zwłok do lejów po bombach, posypywaniu ich wapnem i zakopywaniu, chociaż większość z nich to byli Niemcy.
Przykładał do tego rękę nie tylko dlatego, że istniała groźba zarazy. Chciał też oddać tym ludziom ostatnią przysługę, bo ojciec go nauczył, że po stosunku do zmarłych poznaje się stopień cywilizacji narodów. Dla młodej kobiety, która bez ran postrzałowych lub innych oznak przemocy leżała martwa na ulicy, z rączką dziecka mocno przyciśniętą do piersi, wykopał nawet osobny grób na skraju drogi. Tylko Pan Lagun zna to miejsce, tylko dla niej i jej dziecka zapala co roku lampki na Wszystkich Świętych. Ona również ucieleśnia dla niego wszystkich tych bezimiennych i nieznanych, którzy dostali się pod koła Wielkiej Historii.
Całymi latami badał daty i nazwiska, biografie i przyczyny śmierci. Co najmniej 182 osoby spośród setek ludzi, którzy w pierwszych miesiącach po wojnie zginęli w „dzikim” Szczecinie, Pan Lagun uchronił przed zapomnieniem, przywracając im imię i ich historię. Na przykład Teofilowi Firlikowi, polskiemu strażakowi, który podczas jednego z pierwszych wyjazdów do pożaru (w ciągle płonącym w różnych miejscach Szczecinie) został przejechany przez sowieckie pojazdy wojskowe. A także młodej kobiecie, którą Pan Stanisław znalazł w ubikacji niedaleko bramy portu, z podrapaną twarzą i piersią przebitą bagnetem. Albo dziewiętnastoletniemu żołnierzowi, który wprawdzie przeżył walki o Kołobrzeg, ale potem został zastrzelony w akcji przeciwko kryminalno-mafijnym szabrownikom. Wreszcie tym, którzy zmarli z głodu albo w czasie epidemii lub też stali się ofiarami nocnej strzelaniny i napadów rabunkowych na mieszkania. Byli wśród nich też Niemcy. Teraz ich nazwiska zostały wygrawerowane na ogromnych tablicach pamiątkowych, które w połowie lat dziewięćdziesiątych, w wyniku nalegań Pana Laguna, ustawiono w kwaterze pionierów na centralnym szczecińskim cmentarzu.

-„Zginęli, aby w fundamentach miasta był zaczyn ofiary. Jesteśmy zobowiązania do spłacenia długu wdzięczności tym, którzy złożyli swe życie w ofierze”- powiedział arcybiskup Marian Przykucki, kiedy 9 maja 1995 roku poświęcono pomnik.
Pan Lagun całym sercem popiera te słowa. Pozornie niepozorni bohaterowie: Polacy, Rosjanie, Niemcy – doczekali się uznania, a razem z nimi Pan Lagun, ich pozornie niepozorny rzecznik.

Pewnego dnia został wezwany do towarzysza Grzeszczuka, przewodniczącego powiatowego komitetu związków zawodowych, w którym opiekował się klubami sportowymi. Na początku nie chciał się zgodzić, ale po namowach dał się przekonać.
Pan Lagun z entuzjazmem pracował z dziećmi, organizował gry i zawody, założył mały chór i teatrzyk, a w sylwestra urządził wspaniały bal kostiumowy. Działalność Pana Laguna tak bardzo podobała się dorosłym, że kiedy Rosjanie przekazali dom Polakom, rodzice pojechali do sekretarza związków zawodowych w Szczecinie, żeby zaproponować Panu Stanisława na kierownika tej placówki, która teraz programowo nosiła nazwę „Domu Przyjaźni Polsko-Niemieckiej”. Z jednej strony Pana Laguna cieszyło zaufanie, którym obdarzali go Niemcy, z drugiej zaś z tego samego powodu wielu rodaków patrzyło na niego krzywym okiem.
W całej Polsce nie było żadnej instytucji podobnej do Niemieckiego Domu Kultury w Szczecinie. Tego domu również by nie było, gdyby Niemcy nie byli zatrudnieni i chronieni przez armię radziecką. Jako siły fachowe w porcie, w radzieckich koszarach, w piekarniach, a także w dziale budowlanym, któremu podlegały wszystkie budynki administrowane przez Sowietów, Niemcy byli względnie bezpieczni przed takimi napadami, jak w pewne ostatki, jeszcze przed nastaniem Pana Laguna, kiedy to Polacy zdemolowali okna, drzwi i meble. Podczas, gdy w innych miastach i wsiach Niemcy byli wysiedlani, znikali w obozach internowania albo pracowali zastraszeni w swoim zawodzie, w Szczecinie zorganizowali własną szkołę i drużynę piłkarską, własną kaplicę, własne zespoły taneczne i nie obawiali się występować publicznie. Wielu Polakom trudno było znieść uprzywilejowanie „hitlerowców”. „Jak Pan Lagun mógł tak szybko zapomnieć o zbrodniach wojennych i jak mógł pracować na rzecz wroga?”- chodziło im po głowach.

