Opublikowane przez Busol w Historia.

Warszawa (PAP). Zaledwie 60 minut minęło od chwili zawiadomienia 27 bm. Komendy straży Pożarnych w Szczecinie o pożarze miejscowego kombinatu gastronomicznego „Kaskada” (godz. 8.07) do momentu zlokalizowania i dogaszenia ognia (godz. 9.08).
W pomieszczeniach tego 3-piętrowego obiektu spłonęło żywcem 13 osób – na różnych kondygnacjach, najwięcej na ostatnim piętrze. Trwa akcja poszukiwania ewentualnych dalszych ofiar i identyfikacja zwłok.

Kombinat Gastronomiczny „Kaskada” w centrum Szczecina. Kombinat nie tylko z nazwy. „W niedzielę, 26 kwietnia 1981 r., na czterech kondygnacjach „Kaskady” bawiło się do późnej nocy około sześciuset gości, których zachcianki spełniał prawie dwustuosobowy personel.
Zabawa wygasła nad ranem. O godzinie 4.45 dyrektor Włodzimierz Malasiewicz jak zwykle przed opuszczeniem lokalu obszedł wszystkie sale. Nic nie wzbudziło jego czujności. Pojechał do domu.
Z samego rana w poniedziałek znów w „Kaskadzie” krzątali się pracownicy. Sprzątali pomieszczenia, przygotowywali się na przyjęcie porannych klientów. O godzinie 8.00 w kombinacie powinno być obecnych czterdzieści jeden osób, ale wielu spóźniło się do pracy. W budynku o tej porze znajdowało się więc tylko dwadzieścia jeden osób, w większości kobiety. I okrutny los, jak czasem w życiu się zdarza, dotknął tych najbardziej sumiennych.
Krótko przed ósmą sprzątaczka Genowefa Bonter włącza wtyczkę odkurzacza do jednego z gniazdek w sali „Kapitańskiej” na parterze. Odwraca się w stronę ogromnych tafli szyb, za którymi grzeje piękne, wiosenne słońce. Kobieta czuje, jak oblewa ją fala ciepła. Za chwilę robi się jej wręcz gorąco. Zbyt gorąco jak na kwietniowy poranek. Odwraca wzrok w stronę odkurzacza, by zobaczyć… ścianę ognia. Płomienie liżą już sufit, szybko pełzną w jej stronę po wykładzinie. Rzuca odkurzacz i wybiega z sali.
– „Kaskada” się pali! – krzyczy do portierki.
Pożar rozprzestrzenia się w nieprawdopodobnym tempie. O godzinie 8.15 szaleje już na wszystkich kondygnacjach, ogarnia cały budynek. Towarzyszy mu gęsty, gryzący dym. W tym czasie tylko nieliczni z obecnych w budynku w chwili wybuchu pożaru znajdują się poza strefą zagrożenia. Ostatnim człowiekiem, który wypada przez frontowe drzwi „Kaskady”, jest jeden z ówczesnych uczniów-praktykantów -Dariusz Mięsowski. Gęsty dym zaskoczył go na schodach. Odwrócił się, zbiegał w dół z zamkniętymi oczami, trzymając się poręczy. W popłochu minął parter i zabrnął aż do cukierni, mieszczącej się w podpiwniczeniu. Na szczęście błyskawicznie odzyskał orientację i również po poręczy wrócił na parter, odnalazł wyjście z budynku.
Domyślał się, że wysoko, na ostatnim piętrze „Kaskady” muszą być jego koleżanki i koledzy z klasy III c Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej w Szczecinie. Codziennie tam właśnie zbierali się przed ósmą i czekali na instruktorkę prowadzącą praktykę.
W tym samym czasie po drugiej stronie budynku coraz liczniejsi
gapie są świadkami sceny jakby wyjętej z katastroficznego filmu. Całą „Kaskadę” spowijają już ogień i dym. I wtedy w oknie na II piętrze pojawia się młoda kobieta. Nogą tłucze szybę, z trudem przedostaje się przez tkwiące we framudze odłamki szkła i zastyga na parapecie.
– Przyszłam do pracy normalnie. Była 7.55, może dwie minuty później – opowie tego samego dnia bohaterka opisanej sceny, 19-letnia wówczas Alicja Ignacik, reporterowi „Kuriera Szczecińskiego”. – Zdjęłam w szatni płaszcz, założyłam biały fartuch i zawiązałam na włosy chustkę. Kilka chwil czekałam na szefową, panią Danutę Lewandowską, która prowadzi garmażerkę. Usłyszałam brzęk kluczy, więc wiedziałam, że przyszła. Powiedziała na mój widok, że chyba ktoś krzyczy na parterze. „Co też pani mówi – odpowiedziałam – pewnie się głośno śmieją…”
Ale krzyk się powtórzył. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam dym. „Pani Danusiu, uciekajmy!” – zawołałam i pobiegłam co sił do kuchni. Tam było okno z otwartym lufcikiem, wychodzące w kierunku Teatru „Pleciuga”. Dym mnie dusił. Wybiłam szybę i wydostałam się na parapet. Pode mną była przepaść, ale trzymałam się framugi.
Wołałam o ratunek. Dostrzegli mnie jacyś panowie. Przynieśli drabinę, lecz była za krótka. Położyli więc pod oknem koc i kazali mi skakać. Bałam się. A równocześnie framuga parzyła palce. I wtedy podjechał podnośnik i jakiś pan zabrał mnie do kosza”.
