Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Oczami chłopca widziałem gruzy domów nad Odrą; wiele ulic było jeszcze nieprzejezdnych. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze jakieś zabytki, np. Baszta, ruiny kościołów, Zamku Książąt Pomorskich, które w późniejszym czasie odbudowywano…
Tak się złożyło, że trafiłem na moment, w którym w PŻM poszukiwano inżynierów- elektryków… Zostałem tam zatrudniony w grudniu 1959 roku. Byłem ciekawy świata, a w owych czasach była to jedyna okazja, aby go zwiedzić, a i zarobki też były większe niż na lądzie.
Po paru latach pracy na morzu, stęskniony za rodziną i Szczecinem, w którym był mój dom – postanowiłem szukać pracy na lądzie. Teraz Szczecin już nie był wybrany z przypadku, lecz z przekonania i serca. To jest Mój Port.

Wspomnienia spisała: Aleksandra Chawziuk, I kl. Gimnazjum nr 29 w Szczecinie
Opiekun: Marlena Grytka-Szymańska
Wspominał: Dziadek autorki

Moja historia zaczyna się 26 lutego 1934 roku w Czarnkowie – jest to dzień i miejsce moich narodzin. Czarnków to małe miasteczko, ale jedno z najstarszych w Polsce, położone przy Puszczy Nadnoteckiej. Stąd pochodzi znany kronikarz – Janko z Czarnkowa.
Wychowywałem się w pełnej rodzinie, wraz z piątką rodzeństwa. Posiadaliśmy w zagrodzie kilka kur i kaczek, króliki i jedną kozę, a jako przyjaciela psa, do tego parę kotów.
Nasz dom nie był pałacem, żyliśmy skromnie w niedużym domu. W wieku 5 lat przeżyłem rozpoczęcie drugiej wojny światowej.

