Opublikowane przez Krasiu w Historia.

Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy zginęło w marcu 1945 roku wielkiej bitwie o prawobrzeżną część Szczecina. Polska i radziecka artyleria zrównały wówczas Dąbie z ziemią.

Dąbie stało się częścią Szczecina dopiero 10 października 1939 roku, kiedy to po wielu latach przygotowań utworzono tzw. „Wielki Szczecin” włączając w granice Szczecina peryferyjne dzielnice. Do tego czasu cieszyło się samodzielnością, chociaż było ściśle związane ze Szczecinem. Większość mieszkańców tego miasteczka pracowała w Szczecinie, prawie do samego Dąbia, bo na skraj lotniska, dochodziła też linia tramwajowa nr 1 (przystanek końcowy znajdował się w miejscu, gdzie dziś przy zbiegu ulic Przestrzennej i Eskadrowej stoi stacja benzynowa).
Zabudowa Dąbia była typowa dla małego miasteczka. Zniszczone wojnami mury obronne rozebrane zostały w już w 1872 roku. Nad miastem, podobnie jak i teraz, górowała wieża kościoła Mariackiego, który powstał w 1866 roku na gruzach strawionej przez pożar trzy lata wcześniej świątyni. Dąbie miało też swój rynek z prawdziwego zdarzenia wraz ze stojącym na nim ratuszem, niewielką, dwupiętrową klasycystyczną budowlą zwieńczoną wieżyczką.
Po setkach lat burzliwych dziejów miasteczko zaczęło się spokojnie rozwijać dopiero pod koniec XIX wieku. Powstały liczne zakłady przemysłowe, a liczba mieszkańców systematycznie rosła z 6,8 tysięcy w roku 1900 poprzez 10 tysięcy w roku 1933 po ponad 16 tysięcy w roku 1939. Warto odnotować, że w czasie I wojny światowej w Dąbiu i jego okolicach zakwaterowano około 100 tysięcy żołnierzy, a wybudowanych naprędce barakach przetrzymywano ponad 20 tysięcy jeńców – Rosjan, Francuzów, Anglików, a nawet Turków.
Zaciekły opór
W czasie II wojny światowej Dąbie nie było aż tak zagrożone nalotami jak lewobrzeżny Szczecin. Wprawdzie w pobliskim Załomiu działała fabryka silników lotniczych, która stała się jednym z ważniejszych celów alianckich nalotów, ale samo Dąbie nie zostało poważnie zniszczone.
Miasteczko skazane zostało na zagładę pod koniec zimy 1945 roku, kiedy wojska radzieckie i polskie zaczęły zbliżać się do Odry. W marcu Niemcy zgromadzili wokół Dąbia potężne siły. Miały powstrzymać natarcie i umożliwić wycofania części jednostek na lewy brzeg Odry by tam zorganizować obronę mającą zablokować marsz wojsk radzieckich i polskich na Berlin. Niemcy chcieli też w ten sposób uchronić Szczecin przed artyleryjskim ostrzałem, a w dalszej perspektywie wyprowadzić spod Dąbia atak na tyły nacierających na nich wojsk.
Lista jednostek zgromadzonych wokół Dąbia była imponująca. Prawobrzeżnej części Szczecina miały bronić aż dwa korpusy w skład których wchodziły dywizje SS, dywizje pancerne, a nawet dywizja spadochroniarzy. W sumie dwanaście dywizji wspomaganych przez artylerię i lotnictwo. Trzeba tu jednak dodać, że w znacznej części owe jednostki były imponujące jedynie z nazwy. Dywizje dalekie były od pełnego składu, w większości stanowiły przypadkowy zlepek często niedoświadczonych, młodych żołnierzy, w tym cudzoziemców, którzy walczyli po niemieckiej stronie. Niemniej przed wojskami radzieckimi i polskimi stało kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, którzy jak się już wkrótce okazało potrafili postawić zacięty opór.
Przygrywką do wielkiej bitwy o Dąbie była walka o Stargard. Po stronie niemieckiej zginęło 4 tysiące żołnierzy. Ciężkie walki toczyły się też o Kamień Pomorski, koło Trzebiatowa i o Goleniów.
Do granic Szczecina wojska radzieckie zbliżyły się 8 marca. Tego samego dnia dołączyły do nich dwie polskie jednostki: 2 dywizja artylerii i 1 samodzielna brygada moździerzy.
