Opublikowane przez Busol w Ciekawostki.

Od samego rana Szczot, liczące niewiele ponad dziesięć wiosen pacholę, chodził po osadzie zamyślony i dziwnie niespokojny. Nie miał ochoty na psoty, nie dał się też namówić rówieśnikom na ulubione zapasy, w których zawsze był najlepszy i nikt dotąd go nie pokonał. Zdało się, że błądzi myślami gdzieś daleko, albo że zakochał się pierwszą młodzieńczą miłością. Wszak w osadzie pełno było krasnych dziewek, do których nie jeden z jego rówieśników wzdychał ukradkiem.

Błądząc tak, niby bez celu, zaszedł w okolice świątyni i omal nie przekroczył świętego kręgu, do którego, jako dziecku, nie wolno mu było wchodzić. Z zadumy wyrwał go dopiero groźny głos kapłana
– Zatrzymaj się! czyż nie wiesz, że to miejsce święte, którego przekroczyć ci nie wolno?
Szczot podniósł głowę. Przed nim stał, zastępując drogę siwy, brodaty starzec.
– Wybaczcie. Zamyśliłem się i nie zauważyłem, że tu doszedłem.
– A która to z dziewek tak ci w głowie zawróciła? – starzec nie wydawał się być taki groźny, na jakiego wyglądał. „Może jemu zawierzyć tajemnicę?” – przemknęło chłopcu przez głowę.
– Nie dziewka, czcigodny starcze. Miałem dziwny sen tej nocy i on to tak zamącił mi w głowie.
– Cóż to za sen? Mów śmiało – starzec zdawał się być zainteresowany. Przypominał chłopcu jego dobrotliwego dziada, który ze dwa lata temu odszedł od nich na zawsze. Gdyby żył jeszcze, Szczot bez wahania opowiedziałby mu o śnie. Ale czy może temu starcowi? Czy nie wyśmieje go, czy nie ofuczy?
– Nie bój się, mów śmiało – zachęcał starzec.
– Było tak: znalazłem się na wielkiej łące, na której rosło tylko jedno drzewo. Skwar był straszny. Podszedłem więc do drzewa, usiadłem w jego cieniu i po chwili usłyszałem za sobą głos. Zdziwiłem się i przestraszyłem. Przecież oprócz mnie nie było na łące nikogo. z trwogą obejrzałem się za siebie, w stronę skąd dochodził głos. Przy drzewie stał dziwny człowiek. Z jego szyi wyrastały trzy głowy. Właściwie nie były to trzy głowy, to była jedna głowa o trzech twarzach. Strwożyłem się jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem. I wtedy postać ta przemówiła do mnie ponownie, głosem tak delikatnym i miękkim, jak mawiał mój dziadunio. „nie lękaj się i słuchaj uważnie tego, co ci powiem. Gdy przyjdzie twój czas, weźmiesz do łodzi sześciu towarzyszy i wypłyniesz na morze. Będziecie płynąć tak długo, aż woda wyrzuci was na równinę pośród lasów, otoczoną siedmioma szczytami. Na jednym z nich znajdziesz gniazdo półptaka – półzwierza. Tam zbudujesz dla mnie dom i otoczysz go wielką troską a twoi potomni czcić mnie będą i słuchać moich rad. Wokół domu tego zbudujesz gród, który nazwiesz od otaczających go wzgórz…”
Szczot zamilkł i spojrzał na starca. Dostrzegł na jego obliczu jedynie powagę i zadumę. Ani cienia uśmiechu czy drwin, których obawiał się najbardziej. Przez chwilę obaj milczeli, w końcu starzec spytał
– Co było dalej?
– Nie pamiętam. Chyba się obudziłem. Powiedz, czcigodny starcze, co ten sen może oznaczać? Przecież nie ma tu żadnego morza, a ja mam być, jak dziad i ojciec wojem, a nie rybakiem. Dlaczego więc mam płynąć łodzią?
Zadumał się starzec jeszcze bardziej i rzekł po chwili
– Nie trzeba być rybakiem, by pływać łodzią. Zaiste sen to dziwny, ale i proroczy. Zapomnij o nim. Jesteś jeszcze zbyt mały, by go zrozumieć. Jeśli jest proroctwem, to w odpowiednim czasie da o sobie znać.