Dla Pana Laguna ta praca też nie była łatwa. Z jednej strony spotykał konkretnych ludzi: pana Jahnke, pana Humke, pana Kuhna, pana Zierke albo panią Gertrude Mindow, swoją tłumaczkę, którzy z godnym podziwu zapałem wyczarowali „z niczego” wieczory muzyczne i taneczne, założyli klub bokserski i klub piłki nożnej, którzy przebijali mury, wynosili gruz, zabijali okna deskami i w ciągu przeszło czterech tysięcy godzin zbudowali boisko do piłki nożnej mierzące 100m x 40m. Chciał pomóc tym zapaleńcom, żeby nie musieli pokazywać się na konkursach tańca w ubraniach z krepiny, by mogli grać na lepszych instrumentach, kiedy występowali na całym Pomorzu – aż po Słupsk.
Pojechał więc Pan Lagun jesienią 1951 r. do Warszawy, do centrali związków zawodowych, żeby zażądać pieniędzy na tę osobliwą przyjaźń polsko-enerdowską. Kiedy jednak wysiadł z pociągu, stracił odwagę na widok ogromnych połaci ruin i popiołów, w które zmieniła się jego stolica. Owszem, Szczecin był bardzo zniszczony, ale Warszawa była zrównana z ziemią. Odezwało się w nim sumienie. Dlaczego poświęca swój czas i energię Niemcom, którzy przecież napadali na jego kraj? Czy nie jest przypadkiem zdrajcą? W całym kraju ludzie ciężko pracowali, żeby zatrzeć ślady wojny. W całym kraju zbierali pieniądze i cegły na odbudowę Warszawy. A ja? Czyżbym chciał przeszkadzać tym wysiłkom i żądać pieniędzy właśnie dla Niemców? Czyżbym zamierzał wyłudzić pewną sumę na rozrywkę dla innych, za co można by w Warszawie zbudować jeden albo dwa domy?
Z wielkim trudem musiał sobie Pan Lagun przypomnieć zasady swojej babki. Nie, nie chciał uogólnić ani karać ludzi, którzy nie ponosili winy. Nie chciał odpłacać złem za zło i mścić się na niewinnych. Przypomniał sobie dzieci z Kassel. Tak, chciał pomagać. Chciał udowodnić, że jego naród nie jest ani mściwy, ani nieczuły.
Jego postawa musiała przekonać kierownictwo związkowe, gdyż nie wrócił do Szczecina z pustymi rękami. Wyremontowano cały dom kultury. Wkrótce powstała tam biblioteka z niemieckimi i polskimi książkami, znalazły się nowe piłki, dresy, harmonijki ustne i mandoliny, trąbki, puzony, a nawet pianino. Chór i zespół taneczny dostały jednolite kostiumy i stroje ludowe z prawdziwego materiału, a sala teatralna wyposażona została w nowe krzesła.
W 1953 r. Niemiecki Dom Kultury wystawił największą, tysiącosobową grupę na pochód pierwszomajowy, a do tego grupa ta była najlepiej zorganizowana. Radośnie podnieceni Niemcy trzymali się za ręce i w rytmie podawanym przez orkiestrę maszerowali wzdłuż Wałów Chrobrego, powiewając niemieckimi i polskimi flagami. Na ich transparentach widniały napisy: „Za pokój i przyjaźń”, po niemiecku i po polsku, i tak też myśleli demonstranci.
W 1954 r. również miało tak być. Pan Lagun otrzymał zezwolenie wojewody dla niemieckiej grupy, akordeoniści próbowali już marsze, po domach szyto transparenty, kiedy bezpośrednio przed wielkim wydarzeniem Pan Lagun zastał w swoim mieszkaniu czekających na niego dwóch urzędników „bezpieczeństwa”. Ubecy zabrali go na przesłuchanie. Swój samochód, zdradzającą ich od razu czarną „cytrynę”, której to marki używała tylko bezpieka i milicja, zaparkowali dwie ulice dalej…
– „Niemcy nie wezmą udziału w pochodzie pierwszomajowym”.
– „Dlaczego? Mam pozwolenie”.
– „Powiedzcie swoim niemieckim przyjaciołom, że nie ma dla nich miejsca wśród nas”.
– „Tego im nie powiem”.
– „Powiecie. W przeciwnym razie może to was drogo kosztować…”.
Klasyczna sytuacja, w której Pan Lagun staje dęba: dlaczego w święto klasy pracującej niemieccy robotnicy nie mają demonstrować razem z polskimi robotnikami? Dlaczego narodowość ma odgrywać jakąś rolę dla klasy robotniczej? I jak można zakazać czegoś, na co było pozwolenie? Pan Lagun bardzo się zdenerwował, a kiedy się denerwuje, staje się przekorny. Gdy rankiem pierwszego maja Niemcy zebrali się przed swoim domem kultury, rzeczywiście nie wystąpił przed tłumem, tylko przekazał wiadomość o zakazie demonstracji przez swoją tłumaczkę.
– „Jeśli pójdziecie natychmiast mnie aresztują”.
-„Jak myślicie?” – zapytał Heinrich Schmidt swoich ludzi, wystrojonych w ludowe stroje tyrolskie i niedzielne ubrania. – „Czy Lagun ma zostać z nami, czy ma nas opuścić?”.
Ludzie zaniepokoili się, padały gorzkie słowa rozczarowania, mimo obecności licznych szpicli. Ale decyzja była jednomyślna. Mężczyźni zdjęli czerwone krawaty, muzycy spakowali instrumenty, kobiety zwołały dzieci i tłum się rozproszył. Ani jedna osoba z Niemieckiego Domu Kultury nie poszła na pochód ze swojego zakładu pracy.

