Opublikowane przez Busol w Pomniki.

Nawet nie przypuszczaliśmy, że za tajemnicą niemieckiego kamiennego nagrobka z czterema chłopcami kryje się historia wielkiej rodzinnej miłości, kilku zdjęć zrobionych nad morzem, nagłej śmierci głowy rodziny i wieloletnich starań zza „żelaznej kurtyny” o utrzymanie i prawo do tego grobu

Tę niezwykłą historię odkryła pani Alicja Witkowska, pracownica biura projektów, dziś na emeryturze. Zainspirował ją artykuł w „Gazecie”.

1 listopada ubiegłego roku dołączyliśmy do „Gazety” mapę Cmentarza Centralnego oraz m.in. fotografię nagrobka rodziny Riessów. Nagrobek wieńczyła rzeźba czterech siedzących, półnagich chłopców. Kim byli, dlaczego ich tam umieszczono? Czy to echa jakiejś rodzinnej tragedii? Czy tajemnicza, nieczytelna dziś dla nas metafora? Pytaliśmy wtedy naszych czytelników. Dziś już znamy odpowiedź.


Fot. Archiwum rodziny Riessów

Pierwszy ślad – napisy

Pytaniami zainteresowaliśmy panią Alicję Witkowską. Od kilkunastu lat chodzi na Cmentarz Centralny na grób męża. Kilka lat temu zapuściła się w dół skarpy biegnącej wzdłuż al. Lipowej. Nagle zarośla odsłoniły jej nagrobek z chłopcami.

– Zaczęłam tam przychodzić, zapalałam znicze – mówi. – Zauważyłam, że i inni ludzie z dużym ciepłem pochylają się nad tym grobem. A jak zobaczyłam jeszcze fotografie i te pytania w „Gazecie”, pomyślałam, że może spróbuję wyjaśnić tę historię?

Kiedy pani Witkowska zaczęła przyglądać się nagrobkowi ze wszystkich stron, odkryła, że oprócz wykutego z przodu dużymi literami nazwiska „Riess” z boku są znacznie mniej wyraźne napisy: Walter Riess (12.8.1896 – 8.8.1940), Erna Riess (10.12.1904 – 19.01.1995). Zwłaszcza ta druga data musiała wzbudzić jej zainteresowanie – wszak to zaledwie dziesięć lat temu.

Trzech braci żyje

W Archiwum Państwowym zajrzała do niemieckiej książki teleadresowej z 1938 r. Wyczytała w niej, że przed wojną Walter Riess miał zakład – plisowanie i hafciarstwo na Breitestrasse 85 (naroże ul. Wyszyńskiego i Sołtysiej). Dowiedziała się też, że był właścicielem kamienicy przy Philipstrasse 2 (Małkowskiego), gdzie mieszkał z rodziną. Potem w Książnicy Pomorskiej przejrzała niemieckie gazety. W jednej z nich z 1940 r. znalazła nekrolog – Waltera Riessa żegnała w nim Erna Riess oraz Hans Georg, Wolfgang, Peter Jürgen i Udo. Czyż nie byli to żona i czterej chłopcy z nagrobka?

Pani Alicja odwiedziła następnie parafię ewangelicką i dyrekcję Cmentarza Centralnego. Udało jej się zdobyć adres niejakiego pana Wolfganga Riessa. To on dziesięć lat temu załatwiał pogrzeb Erny Riess na Cmentarzu Centralnym. Napisała do niego list. Do listu dołączyła kartkę z życzeniami, zdjęcie grobu z chłopcami i nieśmiało zapytała o historię nagrobka. Miesiąc później, już osobiście, żona pana Wolfganga opowiadała jej, że po raz pierwszy w życiu widziała męża ze łzami w oczach. Czytał list od pani Alicji. Pani Alicja wiedziała już na pewno, że czterej chłopcy z nagrobka to bracia, a jednym z nich jest właśnie Wolfgang (rocznik 1933). Okazało się, że żyją jeszcze dwaj inni bracia: Peter Jürgen (rocznik 1935) oraz Hans Georg (1932). Najmłodszy, Udo (1937), zmarł w 1987 r.

W styczniu tego roku dwaj bracia Riessowie Wolfgang i Peter Jürgen przyjechali do Szczecina. Pani Alicji opowiedzieli historię nagrobka rodziców.

Rzeźba ze zdjęcia

Ich tato Walter zmarł w sierpniu 1940 r. na cztery dni przed swoimi 44. urodzinami. Jeszcze w lipcu tego roku Riessowie byli z synkami nad morzem w Ahlbecku. Fotograf zrobił chłopcom kilka zdjęć, żeby była rodzinna pamiątka. Zdjęcia miały być prezentem dla taty na urodziny.

Walter Riess zachorował i wcześniej wrócił do Szczecina. Niedługo potem zmarł. Zdjęć już nie obejrzał. Rodzina postanowiła, że jedno z nich w formie rzeźby będzie ozdobą nagrobka ojca. Wykonania figur podjął się dyrektor szczecińskiej szkoły rękodzieła i rzemiosła artystycznego Walter Müller (dziś to szkoła przy pl. Kilińskiego). Nagrobek gotowy był rok później. Na prośbę rodziny postacie chłopców nie miały jednak autentycznych rysów.

W połowie roku 1943 wdowa po Riessie zabrała synów i przeniosła się do Hartzburga (w górach Hartz), do szwagierki. Bała się, że jej, samotnej, naziści odbiorą dzieci.

Zamieszkali w malutkim domku o powierzchni 24 m kw., który udało się wybudować z oszczędności. Za mąż nigdy nie wyszła. Sama wychowywała i wykształciła czterech chłopców. Hans Georg został inżynierem górnictwa, Wolfgang właścicielem gospodarstwa przetwórstwa owocowo-warzywnego, Peter Jürgen lekarzem, a Udo inżynierem górnictwa i drogownictwa.

Nie mogła dostać wizy

W 1968 r. najstarszy syn Hans Georg przyjechał do Polski na Targi Poznańskie. Wymknął się na jeden dzień do Szczecina, żeby odnaleźć grób ojca. Po kilku godzinach błądzenia i cięcia scyzorykiem chaszczy znalazł. Nagrobek był przewrócony, a pomnikowi chłopcy bez głów. Podobny los spotkał po wojnie niemal wszystkie niemieckie nagrobki ozdobione postaciami. Kto z taką nienawiścią pozbawiał ich głów? Nie wiadomo.

Syn opowiedział o wszystkim matce. Erna Riess dwa razy pisała prośbę do polskiego konsulatu w Berlinie o wizę do Polski. Dwa razy rozpatrywaną odmownie (mieszkała na terenie RFN). W końcu udało się jej dostać do Szczecina w sierpniu w 1973 r. z niemiecką wycieczką z Lubeki. Znalazła zakład kamieniarski przy Ku Słońcu 21 i ubłagała żonę kamieniarza, która za 2 tys. marek zrekonstruowała głowy w nagrobku. Latem 1975 r. odnowiony stanął na swoim miejscu. Wapienia muszlowego, z jakiego zrobiono go pierwotnie, wtedy w Szczecinie nie było, więc głowy dorobiono z mieszanki cementu.

Żona obok męża

Ostatnim marzeniem Erny Riess było spocząć przy mężu. Przez wszystkie powojenne lata sumiennie opłacała miejsce na cmentarzu. Władze w Szczecinie kręciły nosem, ale jednak wyraziły zgodę.

Erna zmarła w styczniu 1995 r. Jej ceremonia pogrzebowa odbyła się w nowo odbudowanej kaplicy głównej na Cmentarzu Centralnym – w tej samej kaplicy, w której ona sama 55 lat wcześniej żegnała swojego męża Waltera. Prochy Erny zgodnie z jej życzeniem spoczęły na szczecińskiej nekropolii obok męża.

Państwu Ernie i Walterowi Riess dane było przeżyć ze sobą tylko dziewięć lat, ale bardzo się kochali. Dochowali się czterech synów, a pani Erna jedenastu wnuków i czterech prawnuków.

Taka jest nasza historia

I tak oto dzięki pani Alicji Witkowskiej wyjaśniona została zagadka nagrobka rodziny Riessów.

– Synowie Erny i Waltera pytali mnie, czemu to zrobiłam. Czemu zadałam sobie tyle trudu, aby poznać ich historię? Odpowiadałam, że na cmentarzu jest historia naszego miasta: niemiecka i polska. Pomyślałam, że może przy okazji dowiem się czegoś nowego – tłumaczy Alicja Witkowska.

W liście do pani Alicji panowie Riessowie napisali: „Zrobiło to na nas ogromne wrażenie, że polska mieszkanka Szczecina zadała sobie tyle trudu, żeby poznać historię grobu naszych rodziców. Bardzo dziękujemy”.

Ewa Podgajna, Gazeta Wyborcza, 13 II 2005 r.