Po skończeniu Szkoły Podstawowej w Czarnkowie pojechałem w odwiedziny do mojego brata do Szczecina. I tak oto zaczęła się moja przygoda z naszym miastem, moja Wnuczko…
1948 rok Szczecin w gruzach
W 1948 roku, mając czternaście lat, przybyłem po raz pierwszy (na krótko) na „Dziki Zachód”. Zobaczyłem zniszczone miasto i zadawałem sobie pytanie: „- Jak ludzie chcą tutaj żyć?”
Wielu ludzi przyjeżdżało w tym okresie na północ Polski, szukając pracy i lepszego życia. W tym czasie w Szczecinie mieszkał, już od dwóch lat, mój starszy brat. Należał do organizacji „Służba Polsce”, która składała się z ochotników pracujących nieodpłatnie przy odgruzowywaniu zniszczonego miasta. Kawałki dawnych murów miejskich i innych budynków, które się ostały, rozbierano, a następnie wszystkie cegły przygotowywano do transportu kolejowego i wywożono do Warszawy na jej odbudowę.
Oczami chłopca widziałem gruzy domów nad Odrą; wiele ulic było jeszcze nieprzejezdnych. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze jakieś zabytki, np. Baszta, ruiny kościołów, Zamku Książąt Pomorskich, które w późniejszym czasie odbudowywano.
Komunikacja z dzielnic Prawobrzeża do centrum miasta i z powrotem, przez Odrę, odbywała się wojskowym mostem pontonowym, zamontowanym tuż nad taflą wody. Często pokonywałem tę drogę i nie raz, nie dwa, strach mnie ogarniał – czy most utrzyma ciężar pojazdów i pasażerów? Dopiero w 1951 roku mosty pontonowe zostały zastąpione nowymi, zbudowanymi od podstaw.
Od osób starszych słyszałem, że w mieście mieszka jeszcze pewna liczba Niemców. Chcieli tutaj zostać, to miasto było ich domen, tu byli pogrzebani ich przodkowie. Potem ich losy były różne…
1949 – 1953 rok Państwowa Szkoła Techniczna w Szczecinie
Szkoła ta mieściła się w obecnym budynku Wydziału Elektrycznego Politechniki Szczecińskiej, która przedtem nazywała się „Szkoła Inżynierska w Szczecinie” (przemianowano ją bodajże w 1955 roku). Jednakże w roku 1949 Państwowa Szkoła Techniczna dostała osobny budynek – na ulicy Racibora.
Egzaminy wstępne do PST na kierunek „elektryk” odbyły się w czerwcu 1949.
W budynku ówczesnej Politechniki Szczecińskiej, w której z początku miała się mieścić szkoła, do której miałem zamiar uczęszczać, czekało na wyniki ponad 100 osób, wśród nich i ja.
Poszedłem zobaczyć swój wynik z ukochanej matematyki: dostałem 4+! Na liście widniały też dwóje, tróje i, sporadycznie, czwórki… Byłem załamany!
Muszę tutaj wyjaśnić, że w tym czasie w Wielkopolsce ocena 4+ oznaczała ocenę najgorszą. Jak to się stało, że dostałem tak mierną ocenę, którą w dodatku podkreślono na liście wyników podwójną kreską?! Gdybym mógł, zapadłbym się pod ziemię ze wstydu. Niestety nie było to jednak możliwe do wykonania, więc postanowiłem nie przyznawać się do samego siebie, by dodatkowo nie zrobić sobie poruty.
Pani Profesor Szwabe (nauczycielka geografii) zaczęła odczytywać na głos listę z wynikami. W końcu doszła do mojego nazwiska. Potem usłyszałem:
– Proszę, wystąp!
Nie zgłosiłem się – bo jak to tak… publicznie pokazać się z takim wynikiem?!
– Przyznać się, który to?! – głos Profesorki brzmiał coraz groźniej. Zrobił się szum.
Cicho jęknąłem:
– To ja…
– Podejdź tu, chłopcze, i wytłumacz kolegom i koleżankom wszystkie zadania – usłyszałem polecenie pani Szwabe.
– Ależ proszę Pani Profesor… przecież ja mam 4+ – najgorszy stopień! – nieśmiało powiedziałem.
Pani Profesor, zdziwiona, szybko zapytała:
– Skąd jesteś?
– Z Czarnkowa…
– Na tak, teraz już wszystko rozumiem, chłopcze – (w przeciwieństwie do mnie, ja nadal nie wiedziałem, dlaczego Profesorka zadaje mi dodatkowe pytania). – U nas, w Szczecinie, obowiązują już inne oceny niż w Wielkopolsce. Piątka, jako najlepsza ocena, a dwója, jako najgorsza – mówiła Profesor Szwabe. – Dostałeś 4+ u Profesora Gniota! Jeszcze nikt w jego karierze nie dostał piątki. Teraz podejdź i pokaż, jak rozwiązałeś te zadania…
W tym momencie przez salę przebiegł cichy śmiech, a mnie, mówiąc po prostu – „zamurowało”. Szybko jednak atmosfera się rozluźniła, a ja poczułem się lepiej. Wstąpiła we mnie energia i zacząłem rozwiązywać zadania na tablicy, jedno po drugim, aż do późnego wieczora.
Wróciłem (na krótko) do mojego rodzinnego Czarnkowa, by pierwszego września 1949 roku stawić się w szkole, do której zostałem przyjęty. Wtedy okazało się, że budynek szkolny musimy sobie sami „przygotować do nauki”. Tak więc, jedni z nas odgruzowywali teren wokół budynku, a inni pracowali w jego środku, porządkując klasy i korytarze; potem odbywało się malowanie.
Odgruzowywaliśmy nie posiadając specjalnego sprzętu, praktycznie mówiąc – gołymi rękami. Z cegieł układaliśmy mur, żeby ogrodzić szkołę. Mur miał około 80 cm szerokości. Cegły układaliśmy bez zaprawy, bardzo dokładnie i ściśle, by mur się nam nie rozsypał (na zaprawę nie było środków pieniężnych).
Prace w szkole trwały do końca września, a zapał moich kolegów i mój, by stworzyć sobie warunki do nauki, był ogromny. Chcieliśmy jak najszybciej rozpocząć lekcje.
Wyposażenie ówczesnych klas w niczym nie przypominało dzisiejszych sal lekcyjnych. Wtedy siedzieliśmy przy różnych stolikach i na różnych krzesłach – ale nie to było najważniejsze! Dla nas liczył się nauczyciel, który dzielił się z nami wiedzą (którą obiecałem sobie w przyszłości dobrze wykorzystać). Chciałem się uczyć, uczyć…
Przy szkole mieszkał woźny. Wspominam Go jako miłą osobę. Służył zawsze dobrą radą potrzebującym, ale i też czasami stosował zasadę „twardej ręki” wobec tych, którzy sobie na to zasłużyli. Nasz woźny zawsze miał przy sobie ręczny dzwonek, którym dawał sygnał na przerwy lub do rozpoczęcia lekcji.
Praca sezonowa podczas szkoły
Ucząc się w szkole, także pracowałem. Była to praca w okresie wakacji, w lipcu. Wiedziałem, że czasy są ciężkie, więc bardzo chciałem pomóc rodzicom, odciążyć ich od wydatków na moje książki i zeszyty.
Mój brat pracował w Żydowcach, na terenie fabryki sztucznego jedwabiu. Znalazłem się tam i ja… i choć miałem 16 lat, gdy po raz pierwszy z polecenia brata stawiłem się w fabryce – bardzo chciałem dorównać innym pracującym tam mężczyznom. Była to praca na akord, gdzie liczyło się, ile kto dziennie zrobił – odpowiednio do tego dostawało się wynagrodzenie.
Chęci miałem wielkie, ale była to praca ponad moje siły, bo nie byłem przyzwyczajony do pracy fizycznej i, niestety, na początku nie dawałem sobie rady. Trzeba było wkuwać się jednokilowym młotkiem w beton, a potem mocować kotwy, na których zawieszano kable (służące do przesyłania energii elektrycznej do innych hal).
Na tyle, na ile pozwalały mi siły – pracowałem, by co miesiąc cieszyć się swoją wypłatą. A z każdym rokiem było coraz lepiej, bo przecież mężniałem i dorastałem. Okres praktyk zamieniano nam na czas pracy. Każdy z nas szukał możliwości zarobienia pieniążków.
Pamiętam początki września, gdy znów rozpoczynała się nauka. Jakaż to była radość, gdy można było wreszcie siedzieć w ławce i się uczyć! Zdobywana wiedza mogła mi w przyszłości pomóc znaleźć dobrą pracę.