Było to nie pierwsze już zetknięcie Pana Laguna z służbą bezpieczeństwa. Kiedyś wezwali go po meczu piłki nożnej. Powiedzieli, że „zdradza socjalistyczną wspólnotę i toleruje propagowanie faszystowskich Niemiec”. Pan Lagun nie rozumiał zarzutów. Uznano wtedy, że udaje naiwnego. A on naprawdę nie spodziewał się, że niemiecka flaga bez młota i cyrkla może być zrozumiana jako obcowanie za Niemcami Zachodnimi.
W kilka tygodni po 1 maja 1954 r. ubecy wezwali go jeszcze raz:
– „Nie możemy zatrudnić kierownika niemieckiego domu kultury, jeśli mu nie ufamy. Albo będzie pan współpracował odtąd z nami, albo musi pan odejść”.
– „W takim razie odejdę”.
Osadzono go w celi, w podziemiach UB, i co noc próbowano go „zmiękczyć”:
– „Tu, na Ziemiach Odzyskanych, potrzebna jest szczególna czujność. Jesteście przecież patriotą. Dlaczego nie chcecie służyć ojczyźnie?”
Nie bili go ani nie torturowali. Wsadzili go tylko do celi z młodszym człowiekiem, który za swoją podziemną działalność antykomunistyczną został skazany na karę śmierci i dlatego siedział w celi oznaczonej literami „KS”.
– „Jeśli tamten popełni samobójstwo, oskarżymy was o współudział”.
Pan Lagun nocą siadał na łóżku już wtedy, kiedy jego współtowarzysz tylko się poruszył. Nerwy miał w strzępach. W końcu, po kilku tygodniach, kiedy odrzucono prośbę o ułaskawienie młodego człowieka i wykonano karę śmierci, Pan Lagun dostał się do więzienia przy ulicy Kaszubskiej. W jego akcie oskarżenia widniało, że ukradł Niemcowi buty i dwie koszule.
– „Nadużyliście swojego autorytetu – powiedział prokurator. – Działalność kulturalna była dla was tylko parawanem. W rzeczywistości mieliście kryminalne zamiary”.
Podczas rozprawy rzeczywiście pojawił się Niemiec, który bywał w Domu Kultury i który, jako rzekomo poszkodowany, powtórzył swoje oskarżenie. Inni Niemcy na sali protestowali. Nie mogli sobie tego wyobrazić.
– „Podchodził do nas z sercem – zeznała pewna Niemka przed sądem, biorąc go w obronę. – Bez niego mój syn nie wiedziałby, co znaczy przyjaźń polsko-niemiecka”.

W drugim dniu procesu Pan Lagun wyszedł na wolność, po trzymiesięcznym areszcie. W domu zastał list polecony: zwolniono go z funkcji kierownika Niemieckiego Domu Kultury.
Wkrótce zapukał ktoś do drzwi jego mieszkania. Łamanym polskim zapytał, czy pan Lagun jest w domu. W korytarzu ukazał się Niemiec, który oskarżył go o kradzież.
– Panie kierowniku, musiałem to zrobić – powiedział. – Milicjanci na komendzie powiedzieli mi: „Twoja żona pojedzie z czwórką dzieci sama do Niemiec, a ty pójdziesz do więzienia”, więc podpisałem, że będę dla nich pracował.
Pan Lagun patrzy wyczekująco – czy jego słuchaczki rozumieją ludzką wielkość tego zwykłego człowieka?
– On to przecież zrobił dla rodziny! Gdyby był świnią, nie przyszedłby do mnie. Ale miał sumienie, a ja go podziwiam za to, że zdobył się na odwagę i wyspowiadał mi się. Kiedy wyjeżdżał, poszedłem, ku zdziwieniu wielu Niemców, na szczeciński dworzec Turzyn, żeby go pożegnać; tam gdzie setki innych niemieckich rodzin czekało na deportację, żeby w nędznych, bydlęcych wagonach wyjechać na Zachód. Kupiłem mu nawet buty i marynarkę, bo miał tylko sweter. Tak, był szlachetnym człowiekiem”.
– „Dlaczego pan go tak całkowicie rozgrzesza? – pytano. – W przeciwieństwie do niego pan nie zdecydował się na współpracę z służbą bezpieczeństwa i ryzykował, że pana rodzina zostanie sama, kiedy pana wsadzą do więzienia!”

