Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

W roku 1947 odbudowa i doprowadzanie do użyteczności budynku Teatru Polskiego przy ul. Swarożyca. Pierwotnie służył on jako kino, więc odbudowa musiała być połączona z adaptacją na cele teatru. Mój dziadek był świadkiem pierwszej premiery w Teatrze Polskim, przygotowywanej przez Zbyszka Sawana. Było to przedstawienie „Wiele hałasu o nic” Szekspira. Prace budowlane prowadzone były jednocześnie z pracą nad przedstawieniem przez aktorów i zespół teatru.
Jestem dumny z mojego pradziadka. Gdy spacerujemy po ulicach Szczecina, słucham opowieści oraz wspomnień z czasów, gdy moje miasto budziło się do życia po wojennych zniszczeniach.

Wspomnienia spisali: Adrian i Roman Andrzejczak z kl. IV Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominał: Feliks Kowalczykiewicz (m.in. laureat plebiscytu na „Szczecinianina Roku 1969”; Zasłużony dla Ziemi Szczecińskiej)

Moim pradziadkiem jest Feliks Kowalczykiewicz, który urodził się 10 stycznia 1920 roku w Koninie. Mieszkał w Starym Koninie na ulicy Kolskiej, ze swoimi braćmi i siostrami – Jan 1914, Marian 1922, Wanda 1924, Edward 1925, Kazimiera 1930.
Edukację rozpoczął w Szkole Powszechnej przy ulicy Kolskiej w Koninie. W tamtym czasie w klasach połowa uczniów to byli Polacy, a połowa Żydzi. Konin liczył w tym czasie około 14.000 mieszkańców, z tego około 4.000 narodowości żydowskiej.
Pochodzi z rodziny o pokoleniowych tradycjach budowlanych. Pierwszy kontakt z budowami miał już w dzieciństwie, gdy nosił ojcu śniadania, potem drobne prace, jak podawanie cegieł. Po ukończeniu czternastu lat pracował rano, a wieczorem uczył się w trzyletniej szkole budowlanej.

Miał zamiar iść do szkoły podoficerskiej, ale się nie dostał, gdyż było 300 kandydatów na 80 miejsc. W końcu roku 1938 ukończył obowiązkowe przysposobienie wojskowe, w trakcie trwania nauki w budowlanej szkole zawodowej. Należał do Związku Strzeleckiego „piłsudskiego”.

1 września 1939 pracował na budowie więzienia w Koninie, gdy nadleciały samoloty niemieckie i zniszczyły dworzec kolejowy. Do Konina Niemcy weszli 15 września 1939, od strony Poznania. Poszła pogłoska, że Niemcy mordują młodych mężczyzn, więc w grupie około 10 osób, z braćmi, poszedł w kierunku Warszawy. Doszedł do Sochaczewa, ale z powodu zmęczenia zrezygnował i wrócił do Konina. Wtedy spotkał pierwszy raz Niemieckie wojsko – „Wermacht”.
Zaczęła się okupacja. Wszyscy mieszkańcy musieli zameldować się w utworzonym niemieckim biurze pracy „Arbaitsamt”. Biuro to organizowało prace publiczne, za które wypłacano pieniądze w markach, były też wydawane kartki i talony na buty i żywność. Ze względu na częste zamachy na niemieckich żołnierzy, Niemcy urządzali codziennie łapanki. Przypadkowo złapanych Polaków więzili jeden dzień jako zakładników.

W roku 1941 ożenił się z Józefą Lewandowską.
W 1943 roku skierowany został do pracy w Busse, poznańskiej filii firmy z Düsseldorfu. Następnie został wywieziony do Düsseldorfu, gdzie pracował m.in. przy budowie dworca kolejowego, poczty, fabryki części do samolotów. W tej fabryce przy pracy na dachu uległ wypadkowi.
W dniu 4 kwietnia 1944 roku, podczas pracy na dachu, spadł z około 5 m. Leczony był w szpitalu wojskowym w Ronsdorf.
Z Düsseldorfu przeszedł do pracy przy linii kolejowej w okolicy – mieszkał w namiotach z tysiącami robotników. Po wypadku nie mógł jednak wykonywać ciężkiej pracy i został kucharzem na budowie umocnień linii Zygfryda.

10 kwietnia 1945 angielskie wojska weszły do Bramsze, gdzie wtedy mieszkał w szkole. W pobliskim Greven Anglicy wysiedlili miejscowych mieszkańców i utworzyli obóz przejściowy dla Polaków, Włochów, Rosjan, Łotyszy, Litwinów. W obozie pełnił funkcję magazyniera w magazynie żywności (na zdjęciu).

