Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Ta historia opowiada o małym chłopcu, który na przekór ciężkim czasom optymistycznie patrzył w przyszłość. Miał swoje cele, zainteresowania, marzenia. Żył w przekonaniu, że nadejdą lepsze czasy, dlatego mimo ruin, gruzów, bunkrów i poniemieckich pozostałości wierzył w istnienie kwitnących drzew, ładnych alei, zielonych boisk do gry w piłkę i…prawdziwych przyjaźni, które przetrwały do dziś. Taki był Jerzyk. Chłopiec, który w listopadzie 1946 roku z rodzicami i dwójką rodzeństwa przyjechał do Szczecina.

Wspomnienia spisała: Aleksandra Żychowska
z kl. III Gimnazjum Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia w Szczecinie

Wspominał: Dziadek Jerzy

Na wózku i pierzynie…

Listopad 1946 roku – wjazd do stacji Szczecin Główny. Dworzec, który tego dnia mały Jurek zobaczył po raz pierwszy, znany jest nam do dzisiaj – od tamtej pory, niestety, wiele się nie zmieniło.
Po wyjściu z pociągu pięcioletni Jerzyk jechał wzdłuż ulic zrujnowanego miasta na czterokołowym wózku z całym „dobytkiem”, na który składały się dwie poduszki, pierzyna i kilka sztuk odzieży. Tylko tyle mieli przy sobie rodzice chłopca, tylko tyle po wojnie im zostało. Wszystko to przywieźli w kolejowym wagonie, jadąc z Podlasia przez Warszawę przez trzy dni i trzy noce na drewnianych siedzeniach. Teraz zmierzali ku dzisiejszej ulicy Noakowskiego. Po trzydobowej podróży Jerzyk nie mógł myśleć o niczym innym, jak tylko o zjedzeniu czegokolwiek i położeniu się spać. Mijał po drodze zburzone budynki, zwały gruzu po zbombardowanych kamienicach. Ulice były wyludnione…

Pierwsze zabawy

Pierwsze miesiące pobytu w nowym miejscu upływały na dziecięcych zabawach z rówieśnikami. Wtedy najbardziej popularne były gry w „berka” i „chowanego”. Tak zwane „góry piaskowe”, rozciągające się od przejazdu kolejowego na ulicy Jagiellońskiej po dzisiejsze osiedla „Kaliny” i „Przyjaźni” były świetnym miejscem do zabaw w „podchody”.
Dodatkową atrakcję stanowiły poniemieckie bunkry. Ze względu na tajemnicze ciemności zaglądało się do nich bardzo często w poszukiwaniu niesamowitych przeżyć. Zalegały tam duże zwały gruzu i betonu, jednak przy odrobinie szczęścia można było znaleźć na przykład zardzewiałe części karabinów, a nawet nieco podniszczone hełmy niemieckich żołnierzy.

Minęły dwa lata…

Po prawie dwuletnim pobycie w powojennym Szczecinie chłopiec przeniósł się z jednego do innego mieszkania. Wypady na poszukiwanie „skarbów” odbywały się od tej pory w centrum miasta, między gruzowiskami śródmieścia. Jurek odwiedzał z kolegami rejony Podzamcza, gdzie bawił się w okolicach zrujnowanego Zamku Książąt Pomorskich i zwalisk po Baszcie Siedmiu Płaszczy. Zdarzało się wtedy toczyć „walki” na kamienie z rówieśnikami z niemieckich rodzin, przebywających jeszcze na terenie miasta, za Odrą od strony Podzamcza.
Natomiast w miejscu zamieszkania, w okolicach Placu Sprzymierzonych chłopcy spędzali czas, grając w piłkę. Najczęściej była to kula zrobiona z kilku pozwijanych gazet, związanych sznurkiem lub cienkim drutem. W taki sposób upływał ich okres przedszkolny.