Panu Stanisławowi Lagunowi trudno jest mówić o swojej rodzinie. Dzisiaj jest przekonany, że haniebnie ją zaniedbywał.
Późnym latem 1945 r. jego żona była w zaawansowanej ciąży, a on nie miał jeszcze mieszkania w Szczecinie tak, że żona musiała mieszkać u swoich rodziców w centralnej Polsce.
– Inni biorą sobie jakąś willę albo po prostu zakwaterowują się u Niemców! – krzyczał na niego szwagier. Ale Pan Lagun nie mógł tak po prostu zająć trzypokojowego mieszkania (chociaż mu je przyznano), ponieważ mieszkająca tam Niemka, starsza pani, przypominała mu jego matkę.
W końcu zarekwirował puste, wyszabrowane mieszkanie bez łazienki i z ubikacją na półpiętrze; bez komfortu, ale przynajmniej jakiś dach nad głową.
Służba społeczna była dla niego zawsze ważniejsza niż rodzina. Własne dzieci wydawały mu się mniej ważne niż dzieci innych ludzi. Z tymi dziećmi pracował nie tylko w niemieckim Domu Kultury; dla nich stworzył później teatr kukiełkowy „Rusałka” i z nimi, już jako kierownik Domu Kultury Kolejarza, organizował przedstawienia teatralne, które transmitowano nawet w lokalnej telewizji. Natomiast jego własne dzieci leżały już w łóżkach, gdy o północy wracał do domu – a kiedy rano szły do szkoły, on jeszcze spał. Nie chodził na wywiadówki, nie odprowadzał córki na muzykę, nigdy nie pielęgnował żadnego z dzieci, kiedy były chore.
– „Wyrządziłem moim dzieciom i żonie wielką krzywdę, bo ciągle byłem poza domem” – mówi dzisiaj.
– „ Za późno zrozumiałem, że dzieci potrzebują ojca.”
Dlatego poszedł do domu starców, bo sądził, że nie wolno wymagać opieki od kogoś, komu się jej nie zapewniało.
– „Nie chcę być nikomu ciężarem” – mówi Pan Stanisław.
– „Nie chcę prosić nikogo z mojej rodziny o pomoc, bo ja im jej odmówiłem”.

Od kiedy odsunął się od rodziny i dobrowolnie zrezygnował z rodzinnego ciepła i bezpieczeństwa, jego tęsknota za oficjalnym uznaniem jeszcze wzrosła. Czyż świat nie jest rzeczywiście jego dłużnikiem po tym wszystkim, co on dla niego uczynił? Czy to, co dał, nie ma o wiele większej wagi niż to, co otrzymał?
Kiedy Renate Jachow, niegdyś bibliotekarka niemieckim Domu Kultury, w 1995 r. nagle stanęła u jego drzwi, wydawało się, że mniej obciążona szalka wagi wreszcie przechyla się na stronę sprawiedliwości. Zrobiło mu się ciepło na sercu. Nie zapomniano o nim! Podobnie, jak on przypomniał o bezimiennych pionierach, teraz Niemcy wydobywali go z zapomnienia.
– Kiedy Niemcy odnaleźli mnie po prawie trzydziestu latach, odczułem wielką satysfakcję. Potrzebowano mnie jako rozmówcy. Ceniono mnie.
Wszystko zaczęło się całkiem banalnie. Pani Jachow potrzebowała do emerytury zaświadczenia o latach pracy w Szczecinie, wsiadła więc z mężem do samochodu i wyruszyła do Polski. Jednak wymagane dokumenty spłonęły podczas strajków robotniczych w 1970 r.
– Gdyby żył jeszcze Lagun, – zauważyła rozczarowana Renate Jachow w archiwum związków zawodowych – na pewno by mi to potwierdził.
– A kiedy on umarł? – zapytała zdziwiona urzędniczka.
– No, już chyba kilka lat temu…
– Na pewno nie – odpowiedziała urzędniczka. – W zeszłym tygodniu jeszcze tu był.
W ten sposób Renate odnalazła żyjącego (wbrew pogłoskom) Pana Laguna i w czasie długich rozmów dowiedziała się, jakim naciskom ze strony partii i UB poddawany był jej kierownik. Ze swej strony Pan Lagun przekonał się, że wspomnienia Niemców o Szczecinie i Niemieckim Domu Kultury nie ociekają żądzą odwetu, o której tak szeroko rozpisywała się komunistyczna prasa.
„Jego” Niemcy dzwonili do niego, odwiedzali, pisali regularnie listy, a małżeństwa Jachow i Lemke zaprosiły go do siebie na trzytygodniowy pobyt gdzie, po początkowym wahaniu, odwiedził nawet fabrykę, w której pracował jako robotnik przymusowy. „Jego” Niemcy troszczyli się o niego, pili za jego zdrowie, a nawet zebrali 18 podpisów pod podaniem o przyznanie mu Federalnego Krzyża Zasługi.
To długo oczekiwane oficjalne uznanie wydawało się na wyciągnięcie ręki, kiedy Pan Lagun sam je uniemożliwił. Po prostu odmówił napisania życiorysu, który należało dołączyć do dokumentów.
– Dla mnie wyróżnieniem było już to, że chcieli mi uczynić ten zaszczyt. Ale ja poprosiłem ich, żeby się tym dłużej nie zajmowali. Sam pozbawiłem się w ten sposób uznania i pociechy.
Może więc dalej reagować goryczą na to, jak inni bez żenady przyznają sobie prawo do tego, czego on odmówił z fałszywej skromności.
– Nie chcę wydać się zarozumiały, ale jestem dumny, że byłem chyba jednym z pierwszych, którzy przyczynili się do polsko-niemieckiego pojednania. Wielu z pośród tych, których się teraz odznacza, chętnie zadałbym pytanie, czemu tak późno zmądrzeli? Dlaczego milczeli wtedy, gdy kultywowanie przyjaźni polsko-niemieckiej nie było wygodną postawą? Dlaczego potrafią bez skrępowania przyjmować korzyści, nie wyjaśniając zmiany swojego nastawienia? Nie, z takim zakłamaniem nigdy się nie pogodzę!
I dlatego Pan Stanisław będzie dalej narzekał na niesprawiedliwość na świecie i cierpiał z powodu nie docenienia jego osoby, nawet jeśli przeżyje 108 lat (i pozbawi swoją babkę zaszczytu dożycia najpóźniejszego wieku w rodzinie Lagunów).

