Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Pewnego dnia do drzwi zapukało NKWD. Kazali mojemu pradziadkowi przyjąć obywatelstwo rosyjskie. Pradziadkowie odmówili, byli Polakami. Za odmowę otrzymali nakaz wydalenia z terytorium Związku Radzieckiego. Rodzina miała jeden dzień na spakowanie całego dobytku.
Babcia Jadwiga przyjechała do Szczecina w 1952 roku, w poszukiwaniu pracy. Każdy chciał pracować, uczyć się i mieć gdzie mieszkać. Po pracy można było zjeść goloneczkę w knajpie „U Leona”, u zbiegu ulic Piastów i Jagiellońskiej.
Ciężko było żyć w tamtych czasach, ale nigdy nie przyszło babci do głowy, żeby wracać na Białoruś. Cała jej rodzina była tu – w Polsce. A tam? Za Bugiem był już Związek Radziecki.

Wspomnienia spisał: Tomasz Kochanowski z kl. V Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominała: Jadwiga Łupieska

Moja babcia nazywa się Jadwiga Łupieska. Mieszkała z rodzicami i bratem w małym miasteczku Wiśniewie na Białorusi.
Pewnego dnia do drzwi zapukało NKWD. Kazali mojemu pradziadkowi przyjąć obywatelstwo rosyjskie. Pradziadkowie odmówili, byli Polakami. Za odmowę otrzymali nakaz wydalenia z terytorium Związku Radzieckiego. Rodzina miała jeden dzień na spakowanie całego dobytku.
Była wczesna wiosna 1946 roku. Pradziadek otrzymał nakaz wyjazdu na Zachód. Babcia już nie pamięta, ile dni trwała podróż. Wie, że bardzo długo jechali pociągiem.

Do Stargardu Szczecińskiego dotarli w czerwcu 1946 roku. Była noc. Babcia z rodziną spała na stacji. Rano pradziadek dowiedział się, że przydzielono im gospodarstwo rolne we wsi Tychowo. Otrzymali z UNRRY konia, kartki żywnościowe i zapomogę pieniężną. Pradziadek za zaoszczędzone pieniądze kupił krowę i tak rodzina zaczęła gospodarzyć.

Babcia Jadwiga przyjechała do Szczecina w 1952 roku, w poszukiwaniu pracy. Zatrudnienie znalazła w szpitalu przy ul. Arkońskiej.

Babcia z dziećmi z Oddziału Dziecięcego Szpitala Wojewódzkiego,1957r.

Miasto było bardzo zrujnowane. Wszędzie byli ludzie zajmujący się odgruzowywaniem ulic. Były dzielnice bez prądu, wody, brakowało opału.
Babcia zamieszkała z koleżanką w starej kamienicy przy ul. Słowackiego. Okna ich pokoju wychodziły na Park Kasprowicza.
Było mało sklepów, a te istniejące nazywały się „Robotnik”. Kupowano za talony lub gotówkę.
Dzieci uczyły się w kilku szkołach, a dorośli znajdowali zatrudnienie w stoczni i porcie. Codziennie przybywali do miasta nowi repatrianci.
Szczecin zmieniał się z dnia na dzień. Nadawano ulicom polskie nazwy. Otwarto kina „Polonia” i „Colosseum”, ale grano w nich tyko filmy wojenne. Czytano „Wiadomości Szczecińskie” i „Kurier Szczeciński”.
Po pracy można było zjeść goloneczkę w knajpie „U Leona”, u zbiegu ulic Piastów i Jagiellońskiej. Na spacer babcie zabierała swojego synka na Wały Chrobrego i do Parku Kasprowicza.
Szczecinianie byli szczęśliwi, cieszyli się wolnością, ale mimo wszystko martwili się o swój los. Każdy chciał pracować, uczyć się i mieć gdzie mieszkać.

Ciężko było żyć w tamtych czasach, ale nigdy nie przyszło babci do głowy, żeby wracać na Białoruś. Cała jej rodzina była tu – w Polsce. A tam? Za Bugiem był już Związek Radziecki.


Babcia na Dniach Morza, 1954 r.

Babcia (z prawej) w parku Kasprowicza, 1955 r.