Opublikowane przez Krasiu w Architektura i Urbanistyka.

Jeden z projektów budynku z lat 60. zakładał, że w mieszkaniach w oryginalny sposób ograniczy się liczbę pokoi. „Ciekawym rozwiązaniem jest wygospodarowanie wnęki sypialnej dla dzieci, oddzielonej kotarą od pokoju sypialnego rodziców” – zachwycali się architekci na łamach swojego branżowego pisma.

Modernistyczna zabudowa z lat 60. dominuje dziś w centrach niemal wszystkich polskich miast. I tych dużych jak Szczecin i tych mniejszych jak Stargard, Pyrzyce czy Koszalin. Klockowate, powtarzające się budynki tworzą całe osiedla, które zastąpiły zniszczone w czasie wojny kwartały. Nie dość, że są brzydkie to jeszcze wewnątrz z potwornie ciasnymi mieszkaniami, gdzie kuchnie nie mają okien, w łazienkach brakuje miejsca nawet na umywalkę, a sufit znajduje się tuż nad głową. Jak można było takie coś zbudować?
Utarł się pogląd, że to efekt działalności ekipy Wiesława Gomułki, który taką właśnie prostą, masową zabudową chciał rozwiązać gigantyczny problem braku mieszkań. Nie ma wątpliwości, że to partyjni działacze zapatrzeni we wskaźniki „oddanych do użytkowania izb mieszkalnych” mieli ogromny wpływ na wygląd i wielkość mieszkań. Podkreślają to sami architekci, którzy w tamtym okresie pracowali.
– Architektura jest odzwierciedleniem stosunków politycznych, ekonomicznych i społecznych okresu, w którym powstaje – stwierdził niedawno Jurand Jarecki , znany katowicki architekt, który w latach 60. zaprojektował nowe centrum tego miasta.
W ten sposób odpowiadał na zarzuty o siermiężność zabudowy z tamtych lat. Błędem było by jednak uznanie, że to wszystko nasz, polski wymysł.
Dom maszyną
„Le Corbusier” i „Karta Ateńska” – to najczęściej padające hasła gdy pytam architektów o źródła tego co działo się w latach 60.
Szwajcar Le Corbusier to guru architektów pierwszej połowy XX wieku. Kiedy czyta się jego jeszcze przedwojenne prace o tym jak powinna wyglądać nowoczesna zabudowa miasta przed oczami od razu stają nasze osiedla z lat 60. i 70.
„Konstrukcje domów muszą być wykonywane w wielkich fabrykach, tam gdzie jest możliwa dokładna kontrola jakości” – pisał Le Corbusier, który chciał stawiać domy bez kosztownej i zbędnej, jego zdaniem elewacji, zostawiając po prostu surowy beton.
Jego hasło: „Dom maszyną do mieszkania” – zrobiło karierę, a w ślad za jego poglądami poszli także inni architekci. „Piękne jest to co użyteczne, bo tylko użyteczne jest piękne” – głosiła jedna z grup architektów.
Hasła zmieniły się w bardziej konkretne zapisy w 1933 roku na IV Międzynarodowym Kongresie Architektury Nowoczesnej w Atenach. To wtedy powstała tzw. Karta Ateńska, zbiór marzeń o idealnym mieście przyszłości.
– To była odpowiedź na te wszystkie niedostatki jakie miała zabudowa z przełomu XIX i XX wieku – mówi prof Witold Jarzynka z Politechniki Szczecińskiej, architekt, jeden z twórców zabudowy zachodniopomorskich miast w latach 60.
Te „niedostatki” to przede wszystkim ciasno zabudowane kwartały, podwórka-studnie otoczone oficynami, hektary wybrukowanych ulic bez placów, przestrzeni, zieleni. Tak wyglądała przed wojną jedna z dzielnic Szczecina – Niebuszewo. Kamienice nie przypominały efektownej zabudowy tego typu znanej z centrum miasta. Dominowały proste, trzy, czteropiętrowe budynki z mieszkaniami bez łazienek, z toaletą na półpiętrze, często z komórce na podwórku. Wszystko to było efektem rewolucji przemysłowej, gdy nagle do miast ruszyła rzesza robotników zatrudnianych w powstających co rusz fabrykach. To dla nich powstawały te tanie mieszkania. O dużych podwórzach, przestrzeni, w czasach gdy kamienicznicy chcieli wyciągnąć jak największe zyski z zakupionej działki – nikt nie myślał.