1953 – 1958 Studia
W 1953 roku skończyłem Państwową Szkołę Techniczną w Szczecinie – po skończeniu tejże szkoły obowiązywał “nakaz pracy”: absolwenci technikum musieli podpisać odbiór dokumentu stwierdzającego, iż będzie się pracować w wyznaczonym miejscu (samemu nie można było wybrać ani miasta, ani miejsca pracy), bo inaczej nie dostałoby się świadectwa ukończenia szkoły.
Z każdej klasy (a moja liczyła 40 osób) tylko 10% mogło iść na studia.
Ja dostałem nakaz pracy do Bydgoszczy – pomimo tego, że wyniki na świadectwie szkolnym miałem dobre, nie dostałem przepustki do dalszej nauki! Początkowo miałem mieć prawo do dalszej nauki (byłem jednym z czterech najlepszych uczniów), ale później z „innych” względów (teraz by to nazwali- politycznych) – zostałem w ostatniej chwili „wykopany”, bo na moje miejsce wszedł kolega, którego ojciec był we władzach wojewódzkich – wystarczyło, że tenże kolega dostarczył list z „komitetu” z uwagą, aby to on poszedł na studia, a nie do pracy.
Nie poddałem się i wraz z kolegą pojechaliśmy (za pożyczone pieniądze) do Warszawy, gdzie szczęśliwym trafem dostaliśmy odroczenie nakazu pracy na okres studiów…
Studia rozpocząłem w 1953 roku. Poszedłem na Wydział Elektryczny Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie (na trzecim roku moich studiów przemianowano ją na Politechnikę Szczecińską).
Już po moich studiach – mój Ojciec miał wypadek w pracy, a Mama ciężko zachorowała na serce, natomiast dwaj starsi bracia równocześnie byli w wojsku, więc ja po napisaniu pracy inżynierskiej poszedłem do pracy. Jak wyglądało rozpoczęcie mojej pracy, opowiem w późniejszej części moich wspomnień, a teraz wrócę do sytuacji i życia w Szczecinie, w czasie, gdy byłem studentem.
1956 Zdroje
Jako student mieszkałem, wraz ze starszym bratem, w wynajętym pokoiku „bez wygód”. Pewnego razu odwiedziła nas nasza Matka, która zareagowała… jak to kochająca matka… Stwierdziła, iż w takich warunkach nie możemy mieszkać i najwyższy czas, by ona i Ojciec przeprowadzili się do Szczecina i poszukali porządnego lokum.
Zgłosiliśmy się do administracji, która poleciła nam samodzielne znalezienie mieszkania, jego wyremontowanie, a następnie zgłoszenie, że już „zamieszkaliśmy ów lokal”.
Wybraliśmy mieszkanie w Zdrojach, na ul. Bagiennej. Powodem naszej decyzji zamieszkania na obrzeżach miasta był fakt, iż zamierzaliśmy hodować parę kur i świń, a w centrum Szczecina było to zabronione. Moja mama zajęła się domostwem, a ojciec rozpoczął pracę w fabryce w Żydowcach.