Następnego dnia przy wsparciu polskiej artylerii wojska radzieckie ruszyły do przodu zdobywając Płonię i Śmierdnicę. Zaraz potem natarcie utknęło w miejscu. Żołnierze napotkali na bardzo silny opór. Dalsze walki okazały się bardzo krwawe, co gorsza Niemcy zdołali nawet wyprowadzić z trudem powstrzymany kontratak. Radziecki marszałek Żukow zdecydował się wówczas powstrzymać natarcie. Przez dwa dni przegrupowywano wojska, a na linii frontu gromadzono setki dział. Na każdym kilometrze było ich aż 280!
Stosy trupów
14 marca cała zgromadzona na szczecińskim froncie radziecka i polska artyleria ryknęła ogniem. Owe „ryknięcie” można potraktować niemal dosłownie. Żołnierze wspominali później, że jeszcze przez kilka dni od huku dział mieli kłopoty ze słuchem.
Mimo potężnego uderzenia natarcie nie poszło gładko. Wprawdzie pod Kijewem udało się kompletnie rozbić 10 Dywizję Pancerną SS, która straciła wszystkie czołgi, ale Niemcy zdołali sięgnąć po odwody, które znów przyhamowały atak.
Najcięższe walki toczyły się o samo Dąbie. Obrońcom sprzyjała tutaj gęsta zabudowa. Jak wspominają żołnierze trzeba było zdobywać każdy dom. W ruch poszły czołgi i artyleria burząc po kolei całe ulice by wypędzić z nich niemieckich obrońców. Bitwa trwała bez przerwy, także w nocy. W kamienicach i ruinach dochodziło nawet do walk na bagnety. Walki trwały blisko tydzień! Dopiero 20 marca, gdy po zdobyciu przez Rosjan Gryfina ich siły ruszyły wzdłuż Odry na północ zagrożone otoczeniem wojska niemieckie wycofały się do lewobrzeżnego Szczecina wysadzając za sobą mosty.
Straty po obu stronach były gigantyczne. Armia Czerwona straciła 7 tysięcy żołnierzy. To aż jedna trzecia poległych w czasie wszystkich walk na Pomorzu Zachodnim. Po stronie niemieckiej straty były jeszcze większe: zginęło 40 tysięcy żołnierzy, 12 tysięcy trafiło do niewoli. Rozbitych zostało aż 126 niemieckich czołgów i ponad 300 dział.
Jeden z uczestników walk o Dąbie, sierżant 159 gwardyjskiego pułku artylerii P.P. Timofiejew, tak podsumował bitwę: „No a potem ostatnie, najgorętsze walki o likwidację hitlerowskiego zgrupowania na przyczółku pod Dąbiem. Dwa dni byłem głuchy po tej kanonadzie i strzelaninie. Dąbie jednak wreszcie padło. 20 marca zakończył się bój. Baterie ustawiliśmy na brzegu Regalicy i jeziora. Sami na miasto, a właściwie w jego ruiny. Jakąż siłę miał tu Niemiec! Bojowego sprzętu na ulicach mnóstwo. Długie kolumny jeńców, stosy trupów. Daliśmy im radę, choć tak byli silni, a my wykrwawieni w poprzednich długich marszach i bitwach od samej Wisły”.
Nieład i zniszczenie
Zacięta bitwa spowodowała, że Dąbie w ciągu 6 dni stało się jednym wielkim gruzowiskiem. Szacuje się, że zabudowa została zniszczona w 75 procentach. Na Polakach, którzy w kwietniu zobaczyli Dąbie wszystko to robiło przygnębiające wrażenie.
– Po trzydniowej podróży znalazłem się wreszcie w Dąbiu Szczecińskim, gdzie pociąg stał dość długo. Miałem więc sporo czasu na rozejrzenie się po okolicy – wspominał po latach Jerzy Brinken, nauczyciel. – Wszędzie było widać ślady wojny: wypalone domki, nie kończące się zasieki, rozbite działa, porzucone czołgi, a na torach wykolejone wagony – wszędzie nieład i zniszczenie.
Wiele mówiącą relację z tego co zobaczył w Dąbiu pozostawił Marian Wieczorek, pierwszy komendant wojenny Dąbia: – „Przykry widok, ponury. Mijamy dworzec i maszerujemy na wprost ulicą wyłożoną kostką kamienną, miejscami wyboje po zasypanych dołach. Przed dworcem masa wypalonych ruin, zburzonych domów. Tak po prawej, jak i po lewej stronie ruiny, ruiny sięgają daleko w głąb miasta. Cóż to, miasto ruin? Czy to jeszcze jest miasto? Straszne pierwsze wrażenie. (…). Nic do siebie nie mówimy. Tylko szef mówi półgłosem: „Psiakrew, dranie, ale tu widać dobrą robotę”.