„Słońce, przestrzeń, zieleń”, „miasto otwarte”, „miasto-ogród” – dlatego o tym w latach 30 marzyli architekci i urbaniści. Wizje były utopijne, bo ich realizacja oznaczała konieczność wyburzenia całych kwartałów i ulic.
Oszczędne budownictwo
Te problemy znikły, gdy w czasie wojny europejskie miasta zostały zrujnowane. W Polsce doszedł jeszcze jeden ważny element: praktycznie znikła prywatna własność. „Dopiero ustrój socjalistyczny w oparciu o plan gospodarczy pozwala na świadome komponowanie zarówno całości miasta jak i jego fragmentów” – zachwycał się Tadeusz Teodorowicz-Todorowski jeden ówczesnych, znanych architektów.
Pierwsze powojenne lata zdominował styl socrealistyczny – monumentalne budowle, z postumentami robotników na fasadach, gigantycznymi bramami, ale zarazem mieszkaniami całkiem wygodnymi i dużymi. Styl „umarł” wraz z końcem stalinizmu. Skończyły się wtedy też czasy, gdy niejako siłą rozpędu starano się w miarę wiernie odtworzyć zabudowę przedwojenną. Udało się to jeszcze w przypadku Starego Miasta w Gdańsku, Poznaniu czy też Wrocławia. Kiedy przyszło do odbudowy miast w naszym regionie, obowiązywała już zupełnie inna stylistyka.
Zaczęło się całkiem nieźle. Kiedy pod koniec lat 50. powstały w Szczecinie pierwsze nowe budynki nie mające z socrealizmem nic wspólnego, okazały się prawdziwą rewelacją. Stoją w centrum miasta przy alei Wyzwolenia. Te które są frontem do ulicy na parterze mają sklepy, w narożnikach ulokowano balkony. Nie są prostymi „pudełkami”. No i te mieszkania. Duże, ze sporymi, kolorowymi balkonami, wewnątrz wbudowane w ściany szafy, na podłodze parkiet, umeblowane kuchnie, importowane ze Szwecji okna. Wizytująca później Szczecin partyjno-rządowa komisja z Warszawy skarciła naszych budowlańców za taką „rozrzutność”. I tylko tyle mogła zrobić, bo nie było przepisów zakazujących wznoszenia budynków z takimi mieszkaniami. Te pojawiły się w roku 1962. Było to zarządzenie Prezesa Rady Ministrów, czyli Władysława Gomułki ,dotyczące „oszczędnego” budownictwa. W miesiąc później działaczy spółdzielni mieszkaniowych spędzono do Warszawy by wyjaśnić im o co chodzi. To wówczas karierę zaczęło robić słowo „normatywy”. Normatywy przewidywały na przykład, że powierzchnia mieszkania jest uzależniona od liczby osób, które w nim zamieszkają. Na jedną zaś osobę przypada maksymalnie 7 metrów kwadratowych. Trzy osobowa rodzina musiała więc zmieścić się na powierzchni 21 metrów kwadratowych (tyle mają dziś same pokoje dzienne w nowo wznoszonych budynkach). Oznaczało to mikroskopijne dwa pokoje, kuchnię we wnęce bez okna i malutką łazienkę. Na potrzeby tych ostatnich zaczęto produkować dużo mniejsze od standardowych wanny. Umywalek zmniejszać nie trzeba było. Łazienki były tak małe, że po prostu nie było na nie miejsca. Do tego wszystkiego doszła niska wysokość mieszkania. Sufit zaczynał się wraz z końcem okiennych framug. Dobranie do tej wysokości lampy, w którą nie uderzało by się głową było cudem.
– Kolega pracował w stoczni i „załatwiał” sąsiadom plafony, które montowało się na statkach. Pół bloku je miało – wspomina jeden z mieszkańców „oszczędnościowego” budynku.
Architekt Witold Jarzynka dobrze pamięta te absurdalne normatywy.
– Stowarzyszenie Architektów Polskich i socjolodzy zajmujący się mieszkalnictwem protestowali – wspomina architekt. – Dawało to jednak mierne efekty.
Były wprawdzie bardziej konkretne próby oporu ze strony spółdzielni mieszkaniowych, które nie chciały realizować wytycznych władzy. „Bunt” zgasiła uchwała Rady Ministrów, która mówiła o tym, że spółdzielnia, która nie zastosuje się do norm nie ma co liczyć na sensowny kredyt na budowę.