PEJZAŻ Z PIONIEREM W ZIELONYM TLE

Trzecie piętro Domu Kombatanta im. Gen. Boruty – Spiechowicza w Szczecinie, pokój z balkonem wychodzącym na podjazd. Przed drzwiami tabliczka z nazwiskiem, na zielonym tle. Kolor zielony informuje, że tu mieszka „pensjonariusz samodzielny” (kolor żółty oznacza tego pod częściową opieką, czerwony – całkiem bezradny). W pokoju ciasno od książek, teczek, związanych w paczki zdjęć, dokumentów, wycinków. Ze ściany patrzy Józef Piłsudski.
Pan Stanisław Lagun (rocznik 1919), wspaniały człowiek, wilnianin, harcerz, wicemistrz Wilna w wadze półśredniej, konspirator, zesłaniec syberyjski, więzień niemieckiego obozu pracy, szczeciński pionier – opowiedział nam przed chwilą swoje życie. W urywanych filmowych kadrach. Jak film sensacyjny, chwilami horror. W końcu pytamy o to, o co od dawna go pytają. Choć niektórzy już przestali, zniechęceni, poirytowani.
Pan Lagun to bezcenne archiwum, skarb. Ale w jego pokoju stosy książek, zdjęć, dokumentacji – stanowią „drugie archiwum”. Co z nim zrobi? Czyż nie powinien go przekazać w darze Książnicy Pomorskiej, Archiwum Państwowemu?
– Nie oddaję. Jeszcze nie zdecydowałem – mówi po chwili, ale wie, czego od niego oczekują:
– Czasem grożą palcem, czasem obiecują salę pamięci mojego imienia.
– Przyjedzie wnuk z Kanady, uczy się w szkole filmowej. To zobaczy.
Milczenie, a potem przez ściśnięte gardło:
– Wiem, to Historia.

Nowoczesny, cieszący media, Dom Kombatanta oddano do użytku w 1997 r. Od tego czasu miał kilku dyrektorów, parę afer rozdmuchanych przez prasę i kilka reorganizacji. Kolejka do miejsc nigdy nie sprzyjała dobrej atmosferze, na zewnątrz i wewnątrz. Idąc w górę ulicą Kruczą mijamy zieleniący się w słońcu (barwa elewacji) front. Szare, zżarte przez liszaj ściany. Za płotem ugór. A ławki, klomby, trawa? Będą. Jak cofną zakaz prac na terenie.
– A kto z tych dziadków tego doczeka? – macha ręką mężczyzna w żółtej kamizelce (konserwator, a może stróż), kręcący się w pobliżu.

„Pionier” – jedno ze znaczeń (według „Słownika języka polskiego” PWN) – „osadnik zasiedlający nowe tereny”. Ale w powszechnym odczuciu – nic z westernowej egzotyki. Zatarły się nawet złe, za to ekscytujące, wizerunki „Dzikiego Zachodu”, tzw. Ziem Odzyskanych. Została woń laurki, goździk i … klapa; akademie któregoś tam kolejnego „lecia” – „Wyzwolenia”, „Powrotu do Macierzy”…
W klapie Pana Laguna – choć, jak powiadają, łatwiej wyliczyć to, czego nie robił, niż to czym się zajmował zawodowo i społecznie od maja 1945 r. (do Macierzy wracał z zachodu wyzwolony przez Amerykanów, z obozu w Hess-Lichtenau) – medali nie ma. Jest odznaka TPD „Przyjaciel Dziecka”, odznaka PTTK, Zasłużonego Działacza Kultury i Polskiego Związku Bokserskiego … O „krzyż”, oficjalne, państwowe odznaczenie, starali się dla niego inni. Bez skutku.
On się starał o krzyż dla innych, o wspólną pamięć – zamiast wielu „krzyży”. Przez lata skutecznie. Powołany dzięki niemu Komitet Budowy Tablicy Pamiątkowej Pamięci Pionierów Szczecina zwieńczył w 1995 r. swe istnienie sukcesem. Na Cmentarzu Centralnym stanął pomnik-krzyż, przy nim ściana ze 148 nazwiskami tych, co: „Zginęli śmiercią tragiczną w Szczecinie w latach 1945-1946”. A każda z tych śmierci, którą udokumentował i poświadczył pisząc setki listów, szperając w archiwach – prawdziwa jak życie. Choć jej symbole próbowano zatrzeć: Firlik, strażak (Pan Lagun był przez jakiś czas telefonistą w remizie), pędził do pożaru i zginął w wypadku. Jego imieniem nazwano potem szkoły i ulice. A że uderzył weń rosyjski samochód wojskowy? Listę na Tablicy Pionierów wieńczy napis: „…a wszystkie inne nazwiska, które wypadły z zawodnej pamięci, też już są zapisane w Księdze Żywota Wiecznego”.