Mijamy częściowo rozbity mostek, przerzucony przez rzeczkę zawaloną drzewem, gruzem, żelastwem, leży jakiś wrak samochodu osobowego, kupa żelastwa sterczy z dna rzeki. Po prawej stronie mijamy zerwaną ścianę kina – widać napis „Kino” – naprzeciw zaś duży, rozległy park i znów połamane, strasznie okaleczałe drzewa. Pełno tu rożnych odpadków, śmieci, skrzyń, wykopane rowy stanowisk strzeleckich. Widać niskie zabudowania betonowych schronów, zapewne dla cywilów niemieckich. Idziemy i patrzymy. Oko spotyka tylko ruiny i zburzone domy. Boże, czy tu nic nie ocalało? Nie, są i domy chyba całe, tam w głębi miasta. (…).
Poza rejonem ulic rozchodzących się promieniście od ulicy Anieli Krzywoń, dość dużo ludzi osiedliło się w zabudowaniach wzdłuż ulicy Gryfińskiej, mniej więcej od rozgałęzienia Lotniczej i Wiosennej do rozwidlenia Gryfińskiej i jej zakończenia z Hangarową. Ulica Gryfińska była mało zniszczona, szeroka, po obu stronach zabudowana domami jedno i dwupiętrowymi, które z tylnej strony miały zwykle ogródki. Tu osiadł przybyły z głębi Polski piekarz, Marian Bertrandt, który bardzo sprężyście prowadził prawie nie zniszczoną piekarnię. Dzięki jego zapobiegliwości mieszkańcy mogli się już zaopatrywać w chleb. Zboże kupował okazyjnie, tak jak i mąkę. Z wielkim trudem zaopatrywał się także w hurtowni zorganizowanej w Stargardzie Szczecińskim. (…). Niestety, zginął w tajemniczych okolicznościach w drodze powrotnej ze Stargardu, skąd jechał wozem zaprzężonym w dwa konie. Zginął razem ze swym pomocnikiem i czeladnikiem rzeźnickim, młodym chłopakiem. Ofiary niespokojnych dni, czasu rozbojów i napadów”.
Zniszczeń dopełnili Rosjanie, którzy to co ocalało i miało jakąś wartość zdemontowali i wywieźli do ZSRR. Wspominają to niemieccy mieszkańcy tej części Szczecina, którzy w pierwszych tygodniach po wojnie wrócili do Dąbia.
– Na początku maja dotarłem z rodziną znów do Dąbia, gdzie musieliśmy natychmiast podjął pracę dla Rosjan bez żadnego wynagrodzenia. (…). Wszelkie fabryki w Dąbiu, ogromna fabryka beczek i fabryka papieru (celulozy), zostały przez Rosjan rozebrane, a wszystkie maszyny załadowane na transport do Związku Radzieckiego (…) – relacjonował po latach jeden z nich, Feliks Grosser.
Ten beznadziejny obraz dopełniali zwykli bandyci, którzy napadali na pierwszych, polskich osadników (wspomina o nich w swojej relacji Marian Wieczorek).
Aż do kwietnia 1948 roku Dąbie było samodzielnym miastem z burmistrzem Janem Balcerzakiem na czele. Było to spowodowane brakiem dobrej komunikacji z lewobrzeżną częścią Szczecina. Nie działały telefony, a jedyne mosty (i to prowizoryczne, tylko dla pociągów) zlokalizowane były na szlaku dzisiejszej Autostrady Poznańskiej.
Dąbie odbudowywało się powoli. Przez pierwsze 20 powojennych lat skupiono się jedynie na doprowadzeniu do porządku tych kamienic i budynków, które ocalały. Zupełnie nowe budynki zaczęły powstawać dopiero w połowie lat 60.
Andrzej Kraśnicki jr
Pechowe Dąbie
Dąbie wielokrotnie w swojej historii przeżywało trudne chwile. Wydarzenia z marca 1945 roku były dopełnieniem tragicznych dziejów tego miasteczka w minionych stuleciach.
– Rok 1540 i 1592. Dwa wielkie pożary niemal doszczętnie niszczą miasto
– Rok 1635. Kolejny wielki pożar, miasto zostaje też splądrowane przez wojska Szwedzkie, a potem Polskie.
– Rok 1709. Na dżumę umiera 480 z 879 mieszkańców Dąbia
– Rok 1806. Miasto zostaje zajęte przez Francuzów. Liczne przemarsze wojsk prowadzą do rozgrabienia Dąbia
– Rok 1814. W czasie oblężenie Dąbia przez wojska pruskie znaczna część- zabudowy zostaje zniszczona
– Rok 1914. W noc sylwestrową silny, północny wiatr powoduje tzw. cofkę. Woda zalewa Dąbie. Fala powodziowa ma 2 metry wysokości.