Od „normatywów” nie było odstępstw.
– W jednym z projektów popełniłem drobny błąd. Pokój wyszedł mi 10 centymetrów kwadratowych większy niż powinien. I projekt powędrował do kosza – mówi jeden z ówczesnych architektów.
Co ciekawe sam Gomułka, który decydował o wprowadzeniu oszczędnego budownictwa oficjalnie, na potrzeby propagandy udawał zatroskanego niskim metrażem i standardem mieszkań. Wizytując nowe osiedle w Tychach (oryginalna relacja z tej wizyty pod tekstem) otwarcie krytykował ślepe, małe kuchnie narzekając, że jak górnik kupi lodówkę to nie będzie miał gdzie jej wstawić.
Z drugiej jednak strony część środowiska architektów wcale nie uważała takich projektów za złe. Wystarczy przejrzeć archiwalne numery ich branżowego pisma „Architektura”. W jednym z nich można przeczytać, że” „ciekawym rozwiązaniem jest wygospodarowanie wnęki sypialnej dla dzieci, oddzielonej kotarą od pokoju sypialnego rodziców”. Kilka stron dalej przerażenie budzi tekst o zaletach projektu mieszkania, które oprócz łazienki, było by jednym pomieszczeniem. Mieszkańcy dzielili by je sobie na pokoje przy pomocy słynnych „meblościanek”.
Wszystko to wpisywało się w ideologię Le Corbusiera i jego „maszyny do mieszkania”. Do ideologii w naszym „bloku” pasowała jak ulał. Po co przecież robotnikowi przestronna kuchnia skoro obiady będzie miał zapewnione w zakładowej stołówce?
Technologia a estetyka
Wielkie emocje budzą dziś nie tylko same mieszkania ale i wygląd budynków. W powszechnej opinii zabudowa z tamtych lat jest koszmarna: to zwykłe betonowe bloczki, porozrzucane na sporej przestrzeni, po której hula wiatr. Architekci, którzy je projektowali mówią dziś o nich dość oględnie lub wcale. Szczerze tylko bez podawania nazwiska.
– Tak jak w każdej branży i każdych czasach byli wśród nas tacy, którzy mimo ograniczeń stworzyli coś ciekawego i zwykli „odwalacze”, którzy masowo projektowali domy-klocki – mówi jeden z architektów.
Takie domy-klocki wypełniają dziś przede wszystkim centra mniejszych miast naszego regionu, a w Szczecinie tworzą zabudowę Dąbia i części ulicy Sczanieckiej, Pomorzan. Pobudowano je nie licząc się z tym czy jest to nowa czy staromiejska część miejscowości. Nie zawsze jednak zaprojektowanie „klocka” np. obok zabytkowego ratusza wynikało z lenistwa architekta. Witold Jarzynka dobrze pamięta jak trudne było ominięcie normatyw i przepisów. Przekonał się o tym, gdy w Stargardzie przyszło do zabudowy działki, koło zabytkowego budynku i baszty. Seryjnie projektowany, pięciopiętrowy blok z płaskim dachem po prostu tam nie pasował.
– Tyle, że budynku z wysokim, spadzistym dachem nie można było ot tak postawić. Nie można było też swobodnie odejść od przepisów i zmniejszyć go jedną kondygnację tak by pasował do sąsiedniej, starej zabudowy – wspomina Witold Jarzynka.
Chodziło oczywiście o koszty. Wysoki, spadzisty dach to dodatkowy wydatek, a skrócenie budynku o jedną kondygnację to mniej „izb mieszkalnych”.
– Zabiegi o wydanie zgody na niższy budynek z wysokim dachem trwały dwa lata, a zezwolenie musiał wydać sam minister – wspomina Witold Jarzynka.
Estetyce budynków zaszkodziło też powstanie w całym kraju kilkuset „fabryk domów”. Wytwarzano w nich gotowe elementy – ściany, płyty stropowe.
– Fabryka wytwarzała dajmy na to 120 różnych elementów i więcej nie chciała. I z tej ograniczonej liczby „klocków” trzeba było coś zmontować. Nie było więc szans na jakieś ekstrawagancje – opowiada jeden z architektów. – Forma architektury stała się niestety zależna od technologii.