1956/57 Badanie czystości mowy polskiej
Około 1956/57 roku w całej Polsce przeprowadzono badania na temat: w których regionach kraju mówi się najczystszym, najbardziej literackim językiem. Szczecin również został poddany tej próbie. I co się okazało? Właśnie to miasto, które było zlepkiem ludzi pochodzących z różnych stron zdobyło… pierwsze miejsce!
Duży odsetek populacji Szczecina pochodził z Wielkopolski, sporo nowych mieszkańców przyjechało z Pomorza, ale także z Warszawy, ze Śląska, z Krakowa, a nawet z Wilna, czy ze Lwowa. Zaobserwowano, że wielu ludzi nie chciało ujawniać swojego pochodzenia i używali takiego języka, który był uznawany za poprawny i pozbawiony naleciałości regionalnych.

1957 Szczecin – zielone miasto
Szczecin w tym czasie cieszył się opinią „zielonego miasta”. Dużo zieleni, skwerów i parków w centrum miasta – to była wspaniała wizytówka Szczecina. Swoisty urok posiadały gwiaździste place, szerokie, zadrzewione aleje, które starano się utrzymać tak, by cieszyły oko mieszkańców i przyjezdnych.
W owym roku brakowało Szczecinowi jeszcze wiele do doskonałości. Wystawy sklepów były bardzo skromne, wewnątrz, niestety, też nie było zbyt dużo towarów. Nie było specjalistycznych sklepów i nie budowano ogromnych sklepów (z wyjątkiem Domu Towarowego).
Wyjścia na tzw. polowania do Domu Towarowego były wielka atrakcją, a choć nie było dużo towaru – wnętrze sklepu, jak na owe czasy, przyciągało dużo zwiedzających.
Dom Towarowy stał na Placu Żołnierza, a w późniejszym okresie powstał w nim kombinat rozrywkowy „Kaskada”.
Nie mówiło się wtedy, że się coś „kupiło” tylko: „zdobyło”. Było to powszechnie rozumiane jako: „musiałem wystać w kolejce”. Zaopatrzenie sklepów było niewystarczające i często trudno było dostać te artykuły, których się potrzebowało.