Pod koniec października 1945 zwołali Polaków, żeby się deklarowali, gdzie będą wracać, i dlaczego. Kto deklarował, że wraca do Polski, dostawał odpowiednie dokumenty i ubrania. Ale część Polaków wybierała emigrację – mogli wybierać między Kanadą, Francją, Australią.
Mój dziadek postanowił wrócić do rodzinnego Konina, gdzie była jego rodzina. Wracał z grupą, samochodami wojskowymi, około 9 dni – ostatni postój w Dessau pod Berlinem, a stamtąd do Szczecina.
4 listopada 1945 dotarł do Szczecina na ulicę Jagiellońską, gdzie mieścił się wtedy Urząd Repatriacyjny. Dostali prowiant na miesiąc i po 100 zł, a potem koleją do Poznania i dalej do Konina.

Bieda w Koninie, pracy nie było. Po namowach brata Jana i kolegów z tułaczki, którzy pozostali w Szczecinie – postanowił do nich dołączyć.
W 1946 roku w marcu wrócił do Szczecina, brat Jan już przybył wcześniej. Pierwsze dwa dni spędził w budynku przy ul. Pocztowej, na tyłach pierwszej szczecińskiej poczty.
Dostał skierowanie do mieszkania w budynku przy ul. Zakopiańskiej na Niebuszewie.
W Szczecinie było jeszcze dużo Niemców. Polacy bali się poruszać po mieście. Grasowały bandy, które rabowały i mordowały ludzi. Do pracy chodzili pieszo w dużych grupach, ze względu na bezpieczeństwo. Jednocześnie z dużym napływem Polaków – Niemcy szczecińscy byli wzywani do biura w budynku Uniwersytetu przy ul. Mickiewicza i pod eskortą wojska byli wysyłani do Niemiec.

Wszyscy trzymali się razem – ludzie przybyli z Brzeźa, Wilkowa, wiosek z okolic Konina. Rodzina i znajomi byli też w Szczecinie – to powodowało, że nie było nic, co by skłaniało do powrotu do Konina. W Koninie nie było mieszkania ani pracy. Brakowało perspektyw. W Szczecinie była jakaś nadzieja na nowe życie – lepsze życie mimo trudności codziennych. W Urzędzie Miejskim wydawane były kartki na mięso, buty, chleb, masło, meble, ale tylko dla mieszkańców, którzy byli zameldowani w Szczecinie. Były też powody do obaw. Bardzo wysoka przestępczość, rabunki, mordy – to wydarzenia na porządku dziennym. Do pracy szli cała grupą, kilkanaście osób, gdyż tak było bezpiecznie. Wille na Pogodnie stały puste, ludzie bali się zajmować je ze względu na szabrowników i napady bandyckie, dlatego przybysze osiedlali się w kamienicach na Niebuszewie. Tak czuli się bezpieczniej.
W sezonie letnim prawdziwą plagą były komary – były wszędzie, bardzo dużo, nie można było się poruszać po mieście.

Dziadek podjął pracę w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym z siedzibą przy ul. 5 Lipca 45, zorganizowanym jako spółdzielnia, potem jako SPBO – pierwsze przedsiębiorstwo państwowe. Wszystkie firmy budowlane, które powstawały w tym czasie, były koordynowane i otrzymywały zlecenia poprzez Szczecińską Dyrekcję Odbudowy. SDO otrzymywała środki finansowe na swą działalność z Ministerstwa Odbudowy, Delegatury Rządu dla Spraw Wybrzeża oraz Ministerstwa Ziem Odzyskanych.
Prace budowlane w początkach odbudowy miasta prowadzone były bardzo żywiołowo, a metody pracy były bardzo prymitywne; brakowało fachowców, sprzętu. Nie było zaplecza technicznego, nie było dźwigów, samochodów ciężarowych. Transport pionowy odbywał się przy pomocy historycznej „kozy”: robotnicy transportowali na własnych barkach cegły przy zastosowaniu takiego „urządzenia”. Zamiast ciężarówek używano wozów z zaprzęgiem konnym, wszystkie prace wykonywano ręcznie. W pierwszej fazie odbudowywano i remontowano budynki istniejące, głównie użyteczności publicznej. Feliks pracował przy wielu z nich.
Do dzisiejszego dnia na jednym z budynków przy pl. Rodła, w którym obecnie mieści się biuro LOT-u, jest tablica pamiątkowa poświęcona budowniczym, m.in. Feliksowi Kowalczykiewiczowi:


Pierwsza praca – przy odbudowie budynku WRN przy Wałach Chrobrego (obecnie Siedziba Władz Wojewódzkich). Budynek był bez dachu, wypalony. Potem praca na ruinach starego miasta, gdzie cegła, piaskowiec, była oczyszczana i wywożona wagonami do Warszawy, na jej odbudowę. Pracował także przy odbudowie Muzeum Morskiego na Wałach Chrobrego. W budynku tym jednocześnie wykonywano zupełnie nowe pomieszczenia dla potrzeb Teatru Współczesnego. Z tego też budynku w tajemniczych okolicznościach został wywieziony do Warszawy pomnik Colloniego na koniu, który stał w głównym holu budynku Muzeum. Następna budowa na terenie Huty Szczecin, ograbionej z większości wyposażenia przez wojsko radzieckie już po zakończeniu działań wojennych. Rosjanie wywozili maszyny z huty, pozostawili tylko resztki fundamentów, tak że nie nadawały się do wykorzystania. Trzeba było wysadzać je dynamitem, aby umożliwić montaż nowych.
Maszyny dostarczane przez organizację „UNRRA” uruchamiali pracownicy skierowani tutaj ze Śląska. Szczecińscy „budowlańcy”, w tym Feliks, wykonywali tam prace przy zapleczu socjalno-bytowym dla przyszłych pracowników, sprowadzanych ze Śląska do odbudowy Huty. Jeszcze później odbudowa kompleksu budynków „Osiedle Akademickie”, przy ul. Boh.Warszawy
Tu był świadkiem pierwszego wypadku na budowie. Podczas prac odgruzowania zarwał się strop na trzecim piętrze, pod dwoma pracownikami. Jedna osoba zdążyła uskoczyć na schody, a jedna osoba spadła razem ze stropem na sam dół… na szczęście resztki stropu spadły w ten sposób, że powstała nisza, w której robotnik się uratował. Budynki były wypalone, dlatego tez stropy były osłabione. Odbudowany został cały kompleks, z kompletnej ruiny pozostały tylko mury. Stropy i dachy trzeba było wykonać od nowa.
W roku 1947 odbudowa i doprowadzanie do użyteczności budynku Teatru Polskiego przy ul. Swarożyca. Pierwotnie służył on jako kino, więc odbudowa musiała być połączona z adaptacją na cele teatru. Mój dziadek był świadkiem pierwszej premiery w Teatrze Polskim, przygotowywanej przez Zbyszka Sawana. Było to przedstawienie „Wiele hałasu o nic” Szekspira. Prace budowlane prowadzone były jednocześnie z pracą nad przedstawieniem przez aktorów i zespół teatru.

Dziadek Felek odbudowywał nie tylko Szczecin. Był delegowany na wiele budów – m.in. w roku 1954 odnawiał elewacje na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie, pracował przy budowie Nowych Tych i Nowej Huty. W następnych latach w Koszalinie, Zegrzu i Mirosławcu.
Podjął naukę we Wrocławskim Technikum Budowlanym, które ukończył w 1956 roku.

Budował też wieże pierwszej Stacji Radiowej na Warszewie. Wieża ta została zdemontowana w Mirosławcu i przewieziona do Szczecina, gdzie została ponownie zmontowana.

W roku 1954 rozpoczęła się pierwsza budowa mieszkaniowa, tzw. ŚDM Śródmiejska Dzielnica Mieszkaniowa – okolice ul. Piłsudskiego, Pl. Rodła, Wyzwolenia, Pl. Lotników do Pl. Grunwaldzkiego. Część budynków była wznoszona od podstaw, m.in. narożniki Placu Lotników, gdzie do niedawna mieściły się księgarnia oraz restauracja „Balaton”, a część była remontowana, np. narożnik ul. Kaszubskiej.
Na budowie ŚDM przy wznoszeniu budynku C-1 (ten z restauracją „Balaton”) użyto po raz pierwszy w Szczecinie dźwigu typu żuraw wieżowy – 45 tono-metry (na zdjęciu poniżej).

W roku 1961 oddano do użytku budynek mieszkalny na narożniku przy Pl. Żołnierza, od zbiegu z ul.Wyzwolenia do budynku obecnej siedziby banku PKO S.A. Kierownikiem tej budowy był Feliks Kowalczykiewicz, a budynek uzyskał pierwszy tytuł „Mister Szczecina”.

W roku 1964 dziadek budował wieżowiec przy ul. Matejki, naprzeciw obecnego centrum Handlowego Galaxy. Budynek ten w plebiscycie miejskim uzyskał tytuł „Mister Szczecina 1964”.

W Szczecinie przez pierwsze kilkanaście lat odbudowywano tylko budynki użyteczności publicznej – dopiero na przełomie lat 50/60 rozpoczyna się budowa wielu nowych osiedli i budynków mieszkaniowych. Przy budowie osiedla Grunwaldzkiego, którą rozpoczęto w roku 1960, zastosowano po raz pierwszy w Szczecinie technologię wielkopłytową.

W końcu 1969 roku Feliks Kowalczykiewicz wygrał plebiscyt na „Szczecinianina Roku”, organizowany przez Polskie Radio Szczecin oraz gazety lokalne „Głos Szczeciński” i „Kurier Szczeciński”. Do konkursu został wyznaczony przez kierownictwo firmy, jak to w owych czasach bywało – a że budowlańców w Szczecinie było dużo – został szczecinianinem roku. W roku 1973 wpisano jego nazwisko do Księgi Zasłużonych dla Ziemi Szczecińskiej.

Za swoją ciężką pracę został odznaczony medalami.
Jestem dumny z mojego pradziadka. Gdy spacerujemy po ulicach Szczecina, słucham opowieści oraz wspomnień z czasów, gdy moje miasto budziło się do życia po wojennych zniszczeniach.