Istniało jeszcze jedno ograniczenie. Budynki musiały mieć albo pięć kondygnacji albo od razu jedenaście. Odstępstw od normy było niewiele. Przy projektowaniu tych ostatnich było zresztą jeszcze jedno ograniczenie: mogła być w nich tylko jedna winda. Przeklinają to do dziś mieszkańcy takich bloków, bo gdy winda ulegnie awarii, pozostają tylko schody.
Osiedla z lat 60. wyglądają jak wyglądają także ze względu na swoje specyficzne rozplanowanie. Pełno w nich owej przestrzeni, o którą tak upominali się przedwojenni architekci. W efekcie jednak między blokami są wielkie place, po których hula wiatr. Sposób „kształtowania przestrzeni” czyli właśnie rozplanowania budynków zmienił się dopiero pod koniec lat 70. Dopiero wtedy do projektantów dotarło, że ludzie potrzebują jednak czegoś na kształt uliczek ze zwartą zabudową, rynku – krótko mówiąc wspólnych przestrzeni. W praktyce coś takiego udało się zrealizować dopiero w latach 80. budując osiedle Majowe i Bukowe w Szczecinie.
Powinny zniknąć
Jak dziś architekci patrzą na to co powstało w latach 60.? Sami twórcy podchodzą do swoich dzieł z umiarkowanym krytycyzmem. Witold Jarzynka przyznaje, że mieszkania są potwornie ciasne ale widzi wyjście z tej sytuacji. Według niego małe, kilkunastometrowe mieszkania znakomicie sprawdzą się jako kawalerki. W „normatywach” dostrzega też pozytywne rzeczy. Oprócz maksymalnej powierzchni na osobę określały one na przykład, że trzyosobowa rodzina musi mieć dwa pokoje. Małe ale dwa. Dziś wysokie ceny nieruchomości doprowadzają do tego, że rodzinę z dzieckiem stać tylko na kawalerkę.
Profesorowi Jarzynce wciąż też podobają się niektóre obiekty z tamtych lat. W szczególności te, które sam projektował. Na przykład wieżowce wyrastające spośród XIX wiecznej zabudowy przy placu Zgody w Szczecinie. Według nieco dzięki nim „ulica drga”, czuje się przez to przestrzeń, coś się w jej ciągu dzieje.
– One oszpecają miasto. Powinny zniknąć – mówi jednak bez ogródek Piotr Hofman, prezes szczecińskiego biura architektonicznego Dedeco.
Piotr Hofman, wykształcony w latach 80. architekt ma wyrobiony pogląd na obiekty sprzed 40-30 lat.
– Nie wpisują się w miasto. Nie pasują pod względem skali i estetyki – mówi architekt.
O wyburzeniu nie może być na razie z oczywistych względów mowy. Chociaż w zachodniej Europie tego typu architektura, która zadebiutowała tam już w latach 50, jest po prostu wysadzana w powietrze. I to mimo tego, że powierzchnie mieszkań nie były obwarowane normatywami i były dwa razy większe niż te budowane w Polsce.
Są jednak architekci, którzy dalecy są od generalnego przekreślania budownictwa z lat 60.
– Zdaję sobie sprawę, że mieszkania z tamtych lat są za małe, mają ślepe kuchnie. Ale potrafię wymienić budynki, które nie zasługują na całkowitą krytykę – mówi Marek Sietnicki, przewodniczący rady Zachodniopomorskiej Okręgowej Izby Architektów.
Marek Sietnicki, który urodził się w czasach, gdy gomułkowskie budownictwo kwitło, jako piękny miejsce określa na przykład szereg wieżowców stojących vis a vis Parku Żeromskiego w Szczecinie.
– Zwróćmy też uwagę na zieleń, przestrzeń, miejsca zabaw dla dzieci jakie są na osiedlach z lat 60 – mówi Marek Sietnicki. – Dziś większość z nas odczuwa tęsknotę za XIX wiecznymi kamienicami, za zwartą typowo miejską zabudową. Tyle czy mieszkaniec centrum miasta, gdzie kamienice stoją ciasno, a podwórza wypełniają oficyny jest rzeczywiście w lepszej sytuacji niż ktoś kto ma przed domem trawnik, a ulica nie przebiega pod oknami tylko gdzieś z boku?