– Lubię pokazywać to skrzydło naszego domu – mówi były dyrektor domu kombatanta, Michał Nieroda. – Nie jestem masochistą, ale tu trzeba krzyczeć! – próbował dobijać się o dotacje na skończenie tego, co odłożono „na potem” w dniu uroczystej „premiery”. Bez efektu. Choć pieniędzy brakowało początkowo na elewację i drobne prace wykończeniowe. Teraz, gdy nie skończona część gnije, koszt jej utrzymania rośnie, a i remont kalkuluje się coraz drożej. Chodzimy po piętrach: w wielu mieszkaniach są drzwi, w ścianach gniazdka, z sufitu dyndają kabelki alarmu, w łazienkach błyska spod kurzu terakota…
Pan Stanisław Lagun działa w tej mierze swoją drogą; wręcza nam „Informacje o powierzchniach segmentu B,C,D nie oddanych do użytku w DPS Dom Kombatanta”. Powierzchnia całkowita: 3649 m2 . Niżej szczegółowe dane. Długi szereg liczb. Rachunek do podliczenia. Duch społecznika w nim nie zamarł.
W domu i w mieście Pan Lagun ma opinię kipiącego energią.
– Boję się nic nie robić – mówi. Wie, co mówi. Nawet, gdy mówi o cmentarzu. Bo cmentarze też ratują życie. Jemu uratowały, kiedy uciekał z tajgi.
W jadalni siedział przy stole z imiennikiem, Stanisławem, inżynierem, którego synowie przywieźli tu „na próbę”. Bo Dom Kombatanta to formalnie Dom Pomocy Społecznej. Przed przyjazdem coś im tam podpisał, nie wiedział, że zrzekł się w ten sposób willi. Nie żałował jej. Mówił:
– Gdyby mi powiedzieli, że o nią im chodzi, ale oni mnie oszukali.
I kiedyś w jadalni powiada do Pana Laguna:
– Staszek, ja się wieczorem zabiję.
– Kto powstrzyma samobójcę? – rozkłada ręce Pan Lagun. – Co robić?! – Zabiegałem w tedy o tablice na cmentarzu, mówię mu:
– Ty budowlaniec, znasz się na tym. Sprawdź mi kosztorys, bo tu o społeczne pieniądze idzie.
Wziął papiery do pokoju, bez słowa. Całą noc nie spałem, w nerwach schodzę na śniadanie, widzę: jest! Już od stolika mnie woła:
– Znalazłem dwa błędy!”.
Aktywnie działał potem przy powstaniu tej tablicy.
Ale o Domu Kombatanta i tak mówi Pan Lagun: „Umieralnia”.
Jakiś czas temu powiesił się tu na klamce kawaler Virtuti.
– „Przez to okno, od podjazdu, patrzę, jak różni dygnitarze przywożą ukradkiem swoich rodziców, i jak karetki podjeżdżają z workami po trupy.”
Pytamy: „Czy to jego własna decyzja żeby tu zamieszkać?”
Milczy chwilę. Potem mówi: – „To była straszna decyzja.”

Od 1950 r. był kierownikiem Niemieckiego Domu Kultury im. Przyjaźni Polsko-Niemieckiej. Skierowali go w OPZZ do tej roboty z „resztkami”, wtedy jeszcze licznymi, „nie wywiezionych, szczecińskich Niemców”.
Nie chciał. Na twarzy nosił ślad polsko-niemieckiej przyjaźni: wachman w Hess-Lichtenau złamał mu nos i kość jarzmową kantem miski, gdy nakrył go piekącego „ukradzione” ziemniaki na ruszcie odwszalni. Więc nie chciał.
Namawiali go, poszedł zobaczyć. Na schodach usłyszał dziecięce: „hilfe!”. Przeszedł go dreszcz. Przypomniał sobie Kassel po dywanowym nalocie. I „hilfe” dzieci zasypanych w piwnicy, którym oni, jeńcy prowadzeni do odgruzowania ważniejszych strategicznie celów, pomóc nie mogli…
W NDK o pomoc prosiło kolegę dziecko ciągnące za sobą gimnastyczny materac. I już się więcej nie wahał. I te niemieckie dzieci będą potem o nim pamiętać. Piszą wciąż do niego listy z daleka łamaną polszczyzną, czasem przyjeżdżają, czasami zabierają go do siebie, by zobaczył ich domy w Dortmundzie, Bohnn, Hamburgu…
W jego życiorysie było wiele domów kultury i mnóstwo cudzych dzieci. Stworzył „Rusałkę”: pierwszy w mieście Teatr Lalek. Na wystawie „Z archiwum pioniera”, którą w Książnicy podsumuje swe 50 lat pracy w Szczecinie, była taka plansza „Dzieci Pana Laguna”, a na niej zdjęcia z imprez, które organizował: tyle uśmiechniętych buziaków przytulonych do jego twarzy…

Pytamy o Jego dom, dzieci.
– Mam do siebie żal, że skrzywdziłem rodzinę – odpowiada z gwałtowną, nagłą goryczą. – Ci, którzy tu przyjeżdżali po wojnie, brali wille, ja cisnąłem się z żoną na poddaszu. Inni kręcili się za swoim, ja z zespołem OMTUR-u robiłem „Polskie swaty” (pierwsze przedstawienie w polskim Szczecinie)…
Kultura, sport, turystyka; świetlice, zloty, komitety; wystawy, kursy, konkursy… Na Uniwersytecie Szczecińskim napisano sporo magisterskich prac z Panem Lagunem w tle i na pierwszym planie. Ale archiwaliów nie wypożycza. Więc przychodzą do niego do Domu Kombatanta. Jeszcze jednego wspólnego domu w życiorysie.
– Na szczęście żona dzieci wychowała pięknie. Wszystkie mają trzy literki – mgr – przed nazwiskiem – dodaje. – Jedna z córek gra w filharmonii, druga jest specjalistką od konserwacji zabytków, żyje w Kanadzie, a syn mieszka w Danii.