W miejscu, gdzie obecnie znajduje się dworzec autobusowy, istniał kiedyś rynek – do dziś znamy nazwę „Tobruk”, która powstała już wtedy. Tam każdy mógł handlować tym, co miał do sprzedania.
Drugi znany w Szczecinie rynek znajdował się na zapleczu Technikum Budowlanego. Było tam dużo stoisk, głównie żydowskich kramów (Żydzi licznie mieszkali na Niebuszewie).

Dopiero w 1951roku nastąpił znaczny rozwój Szczecina. Wtedy też władze miasta powiedziały:
– STOP! Już nie będziemy wysyłać cegieł, jak i innych materiałów do Warszawy. Czas by skoncentrować się na odbudowie, a nie tylko na odgruzowywaniu Szczecina!
Stopniowo Szczecin zaczął pięknieć. Obok istniejących pozostałości zabudowy z czasów przedwojennych, budowano nowe domy, według obowiązującej wtedy mody w architekturze.

1958- 59 Praca w Stoczni Remontowej Gryfia
W stoczni „Gryfia” rozpocząłem pracę jako elektromonter. Fakt, iż nie podałem do wiadomości, że mam tytuł inżyniera, umożliwił mi zarabianie na poziomie wyższym, niż na stanowisku „inżynierskim” (jaki to absurd…). Już po czterech miesiącach awansowałem na brygadzistę i zarabiałem wtedy ok. 3 200 zł (do 3 600 zł), przez około półtora roku. Byłem z tego strasznie dumny i zadowolony.
W którymś momencie, na moje nieszczęście (choć, jak się później okazało, na szczęście) – wydało się, że posiadam dyplom inżyniera. Ponieważ w owych czasach w stoczni potrzebowano inżynierów, w krótkim czasie otrzymałem cztery propozycje objęcia nowego stanowiska pracy: budowniczego, technologa, pracownika kontroli technicznej i mistrza na wydziale produkcyjnym, z nadzieją awansu na kierownika. Stanowiska te były obsadzane dotychczas przez osoby, które ukończyły co najmniej technikum, bo w owych czasach było mało inżynierów. Nie chciałem godzić się na ten „awans”, ponieważ proponowane płace były o ok. 1000 zł niższe od mojej dotychczasowej. Nas moje pytanie – Czy tak wyglądają awanse? – nikt nie udzielił mi odpowiedzi.

W roku 1959 zaczął się rozwój floty morskiej. Polska Żegluga Morska kupowała statki, które podczas wojny przewoziły broń i amunicję ze Stanów Zjednoczonych i Kanady do Europy. Pomimo, iż statki te były trochę wysłużone – zakup ich był korzystny. Pierwszym zakupionym statkiem był dziesięciotysięcznik „Chorzów”.
Tak się złożyło, że trafiłem na moment, w którym w PŻM poszukiwano inżynierów- elektryków… Zostałem tam zatrudniony w grudniu 1959 roku. Byłem ciekawy świata, a w owych czasach była to jedyna okazja, aby go zwiedzić, a i zarobki też były większe niż na lądzie.
Ta ciekawość globu ziemskiego i fakt, że mogę rozwijać się zawodowo – bardzo mi odpowiadały. Szybko zorientowałem się, że będąc na morzu trzeba doskonalić języki obce: angielski i niemiecki.
Po paru latach pracy na morzu, stęskniony za rodziną i Szczecinem, w którym był mój dom – postanowiłem szukać pracy na lądzie. Moją dewizą od lat jest powiedzenie, że „wszędzie jest dobrze, ale w domu jest najlepiej”.
Teraz Szczecin już nie był wybrany z przypadku, lecz z przekonania i serca. To jest Mój Port.
PS. Dzięki Dziadku! Twoja Wnuczka.


Fot. 1 Dziadek w momencie rozpoczęcie pierwszej pracy w SR „Gryfia”


Fot. 2 Dziadek (najmniejszy na zdjęciu) w wieku 5 lat przed domem w Czarnkowie.