Pierwszy w nauce, śpiewie i sporcie…

Wrzesień, rok 1948. Rozpoczął się okres nauki w Szkole Podstawowej nr 18 przy Alei Piastów (dzisiejsza „ósemka”). Nieco starszy już Jurek polubił lekcje śpiewu i wychowania fizycznego – były to jego ulubione przedmioty. W późniejszych latach, ku jego radości, wprowadzono jeszcze piłkę ręczną, a także ćwiczenia na przyrządach gimnastycznych. Po skończeniu lekcji, możliwość gry w prawdziwą już piłkę była nie lada rozrywką. Znana dobrze wtedy gra w „palanta” również cieszyła się powodzeniem. Duże zamiłowanie Jurka do sportu zaowocowało wieloma sukcesami, między innymi propozycją zagrania w piłkarskiej drużynie Pogoni Floriana Krygiera oraz udziałem w Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Gdańsku w 1955 roku.
W szóstej i siódmej klasie (rok 1954/1955) Jerzyk brał również czynny udział w konkursach recytatorskich, gdzie deklamowano wiersze czołowych wówczas pisarzy i poetów, takich jak Broniewski czy Majakowski. W konkursach tych chłopiec zdobywał wyróżnienia i nagrody książkowe, a później wiersze te recytował na akademiach szkolnych. Na tychże akademiach mógł również popisać się swoim zamiłowaniem do śpiewania, gdyż często przygotowywano na tę okoliczność wybrane piosenki i pieśni.
Wszystkie te sukcesy dopingowały go do uczenia się nie tylko ulubionych przedmiotów, ale także i pozostałych, co dawało zaskakujące efekty. Dlatego okres szkoły podstawowej Jerzy wspomina jako bardzo udany i z pewną satysfakcją myśli o przeszłości. Wtedy przecież zawzięcie realizował swoje chłopięce marzenia, tworząc tym samym więzi z nauczycielami i kolegami.

Szczecin jako miasto…

Mimo gruzów i zniszczeń, Jurek i jego rówieśnicy brali udział w podmiejskich festynach, na przykład tych, organizowanych czasami na osiedlu Pomorzany. Po Odrze dryfował przycumowany stateczek, który również był nie lada rozrywką. Warto tu wspomnieć, że Szczecin wbrew tragedii wojennej, dzięki staraniom jego mieszkańców był miastem rekreacyjnym. W centrum miasta, gdzie obecnie znajdują się tory tramwajowe, a ulice są bardzo ruchliwe, były wtedy szerokie aleje otoczone wysokimi drzewami, klombami, trawnikami. W miejscach ruin powstawały z czasem pawilony, w których swoje stoiska mieli krawcy, szewcy, ślusarze, stolarze, sprzedawcy kawy, herbaty i innych, najpotrzebniejszych do życia środków.

Jurek dziś…

Dzisiaj Jerzy najmilej wspomina swoją klasę, która niegdyś tworzyła bardzo zgraną grupę ludzi o podobnych pragnieniach. Czasem spotykają się towarzysko i wspominają to, co było kiedyś. Wielu z nich to znane i ważne nazwiska dla Szczecina. To osoby, które nie są dziś anonimowe. Klasowe koleżanki to: artysta plastyk, adiunkt Akademii Rolniczej, aktorka. Wśród kolegów jest dwóch lekkoatletów, znany sportowiec, uprawiający piłkę wodną i inni.

Dziś Jerzy jest eleganckim, tylko trochę starszym panem na emeryturze. Ma wiele zainteresowań, z których największym jest zgłębianie historii II wojny światowej. Wciąż lubi śpiewać – nie tylko przy goleniu. Choć jego wiek nie pozwala na uprawianie sportu lubi codziennie przechadzać się ulicami Szczecina, wspominając ich dawny wygląd i klimat. Tę opowieść dedykuję właśnie jemu. Bo Jerzy…to mój dziadek.

P.S. Na wyraźne życzenie bohatera tej historii jego dane pozostały anonimowe.

Zdjęcie 1.
Rok 1956, ulica Piłsudskiego (dawna Mariana Buczka). Aleja spacerowa przy Pl. Sprzymierzonych.

Zdjęcie 2.
Rok 1956, Plac Grunwaldzki. Na placu kwietniki, klomby i alejki. Wówczas nie przejeżdżały tamtędy tramwaje.

Zdjęcie 3.
Rok 1948, Aleja Wojska Polskiego, w tle Plac Zgody. Na prawym rękawie Jerzyk ma przyczepiony szpilką znaczek, pochodzący z charytatywnej zbiórki, a w lewej dłoni trzyma bardzo smacznego dropsa!