Architektów emocjonalnie związanych z budownictwem sprzed 40 lat irytuje też to jak obecnie przebiega ich ocieplanie. Przy okazji tej operacji niszczone są oryginalne elementy elewacji, duże okna klatek schodowych – czyli elementy, które nadawały bryle budynku jakiś wyraz. Nie brakuje też przykładów na zabudowanie „podcięć” budynków, których krańce wspierają się na filarach. Dzięki temu przyciężkawe bryły trochę „oderwane od ziemi”, „lżejsze” – jak mówią architekci. Teraz już nie są.
Psujemy dalej
Krytykując architekturę sprzed lat trzeba też uczciwe przyznać, że i niektóre zrealizowane w ciągu ostatnich lat projekty są co najmniej nie trafione. W Szczecinie sztandarowym przykładem jest centrum handlowe Galaxy, potężny „barak”, który zajął największy plac w centrum miasta, niemal w sercu dzielnicy z lat 60.
– Kryminał. Kawał stoczniowej hali z ozdóbkami – mówi krótko prof.Witold Jarzynka.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Andrzej Kraśnicki jr
Idealny blok
Budynek mieszkalny najbardziej nawiązujący do wizji przedwojennych architektów i zarazem wpisujący się w socjalistyczną ideologię powstał w latach 70. Smoleńsku. Był to wieżowiec. W malutkich mieszkaniach nie było kuchni, bo projektanci wyszli z założenia, że obywatel żywić się będzie „kolektywnie”, w zakładowej stołówce. Łazienki były wspólne – po jednej na każdym piętrze. „Idealny” blok nie sprawdził się. Mieszkańcy urządzili kuchnię w wielkim holu na parterze wieżowca. Stało tam kilkadziesiąt kuchenek elektrycznych. Pod koniec lat 80. mieszkańców wysiedlono, bo wykonany niechlujnie budynek zaczął się rozsypywać. Przypominający wojenną ruinę wieżowiec stoi w Smoleńsku do dziś.
Gomułka i ślepe kuchnie
W kwietniu 1959 roku Tygodnik „Echo” wydawany w Tychach tak opisał wizytę na placu budowy Wiesława Gomułki, wówczas I sekretarza KC PZPR.
– „Niedziela, 10 kwietnia 1959, kilka minut po godzinie dwunastej. Od strony Mikołowa wjeżdża do Tychów długa kolumna osobowych samochodów. Lotem błyskawicy rozchodzi się radosna wieść – przyjechał towarzysz Gomułka! (…). Wśród grupy towarzyszy wymieniających serdeczne uściski dłoni rozpoznajemy sekretarza KC i I sekretarza KW PZPR tow. Edwarda Gierka. (…). Na osiedlu C2, obok bliku 212 kolumna samochodów zatrzymuje się. Ktoś z mieszkańców zauważa wysiadającego z samochodu tow. Gomułkę. W ciągu kilku minut plac między blokami wypełnia około 1000 mieszkańców. Od najmłodszych brzdąców aż po starców, wszyscy tłoczą sie, by dostać się jak najbliżej towarzysza Gomułki. Oby tylko usłyszeć parę słów, wymienić chociażby jedno spojrzenie. Ktoś intonuje tradycyjnie związane już z osoba towarzysza Gomułki „Sto lat”. Tłum podchwytuje melodię. Towarzysz Gomułka pragnie zobaczyć jedno z wybudowanych ostatnio mieszkań. Następują oględziny i to tak szczegółowe, że lista zauważonych przez tow. Gomułkę usterek jest bardzo długa. Mówi o braku kultury u ludzi wykonujących roboty wykończeniowe. Zauważa źle ułożoną podłogę, szczeliny i wypaczenia drzwi, nie podoba się tow. Gomułce źle ułożony gumolit, niechlujnie i niepotrzebnie zamalowane okucia zamków. Zwraca uwagę na nie dość sprawnie działające klamki, na źle zainstalowane kaloryfery i urządzenia sanitarne. Towarzysz Gomułka zaznacza nawet, że balustrady klatki schodowej są niesymetryczne i nieestetyczne. Wreszcie zatrzymując się w maleńkiej kuchence jednego z mieszkań tow. Gomułka mówi: Budujcie większe kuchnie! Przecież tu mieszkają przeważnie górnicy, a oni lubią duże kuchnie, a jak w dodatku ktoś kupi sobie lodówkę? Gdzie ją postawi?
Tak oto gorący zwolennik „oszczędnego” budownictwa czyli małych mieszkań i „ślepych” kuchni kreował się na przywódcę, który zatroskanego o wygodę mieszkańców.

Andrzej Krasnicki jr (Krasiu)