Od tamtego dnia minęło wiele lat. Odszedł już czcigodny starzec ze świątyni, odszedł też ojciec Szczota, a on sam przeistoczył się z pacholęcia w pięknego i silnego młodzieńca, woja w drużynie książęcej. O dziwacznym, jak z czasem sądził, śnie dawno już zapomniał. Nieoczekiwanie jednak, zawarta w nim przepowiednia, miała się spełnić. Miał w książęcej drużynie sześciu druhów: Gniewka, Mścisława, Bolka, Mściwoja, Ziemowita i szczególnie umiłowanego, z którym gotów był dzielić ostatnią koszulę, Dobrogosta.
Razu pewnego granicom księstwa zagroziło sąsiednie plemię, jakich w owym czasie było jeszcze wiele. Nie wszystkie jeszcze jednoczyły się w jeden organizm, chcąc zdobyć lepsze tereny dla swych trzód i uprawy napadały na sąsiadów, wycinając ich w pień i zagarniając ich terytoria i dobytek.
Na wezwanie księcia stawiła się jego drużyna. Stawił się też Szczot ze swymi druhami. Ruszyli przeciw nieprzyjaciołom. Gnali ich na północ, ku wielkiej wodzie. W pewnym jednak momencie Szczot i jego towarzysze zorientowali się, że wroga przed nimi dawno już nie ma, a oni, oddaliwszy się od swoich, pogubili drogę i są sami w głębokim borze. zapadała noc. Szukać w ciemności powrotu nie było sensu. Rozłożyli więc obozowisko, zjedli resztę zapasów i umęczeni trudami posnęli.
Zbudziły ich słoneczne promienie prześwitujące przez konary drzew. Zwinęli obozowisko, wsiedli na konie i poczęli szukać drogi, by wracać do swoich. Cały jednak dzień błądzili po lesie i przed zmierzchem znów znaleźli się w miejscu swojego obozowiska. Tak samo było dnia drugiego i trzeciego. Utrudzeni bezowocnymi poszukiwaniami powrotnej drogi towarzysze Szczota posnęli kamiennym snem. On jednak, mimo zmęczenia, nie mógł spać. Czuł się odpowiedzialny za kompanów zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie znajdą drogi czeka ich pewna śmierć z głodu i pragnienia. Rozmyślając tak, zapadł w końcu w niespokojny, pełen majaków, półsen. Zobaczył w nim, dawno zapomnianą, scenę z dziecięcego snu. Znów siedział pod wielkim, samotnym drzewem na rozległej łące i słyszał ów ciepły, miękki głos. Obejrzał się za siebie. Za nim stała postać o trzech twarzach.
– Nie lękaj się Szczocie. Zbierz o świcie swych ludzi i idźcie na zachód. Tam znajdziecie ratunek.
Zerwał się Szczot z posłania, obudził Dobrogosta, odciągnął go na bok, aby nie obudzić pozostałych i opowiedział mu o obu snach, o starcze ze świątyni który pierwszy uznał sen za proroczy i o swych wątpliwościach, co robić dalej.
– Ufamy ci wszyscy – powiedział Dobrogost – Czyń, co uważasz, ale skoro sen ma być proroctwem, rób, co on ci nakazuje.
O świcie zebrał ich Szczot, zjedli resztki z wieczerzy sprawionej z upolowanego przez Dobrogosta jelenia i ruszyli na zachód. Po pewnym czasie dotarli nad brzeg, jak im się wydawało, morza, nad którym znaleźli stare czółno. Puścili wolno swe konie i w siódemkę wsiedli do niego. Ledwie odbili od brzegu zerwał się silny wiatr, a ziemię spowiły ciemności. Nie wiedzieli, jak długo płyną, gnani silnym wiatrem. W końcu, zmęczeni i strwożeni, posnęli.
Obudziło ich silne słońce. Łódź spokojnie kołysała się przy brzegu rzeki, płynącej przez równinę, otoczoną lasami. Szczot rozejrzał się wokoło i policzył. Na równinie było siedem wzgórz. Wysiedli na brzeg.
– Rozniećcie ogień i spróbujcie złowić trochę ryb, a ja z Dobrogostem nieco rozejrzymy się po okolicy.
Gdy dochodzili do wzgórza nad rzeką, na którym rósł wielki dąb Szczot powiedział
– Znam to drzewo. Widziałem je w snach.
Podeszli bliżej. Nagle powietrze rozdarł skrzekliwy krzyk i z gniazda na konarze wzbił się w powietrze dziwny stwór: ogon i łapy jak u zwierzęcia, z potężnymi szponami; na krótkiej szyi znajdowała się głowa z ptasim, zakrzywionym dziobem, pokryta piórami, jak u ptaków. Dopełnieniem zwierzęcia były dwa skrzydła, przy pomocy których krążyło ono teraz nad przybyszami.
– To zapewne o tym miejscu mówił człowiek o trzech twarzach. Musisz dokładnie mi go opisać. Jak zbudujemy tu jego dom, wyciosam w drewnie jego podobiznę i ustawię w nim. Niech dalej nas strzeże.
Jeszcze tego dnia, po obfitym posiłku ze złowionych ryb, rozpoczęli prace. Najpierw wznieśli, obok rozłożystego dębu dom dla Trzygłowa, jak nazwali tajemniczą postać ze Szczotowych snów. Gdy był już gotów Dobrogost ustawił w nim, wyrzezaną w drewnie ludzką postać z głową o trzech twarzach. Upadli przed nią na kolana i podziękowali za ocalenie.
W niedługim czasie, wokół domu Trzygłowa wyrosły domostwa Szczota i jego druhów, a także ludzi, którzy poczęli tu przybywać i osiedlać się. Domem Trzygłowa opiekowali się Szczot z Dobrogostem. Któregoś dnia, gdy obaj stali przed figurą, Szczot zapytał przyjaciela
– Jak nazwiemy naszą osadę?
– Mówiłeś, że Trzygłów nakazał, aby nazwać ją od otaczających ją wzgórz. Niech więc nazywa się Szczycin.
– Niech nazywa się Szczycin – powtórzył Szczot i spojrzał na posąg Trzygłowa. Zdało mu się, że kiwnął z aprobatą głową.