Opublikowane przez Busol w Wieże.

No cóż, gdyby kościoły mogłyby startować do architektonicznej konkurencji na „Najpiękniejszy kościół”, to coś mi się zdaje, że nasz Garnisonkirche w tej rywalizacji chyba nie zdobyłby Grand Prix. To istny bunkier, bezduszne monstrum, które rozkraczyło się na Hohenzollenplatz, jak jakaś zmurszała ropucha. Wejście na wieże, hmm, właściwe w niczym mnie nie zaskoczyło. Wybraliśmy się tam znów Trójkę – Busol, Bruce i ja, w pewne ciepłe, słoneczne, wrześniowe, piątkowe południe (3.09.2004 – przyp. Busol).

Wchodzi się lewą klatką schodową (patrząc od strony wieży). Jest brudna i dawno nie odnawiana, pfuj. Małe drzwi i już jesteśmy wewnątrz wieży. Wiecie, jak to wygląda od środka? Zwyczajny wieżowiec! Betonowe ściany, wszystko kwadratowe, czego się zresztą spodziewać – przecież nie późnego roko-koko. Dokładnie jak w bloku. Brakuje tylko windy, wycieraczek przed drzwiami i zsypu na śmieci.
Pniemy się na górę. Kolejna kondygnacja. I co znajdujemy? Znowu klunkry kościelne? Nie. Tajną fabrykę kremówek z salmonellą? Też nie. Znajdujemy pozostałości studia nagraniowego. Jak gdyby nigdy nic. Takie sobie zwyczajne studio. Jakaś perkusja, pozostałości sprzętu, ścianki tłumiące hałas. Oczywiście, wcale nie byliśmy zdziwieni. To przecież normalne, że studia nagraniowe umieszcza się w wieżach kościołów, co nie?
Kolejna kondygnacja. I uwaga… wzmaga się fetor. Ale to nie żaden z nas (ze strachu). Coś potwornie sztynksi… Coraz ostrzej i ostrzej… Wchodzimy na kondygnację z dzwonami. No tak – gołębnik. Jeśli by to porównać do wieży Bugenhagenkirche, to tam była perfumeria. Tu na podłodze leży pokaźna warstwa odchodów. I całe stada ptaków. Na dzwony ledwo zwróciliśmy uwagę. Owszem były. Cztery. Polskie. Takie sobie. Taka wielka wieża, trzy wielkie okna z żaluzjami, które widać z ulicy, a dzwony przycupnęly ściśnięte w jednym miejscu. Panorama bez specjalnego entuzjazmu. Potem jeszcze drabinka i wejście na poziom hełmu. Od środka jest drewniany, jakby ktoś nie wiedział. Przypomina trochę stodołę. Pokręciliśmy się tam trochę, nacykali fotek i z powrotem na dół.
Jeszcze tylko poddasze. Wielki hangar, jak dla Zeppelinów. O mało nie doszło do katastrofy. Otóż strop opiera się wprawdzie na betonowej konstrukcji, ale wyłożony jest chyba deskami. Bruce prawie nie spadł do wnętrza kościoła. Ale by było. Akurat trwało nabożeństwo. W stropie jest lufcik, przez który można było popatrzeć w dół. Mogliśmy sobie wszystko dokładnie pooglądać. Całkiem interesujący widok. Chyba najbardziej zajmujący z całego kościoła.
Gdyby nie pogoda, to cały wieża kościoła i strych wywarłby na mnie raczej przygnębiające, ponure wrażenie. Następnym razem opiszę kościół w Dąbiu. Bo tam akurat byliśmy wszystkim oczarowani…

Bachinstitut

Zapraszamy do galerii