Były dyrektor Domu Kombatanta, Nieroda, też nie mógł się nadziwić energii Pana Laguna. Jest wdzięczny: specjalistyczne łóżka kosztują majątek, a dzięki Panu Lagunowi, „dom dostał potężny dar w postaci tego sprzętu” z Danii (w rozmowie z nami Stanisław Lagun nie wspomina o tym słowem). On „przebija wszystkich”, bo na 170 mieszkańców niewielu ma ochotę angażować się w cokolwiek, choćby wyjście z pokoju. Fakt, chór „Sonore” zbiera dyplomy i jest grupa, która poddaje się terapii zajęciowej (panie smażą faworki, robią na drutach, panowie malują butelki), ale zebrania „organizowane celem rozprężenia” (żeby sobie na dyrektora i na personel mogli ludzie ponarzekać) niewiele dają: „kolejny raz nie udała się próba wybrania samorządów mieszkańców”.
Konfliktów za to nie brak. Ktoś kogoś nie puści przodem w windzie, inny zbyt głośno śpiewał w kaplicy (czynna w godz. 7-19), ktoś komuś przełożył sztućce w jadalni, ten dostał za wiele (ów za mało) kiełbasek na grill na wycieczce do ogrodu dendrologicznego. Są i inne animozje wyrażane głośno:
– „Ty ubeku! Ty, ty byłeś na Monte Cassino?!” – bo w Domu przy Kruczej żyją razem żołnierze różnych armii i kustosze różnych pamięci.
Pan Lagun ma swoją pamięć, ale wciąż nowe idee. Najnowsza: Zamek Książąt Pomorskich – siedzibę Opery, galerii i amatorskiego ruchu kulturalnego – chciałby zmienić w „Wawel Północy”. Wielkie, interdyscyplinarne muzeum Pomorza, finansowane przez tych, co współtworzyli pomorskie dziedzictwo: Duńczyków, Niemców, Szwedów.
Kiedy indziej powie:
– „Ja czasem udaję przed sobą, odkrywam „ameryki” dziwne, ale inaczej nie umiem i nie chcę. Bo widzę tutejszych, jak siedzą godzinami przed telewizorem. Pytam takiego: co oglądałeś? Mówi mi: film. O czym był? – pytam. A on nie wie.”

Parę lat temu Pan Lagun pojechał do Hess-Lichtenau. Zawieźli tam go „jego Niemcy”. W fabryce, gdzie skręcał jedwab do spadochronów, jest dom młodzieży. Młodzież witała gościa serdecznie, choć nie wiedziała, co tam robił podczas wojny. Obóz pracy? Może ty cierpiałeś po to właśnie, żeby oni nie pamiętali?
Na korytarzu segmentu B nagi beton przechodzi w kremowe żyłkowanie schodów. – „ Widzicie?” – kręci głową były dyrektor – „Marmur, a potem znów beton”. Wracamy tropem psich łap odciśniętych w tym betonie.

PRZEBIEG PRACY ZAWODOWEJ I SPOŁECZNEJ
OD 1945 ROKU
NA PODSTAWIE POSIADANYCH DOKUMENTÓW

1945 r. – zakwaterowanie i pobyt w PUR (Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym) w Szczecinie
– telefonista w Miejskiej Straży Pożarnej
– instruktor – sekretarz OMTUR
– kierownik Objazdowego Teatru Młodych OMTUR
– współorganizator, członek zarządu i kierownik sekcji bokserskiej KS „Skra”
– kierownik działu artystycznego stowarzyszenia YMCA

1946 r. – pełnomocnik Okręgu Pomorza Zachodniego „Związek Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych”
– członek Komitetu Zlotu „Trzymamy straż nad Odrą”
– pomocnik maszynisty w Drukarni nr 1

1947 r. – organizator zespołu tanecznego i recytatorskiego przy Związkach Zawodowych Budowlanych
– członek Komisji Kontroli Zachodniopomorskiego Wojewódzkiego Komitetu Odbudowy Warszawy
– członek Oddziału Chłopskiego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci
– delegat Ogólnokrajowego Zjazdu OMTUR

1948 r. – instruktor świetlicowy Okręgowej Komisji Związków Zawodowych
– uczestnictwo w pracach przygotowawczych do Zjednoczenia Organizacji Młodzieżowych

1949 r. – członek Zarządu Oddziału Polskiego Związku Chórów i Orkiestr
– udział w Ogólnopolskiej Konferencji na temat „Działalność Kulturalno – Oświatowa”, odbytej w Radzie Ministrów w Warszawie

