Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Na honorowym miejscu dworcowego holu znajdowało się malowidło „Zaślubiny z morzem”- praca artysty szczecińskiego M. Boelke, żyjącego do dziś. Wyszłam z dworca w stronę Odry i wpatrywałam się w jej połyskujące fale. Sierpniowe słońce grzało mocno, zmęczeni ludzie wracali z pracy do domów. Na ulicy Wyzwolenia jakiś zakład pracy odgruzowywał ulicę – robili to wszyscy, nawet młodzież szkolna. Takie obrazki powtarzały się bardzo często.
Miasto stawało się najbardziej niebezpieczne nocą – często dochodziło do strzelanin; nie było dnia, żebym rano nie zobaczył ciała leżącego na chodniku. Z biegiem czasu w Szczecinie stawało się coraz spokojniej, miasto zostało w całości oddane Polsce. W Szczecinie zamieszkałem na stałe i mieszkam tu do dziś.

Wspomnienia spisał: Kacper Moraniec z Liceum Ogólnoksztaucące nr XIV w Szczecinie
Wspominali: Zofia i Czesław Sternalowie

Zofia Sternal:

Stałam w oknie pociągu i patrzyłam na zmieniający się krajobraz. Zbliżaliśmy się do celu naszej podróży – do „pięknego Szczecina”, jak mówili moi znajomi. Kiedy przejeżdżaliśmy Odrę, zrobiło mi się jakoś nieswojo – pociąg zaczął kołysać się na wszystkie strony, sapał głośno, jechał bardzo wolno. Zdawało się, że podróż nie skończy się nigdy, ale lokomotywa gwizdnęła raz i drugi, i w końcu znaleźliśmy się na peronie. Wraz z innymi ruszyłam ku wyjściu. Na honorowym miejscu dworcowego holu znajdowało się malowidło „Zaślubiny z morzem” – praca artysty szczecińskiego M. Boelke, żyjącego do dziś.
Wyszłam z dworca w stronę Odry i wpatrywałam się w jej połyskujące fale. Sierpniowe słońce grzało mocno, zmęczeni ludzie wracali z pracy do domów. Na ulicy Wyzwolenia jakiś zakład pracy odgruzowywał ulicę – robili to wszyscy, nawet młodzież szkolna. Takie obrazki powtarzały się bardzo często.
Okazało się, że rodzina, u której miałam zamieszkać, wyjechała do Polski centralnej – zmuszona byłam skorzystać z adresu, jakim obdarowana zostałam „na wszelki wypadek” przez jedną z współpasażerek pociągu. Hotel ten tylko z nazwy przypominał prawdziwy. Znajdował się na ulicy Kopernika – był to hotel P.U.R.-u. Za małą opłatą, w znośnych warunkach można było przenocować, a nawet odpocząć po pracy.
Następnego dnia spotkałam zupełnie przypadkowo koleżankę, z którą zamieszkałam, oraz wybrałam się w poszukiwaniu przydzielonej mi szkoły. Sprawy te załatwiał Wydział Oświaty, który znajdował się w Radzie Miejskiej (obecnie na placu Armii Krajowej), ale tam otrzymałam tylko adres. Jak tam dojść czy dojechać – urzędnicy nie mieli pojęcia.
Poradzono mi, żeby pójść do szkoły im E.Plater, ponieważ szkoła ta rejonem graniczy ze szkolą nr 13, w której właśnie miałam pracować. Niezwłocznie udałam się pod wskazany adres. W sekretariacie pracowały trzy panie, przypuszczalnie nauczycielki, które porządkowały jakieś dokumenty, ale żadna z nich nie wiedziała, gdzie jest szkoła nr 13!
Nagle gdzieś z kąta wyłoniła się postać, której dotąd nie zauważyłam. W roboczym niebieskim fartuchu, z miotłą w ręku, podprowadziła mnie do okna pokoju nauczycielskiego. To, co tam zobaczyłam, przeraziło mnie bardzo i na zawsze zostało mi w pamięci. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego morza gruzów – ciągnęło się aż po horyzont.
– Boże!- pomyślałam. – Chyba 100 lat przeminie, zanim wybudują tutaj pierwszy dom. Jakże się myliłam.
Stałam jak zaczarowana, niezdolna do żadnego ruchu. Przypomniałam sobie, że szkołę muszę odnaleźć, ale jak, gdzie szukać?
Jeden z zapytanych przechodniów pokazał mi daleko, tuż poniżej linii horyzontu, mały, czerwony, podłużny prostokąt.
– To jest ta szkoła- powiedział i poszedł dalej.
Wsiadłam do 5-ki, jechałam „na oko”, ale wiedziałam, że zbliżam się coraz bardziej. Wiedziałam już na pewno, że od tej strony nie ma żadnej drogi, która doprowadziłaby mnie do szkoły. Wciąż dzieliło mnie od niej morze gruzów.
Za radą przechodnia pojechałam pod bramę Stoczni, a potem znów wypytywanie ludzi, błądzenie, w końcu doszłam, piechotą po gruzach, do jakiejś dzielnicy Szczecina, ale już z zupełnie innej strony…
Z tej właśnie dzielnicy chodziły dzieci do „mojej” szkoły. Było ich mało, były biedne, zaniedbane. Były one przeważnie dziećmi uchodźców z kielecczyzny. Dojazd do tej dzielnicy i szkoły uniemożliwiał zerwany most.
Byłam na miejscu. Później okazało się, że do tramwaju nr 5 była stamtąd wąska ścieżka – wydeptana wśród gruzów przez ludzi mieszkających w tej dzielnicy. Tak minęły moje pierwsze dwa dni w Szczecinie.

