Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

W parkach w czasie różnych festynów sprzedawano bułki z parówkami. Były także budki z wodą gazowaną i sokiem. Pito taki napój w szklance, którą po opróżnieniu stawiało się na małym słupku w okienku, naciskało przycisk i z pręta leciała woda obmywająca szklankę. Było to niehigieniczne, ponieważ używano tej samej wody i często na szklankach zostawały np. ślady po szmince. W ciepłe dni sprzedawano lody wodno – mleczne, zawinięte w papierek.
W niedziele chodziło się na mecze piłkarskie na stadion „Pogoni”. Czy ktoś lubił, czy też nie, wszyscy chodzili. „Czy to wojna, że tyle ludzi idzie na mecz” – zawsze śmiała się moja babcia.

Wspomnienia spisała: Dominika Florczak z kl. VI Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominała: Olga Gajak

Moja babcia przybyła do Szczecina razem ze swoimi rodzicami w październiku 1948 roku, z Lipowego Mostu, z województwa białostockiego. Miała wtedy trzy i pół roku. Nie był to jeden z „transportów zaludniających”. Rodzice mojej babci szukali w Szczecinie pracy, miejsca do zamieszkania i lepszego życia.
Prababcia pracowała w firmie spedycji towarów dla przedsiębiorstw, później w Zakładach Przemysłu Odzieżowego „Odra”. Pradziadek został zatrudniony w Państwowej Spółdzielni Spożywczej „Społem”. Moja babcia Olga uczyła się w szkole na ul. Jagiellońskiej 2.

Ówczesne życie różniło się od dzisiejszego. Tak wynika ze wspomnień. Była tylko jedna stacja w radioodbiornikach zwanych „kołchoźnikami”. Rano szło się do mleczarni z kanką po mleko. Bogatsi dostawali mleko w szklanych butelkach pod drzwi (za opłatą). Na śniadanie najczęściej jadło się chleb z „serem szwajcarskim”. Spożywano bardzo mało mięsa. Był to produkt wręcz luksusowy. Do szkoły chodziła ubrana w tak zwany „strój pionierski” (strój marynarski): granatowa sukienka, doszywany duży biały kołnierzyk, biała koszula, pończochy, buty oficerki, a we włosach olbrzymia kokarda. W chłodne dni babcia zakładała pilotkę, spodnie „narciary” wpuszczane do butów, na to skarpety. Jeśli chodzi o bieliznę, to nosiła pantalony (bielizna z długimi nogawkami) zszyte z koszulką – z klapą z tyłu, zapinaną na guziki.

Prababcia i babcia obok Ratusza Staromiejskiego.

Ławki w szkołach były drewniane, ze schowkami w środku na książki. Noszono tornistry z tektury, powlekane. W niektórych szkołach buteleczki z atramentem były przytwierdzone do ławeczki. W innym wypadku trzeba było nosić butelkę i stalówkę. Na zajęciach wykładano religię, język polski, biologię, algebrę, język rosyjski (po piątej klasie), język angielski, język łaciński.
Zabawki były wykonywane z najprostszych materiałów. Były lalki ze szmat, drewniane klocki, bączki, wózki z metalu. „Bawiłam się tym, co było. Czasami w klasy, czasami kolorowymi szkiełkami” – wspomina babcia Olga.
Dorośli czytywali „Kurier Szczeciński” i „Głos Szczeciński”. Babcia czytywała czasopisma młodzieżowe takie jak „Miś”, „Świerszczyk”, „Filipinka”, „Płomyk”.
Głównym problemem była bieda. Kiedy ktoś po przyjeździe do Szczecina zajmował mieszkanie – używał mebli, które już tam były. Nie zastanawiano się, czy te meble się podobają, po prostu nie miano wyjścia.
Gdy babcia przyjechała do Szczecina, miasto powoli wracało do normy. Nazwy zmieniano na polskie, tworzono nowe miejsca pracy, jeździły tramwaje, niewielka ilość samochodów.

Babcia na ul.Wojska Polskiego

Czas wolny spędzano różnie, w zależności od dnia tygodnia. Babcia na co dzień uczęszczała do harcerstwa.
W niedziele był „Poranek” w kinie. Wyświetlano kilka filmów dla dzieci, a wieczorem był grany repertuar dla dorosłych.
Gdy przyjeżdżał cyrk lub karuzela, to stały kilka tygodni. Takie atrakcje przyjeżdżały w okolicach różnych świąt.
W parkach w czasie różnych festynów sprzedawano bułki z parówkami. Były także budki z wodą gazowaną i sokiem. Pito taki napój w szklance, którą po opróżnieniu stawiało się na małym słupku w okienku, naciskało przycisk i z pręta leciała woda obmywająca szklankę. Było to niehigieniczne, ponieważ używano tej samej wody i często na szklankach zostawały np. ślady po szmince. W ciepłe dni sprzedawano lody wodno – mleczne, zawinięte w papierek.
W niedziele chodziło się na mecze piłkarskie na stadion „Pogoni”. Czy ktoś lubił, czy też nie, wszyscy chodzili. „Czy to wojna, że tyle ludzi idzie na mecz” – zawsze śmiała się moja babcia.
W Polsce po wojnie wiele rzeczy było zabronionych. „Gdy ktoś miał swoją rodzinę np. w Anglii, to nie mógł się z nią kontaktować.
– Mógłby być uznany za zdrajcę narodu – tłumaczy babcia. – Wszystko wydawało się odległe i nieosiągalne.

Gdy zapytałam babcię, czy podobało się jej w Szczecinie, odpowiedziała krótko:
– Byłam mała i musiałam się podporządkować rodzicom. Panowała bieda, lecz ludzie byli sobie życzliwsi niż w czasach dzisiejszych.