1950 r. – organizator wspólnych występów Zespołu Tanecznego Budowlanych z Reprezentacyjnym Chórem Wojska Polskiego
– inspektor do spraw świetlicowej Komendy Wojewódzkiej „Służba Polsce”
– instruktor zespołu teatralnego Szczecińskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego
– członek zarządu Związku Śpiewaczego Pomorza Zachodniego
– organizator pobytu Polonii z USA w Szczecinie

1951 r. – organizator i kierownik Niemieckiego Domu Kultury dla mniejszości niemieckiej
– współorganizator i kierownik działu artystycznego Pałacu Harcerza
– organizator obozu dla zespołu tanecznego Pałacu Harcerza, w związku z wyjazdem na III Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Berlinie

1952 r. – kierownik klubu Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego
– inspektor zespołu dziecięcego Spółdzielni Budowlanej „Zagroda”
– ukończenie kursu instruktorów pracy świetlicowej Związków Zawodowych Pracowników Budownictwa w Chylicach koło Warszawy

1953 r. – instruktor kulturalno-oświatowy w Ośrodku Wczasowym FWP w Pobierowie
– współorganizator części artystycznej Centralnych Dożynek w Szczecinie
– instruktor zespołu teatralnego Związków Branżowych Spółdzielni Budowlanych
– organizator Teatru Lalek „Rusałka”
– kierownik koloni letniej Zarządu Portu Szczecin w Dziwnowie

1954 r. – instruktor kulturalno-oświatowy Zarządu Portu Szczecin
– członek Komisji Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej
– dyrektor Teatru Lalek „Rusałka”

1955 r. – kierownik Rybackiego Domu Kultury PPDiUR „Odra”
– organizator wystawy osiągnięć w rybołówstwie PPDiUR „Odra”
– ukończenie kursu reżyserów teatrów lalek w Krakowie (Wojewódzka Szkoła Związków Zawodowych)
– pełnomocnik do spraw teatrów lalkowych na terenie województwa szczecińskiego (nominacja wydana przez CRZZ)
– instruktor sekcji bokserskiej PPDiUR „Odra”

1956 r. – instruktor zespołu kukiełkowego Domu Kultury PPDiUR „Odra”
– ukończenie kursu instruktorów pracy z dziećmi w CRZZ w Warszawie
– członek Komisji Kultury i Oświaty Prezydium Rady Narodowej – osiedle Warszow

1957 r. – kierownik techniczny Operetki Szczecińskiej
– ukończenie kursu weryfikacyjnego dotyczącego przydatności do pracy kulturalno-oświatowej (Wojewódzki Ośrodek Instrukcyjno-Metodyczny przy WRN)
– członek zarządu Związku Teatrów i Chórów Ludowych

1958 r. – współorganizator przeglądów teatrów z województwa szczecińskiego, Prezydium WRN
– członek WKKFiT
– kierownik klubu „Piwnica”
– udział w XXXV rocznicy powstania OMTUR w Radzie Państwa

1959 r. – sekretarz Komisji Kultury i Oświaty Zarządu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Wiejskiej
– kierownik klubu Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Pracy
– organizator wystawy „Sztuka ludowa województwa szczecińskiego” na polecenia Ministerstwa Kultury i Sztuki
– kierownik Domu Kultury Kolejarza

1960 r. – członek Kultury i Oświaty WKZZ
– organizator koncertów VI Międzynarodowego Konkursu im. F. Chopina w Szczecinie
– członek Komisji Kultury WRN

1962 r. – współorganizator IX Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego WKZZ
– kierownik zakładowego Domu Kultury PPDiUR „Gryf”
– kierownik oddziału PTTK

1963 r. – konsultant ds. reprezentacji przy produkcji filmu fabularnego „Rachunek sumienia”
(scenariusz Ryszarda Liskowackiego)
– członek Poznańskiego Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego Oddział Szczecin

1964 r. – członek Zarządu Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej Oddział Szczecin
– członek założyciel Szczecińskiego Towarzystwa Kultury
– organizator wyjazdów na koncerty organowe w Kamieniu Pomorskim dla marynarzy obcych bander
– sekretarz Oddziału Miejskiego PTTK

1965 r. – współorganizator i kierownik wystawy „Osiągnięcia XX-lecia Szczecina” na (Podzamczu)
– członek MKKFiT

1966 r. – dyrektor Międzyoddziałowego Biura Obsługi Ruchu Turystycznego PTTK
– komisarz Sztabu Miejskiego Ogólnopolskiego Konkursu Krajoznawczo-Turystycznego „Przez 10 wieków”
– organizator hotelu na statku s/s „Pułaski”

1967 r. – członek zespołu koordynacji ds. Turystyki, Porządku i Estetyki Miasta Szczecina

1969 r. – specjalista ds. organizacji i działalności kulturalno-oświatowej Stoczni Szczecińskiej
im. A. Warskiego

1971 r. – kierownik produkcji FOTO-PAM Sopot Oddział Szczecin
– kierownik produkcji pamiątek FOTO-PAM Miasto Oddział Szczecin

1972 r. – kierownik klubu „Limba” Okrętowego Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego

Niektóre dokumenty wybrane ze zbiorów Pana Stanisława potwierdzające jego działalność: