Opublikowane przez Busol w Wieże.

Na wieżę kościoła pod wezwaniem Św. Stanisława Kostki na Grabowie wybraliśmy się 28 września 2004 roku. Deszcz ostro padał, wiedzieliśmy, że z robienia zdjęć z wieży nici.
Kościelny, który otworzył nam wejście na wieżę, oprowadził nas później zarówno po dzwonnicy jak i poddaszu. Wejście na wieże znajduje się na zewnątrz, na lewo od głównego wejścia do kościoła. Pierwszy odcinek to schody betonowe, mniej więcej do wysokości 10 metrów – dochodzimy do małego pomieszczenia z drzwiami dla organisty i krętymi schodkami metalowymi, prowadzącymi wyżej.

W tym miejscu warto wspomnieć o tym, że budynek kościoła mocno ucierpiał w czasie wojny. Rekonstrukcja i przywrócenie wyglądu pierwotnego trwało przeszło pół wieku. Kościół został odbudowany i przez wiele lat funkcjonował z płaskim zadaszeniem bez sklepienia i z wieżą bez hełmu. To pierwsze, czyli nowy dach, oddano do użytku w 1982 roku, natomiast strzelisty, pokryty miedzianą blachą hełm całkiem niedawno, bo w roku 2000.
Po pokonaniu metalowych schodów w kształcie ślimaka znaleźliśmy się tuż pod zadaszeniem bocznej nawy, z której krótkimi, już drewnianymi schodkami weszliśmy jeszcze 2 metry wyżej do dużego, kwadratowego pomieszczenia, na samym dole wieży, jakieś 20 metrów nad wejściem głównym. Tutaj znowu ukłony w stronę oprowadzającego nas Kościelnego, który z dużym zapałem opowiadał interesujące historie o zniszczeniach i odbudowie świątyni. Drewnianymi schodami weszliśmy jeszcze wyżej, do pomieszczenia z dzwonami – sztuk 3, z czego dwa sprawne. Dzwony, dokładnie przez nas obfotografowanie, wiszą na oryginalnym, poniemieckim rusztowaniu, niestety są nieco upaprane wszędobylską brązową farbą. Jeden z nich wzbudził zainteresowanie moich szanownych kolegów specjalistów (czyli BI i Busola) ze względu na swój wiek – wykonany został w 1769 roku, czyli przeszło 100 lat przed budową kościoła. Dzwonnica znajduje się na wysokości widocznych z zewnątrz podłużnych okienek, i sama w sobie jest dość wysoka, bo 10 metrowa. Na drewniane półpięterko, czyli kilka desek ułożonych luźno nad dzwonami prowadziła dość solidna drabinka. W nabożnym skupieniu posłuchaliśmy szalonego bicia dzwonów i weszliśmy wyżej. Pomiędzy deseczkami bocznych oknach widać otoczenie wieży ze wszystkich czterech stron. Hula wiatr, słychać deszcz walący o hełm powyżej. Na brzegu platformy drabinka która prowadzi wyżej – taka która zostaje w ręce jak ją przesunąć. Dla mnie za dużo J. Dżentelmeni wchodzą wyżej, ja trochę się rozglądam i wracam na dół do Kościelnego. Panowie kręcą się wyżej, tuż pod hełmem, na wysokości zegara, ale po pewnym czasie też wymiękają. Busol próbuje wejść kilka metrów do góry kolejną, tym razem metalowa drabinką, ale jest za ciemno [Eeee Keson – ja wlazłem na samą górę. Było ciemno ale się nie poddałem – przyp. Busol]. Ja schodzę niżej, żeby za radą Kościelnego zobaczyć poddasze. Wracamy do kwadratowego pomieszczenia pod dzwonami i przez małe drzwiczki wchodzimy do pomieszczenia pod dachem. Po wąskich murkach przechodzimy przez całą długość kościoła, aż do miejsca nad ołtarzem. Tutaj pozostał zachowany fragment starego zadaszenia. Na dole odbywa się nabożeństwo. Z wieży wracają chłopaki. Kręcimy się razem po zadaszeniu szukając oczywiście jakiś szpargałów, oglądamy mocowanie oświetlenia, specjalnie wypalane cegły i słuchamy opowieści o spoiwie użytym do robienia sklepień.
Wracając oglądamy jeszcze obrazy schowane pod zadaszeniem nawy bocznej. Schodzimy do wyjścia i idziemy się jeszcze rozejrzeć w biblioteczce parafialnej w poszukiwaniu starych dokumentów.
Bardzo udana wyprawa, żałujemy tylko braku pogody.

Keson

Zapraszamy do galerii