Czesław Sternal:

Wyjechałem z Poznania 26 lipca 1945 roku do ojca, który został skierowany z Instytutu Ziem Zachodnich do Szczecina, w poszukiwaniu warsztatu pracy. Z Poznania pociąg miał odejść około godziny piątej rano, w rzeczywistości odjechał o godzinie dziewiątej. Jechał z przerwami, a już przed samym Szczecinem bardzo wolno – z czego korzystali wałęsający się maruderzy, którzy wskakiwali do wagonów i wyrzucali bagaże podróżnych na zewnątrz, a później je zabierali.
Pociąg ostatecznie dojechał, ale nie do centrum Szczecina, lecz tylko do Szczecina – Gumieniec. Stamtąd szliśmy już pieszo…
Po drodze trafił nam się samochód wojskowy, który podwiózł nas do koszar znajdujących się na początku obecnej Alei Piastów.
Dotarłem do piekarni, w której miałem pracować, znajdującej się w pobliżu obecnego Placu Grunwaldzkiego. Wraz ze mną przyjechała żona właściciela, jego córka oraz syn.
Szczecin zrobił na mnie wrażenie miasta znajomego – miałem wrażenie, jakbym się tutaj urodził. Wydawało mi się, że kiedyś już widziałem te ulice. Wrażenie swojskości płynęło też może z dużej ilości parków i zieleni.

Kiedy przyjechałem do Szczecina, mieszkało w nim około 8 tysięcy Polaków. Poza tym pozostało jeszcze trochę ludności niemieckiej. Ponieważ statut Szczecina nie był w tym czasie jednoznacznie ustalony (nie było jasno powiedziane, że miasto będzie należało do Polski), część Niemców wróciła do Szczecina – zebrali się na Niebuszewie, gdzie stworzyli nawet własny zarząd miasta… Jednak zarządzeniem ówczesnego prezydenta miasta, Piotra Zaręby (który bardzo intensywnie zabiegał o przyznanie tego miasta Polsce), nakłaniano Niemców do opuszczenia go.
Grupy Niemców można było spotkać także pod Szczecinem.
Znam historię pewnej grupy Niemców, którzy nie bardzo wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Jeden z nich został namówiony przez Sowietów do imigracji do Rosji. Udało mu się przekonać do tego pomysłu swoich współtowarzyszy. Następnego dnia ruszyli w podróż na koniach, z całym swoim dobytkiem. Ci sami Rosjanie, którzy namówili ich do ucieczki, po kilku kilometrach okradli ich ze wszystkiego i zmusili do powrotu do pustych domów, pieszo.

Pierwsi Polacy, którzy przyjechali do Szczecina zabrali się za porządkowanie i odbudowę miasta: uruchomiono linię tramwajową (bodajże pierwsza linia jeździła od zajezdni Niebuszewo do dworca), a że ulice były zasypane gruzem, więc organizowano odgruzowywanie.

Część miasta nie była przekazana w ręce Polski, dość długo zajmowali ją Rosjanie. „Granica” najczęściej wyglądała tak, że na ulicy stał szlaban, obok niego parasol kawiarniany, pod nim krzesło – a na krześle siedział radziecki żołnierz, który kontrolował ruch i przepuszczał ludzi według własnego uznania.
Później Rosjanie stopniowo wycofywali się z miasta. Przedtem jednak zorganizowali akcję wywożenia co cenniejszych rzeczy do Rosji – zwozili wszystko, co miało jakąś wartość do portu i stamtąd przewozili statkami do Rosji. Wśród wywożonych sprzętów znajdowały się meble, pianina, fortepiany, elementy fabryk.
Rosjanie byli tak zdeterminowani w ogołacaniu miasta, że woleli zniszczyć dany przedmiot, niż go zostawić. Przykładem może być niemiecka fabryka samochodów, w miejscu której później powstało POLMO. Jako, że stała ona opustoszała, Rosjanie postanowili wywieźć z niej maszyny. Kiedy okazało się, że pewien element nie może być wyniesiony, ze względu na zbyt duże rozmiary, żołnierze przecięli go na pół, mimo, że oczywistym było, że stanie się on bezużyteczny. Podobny los spotkał elektrownię Pomorzany, z której pod koniec działalności Rosjan zostały gołe mury. Proceder ten trwał około dwóch lat, w czasie których w kierunku portu jeździły całe „karawany” samochodów.

Poza grabiącymi domy, wałęsającymi się po mieście ludźmi, miasto nie było w dzień szczególnie niebezpieczne. Za to wyjście do miasta po zmroku wiązało się z dużym ryzykiem, bo miasto najbardziej niebezpieczne stawało się nocą – często dochodziło do strzelanin i nie było dnia, żebym rano nie zobaczył martwego ciała leżącego na chodniku.

Z biegiem czasu w Szczecinie stawało się coraz spokojniej, miasto zostało w całości oddane Polsce. W Szczecinie zamieszkałem na stałe i mieszkam tu do dziś.