Tym panem nie był strażak. Strażacy byli uwikłani w akcję gaśniczą po drugiej, frontowej stronie budynku. Alicji Ignacik uratowali życie dekarz Janusz Krzewiński (to on zabrał Alicję do kosza) oraz operator-kierowca podnośnika Ryszard Malinowski – obaj pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Szczecinie, którzy przypadkiem przejeżdżali podnośnikiem w pobliżu „Kaskady”, kiedy wybuchł pożar.
Danucie Lewandowskiej – szefowej Alicji Ignacik – nikt już nie zdołał pomóc. Nikt też nie ocalił życia sześciorga uczniów klasy III c Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, którzy w krytycznej chwili znajdowali się w sali „Pokusa” na trzecim piętrze. W płomieniach zginęło także siedem innych pracownic kombinatu gastronomicznego – razem czternaście osób. Uratowali się głównie ci, którzy w poniedziałek o ósmej rano znajdowali się na najniższych kondygnacjach budynku (portierka, dwie sprzątaczki – w tym ta, która zauważyła pożar, dwóch palaczy) – w piwnicy i na parterze. Im nagły pożar nie zdążył odciąć drogi ucieczki.
„Kaskada” – dla szczecinian po prostu „Kaśka” – była kombinatem gastronomicznym i jednocześnie nim nie była. Słowa „kombinat gastronomiczny” kojarzą się bowiem z jakąś wielką, lecz niegustowną jadłodajnią, w której serwuje się mdłe potrawy z wielkich kotłów. A dla „Kaskady” takie skojarzenie byłoby ciężką obelgą. W tamtych latach był to bowiem najbardziej wytworny kompleks gastronomiczny i rozrywkowy na zachodnim i środkowym Wybrzeżu.
Przestronny gmach zbudowali Niemcy – nazywał się „Haus Ponath” – w latach dwudziestych. Podczas wojny, po bombardowaniu, legł on w gruzach. Po wojnie został podniesiony z ruin i kilkakrotnie
przebudowany. Przed ostatnim remontem projekty wnętrz „Kaskady” kreślił sam dyrektor Malasiewicz. Ogromne wnętrza, o kubaturze około 8,7 tys. metrów sześciennych. Na każdej kondygnacji sala o innej stylistyce. Na parterze: „Kapitańska” – wizytówka lokalu, w której najwykwintniejsze dania podawali najlepsi kelnerzy; na pierwszym i drugim piętrze: „Rondo” i „Słowiańska” – sale restauracyjne, ale już o cenach dostępnych nie tylko dla zamożnych gości; na trzecim piętrze: „Pokusa” – kawiarnia.
Mimo że budynek zaliczony był do najwyższej klasy ogniowej odporności, w ciągu godziny spłonął jak zapałka. Ogień wydostaje się na zewnątrz gmachu już o godzinie 8.07. Z ogromnym impetem trzaskają tafle szyb z obficie przeszklonej fasady gmachu, a gorący podmuch odrzuca przechodniów pod mury sąsiednich domów. Jeden z nich dzwoni po straż pożarną. O godz. 8.11 zajeżdża pod „Kaskadę” pierwszy wóz ogniowy. Po kilku minutach dołączają następne. Wozy stają, by za chwilę się cofnąć. Wewnątrz budynku temperatura sięga wtedy 1700°C. Eksplodujące szyby otwierają dostęp świeżemu powietrzu, które podsyca płomienie. „Kaskada” przypomina już wtedy ogromny, rozbuzowany piec z kominem, którego paleniska ugasić nie sposób. Porównanie tym bardziej trafione, że podczas jednego z remontów budynku między parterem a pierwszym piętrem – dokładnie nad kręgiem tanecznym w sali „Kapitańskiej — wykuto w stropie otwór o dziesięciometrowej średnicy. Tym sposobem droga dla płomieni została
otwarta.
Żar panuje także wokół budynku. Płoną odległe o trzydzieści-czterdzieści metrów drzewa, w oknach pobliskich domów mieszkalnych topią się stylonowe firanki. Na ulicy topią się znaki drogowe, stojące w odległości piętnastu-dwudziestu metrów od „Kaskady”. Ogień zaczyna obejmować dwa zaparkowane opodal samochody. Nie oszczędza także wozów strażackich, mimo że znajdują się dobre pięćdziesiąt metrów od płonącego budynku.
– Gdy zobaczyłem „Kaskadę”, zawołałem do radiotelefonu: „Natychmiast przysyłajcie pomoc! Wszystkie wozy i wszystkie drabiny!” -opowiadał o akcji gaśniczej starszy ogniomistrz Henryk Matuszczyk, dowódca dwóch pierwszych sekcji, które dotarły na miejsce wypadku. – Staraliśmy się podjechać jak najbliżej. Na wysokości szyn
tramwajowych dostrzegłem, że zaczyna się łuszczyć farba na masce samochodu. Do hydrantu dojechaliśmy już pod osłoną działek.
Ciśnienie wody w hydrantach okazuje się jednak zbyt słabe na potrzeby zasysających ją strażackich pomp. Działka zaczną więc pracować z całą mocą dopiero po wybudowaniu linii wodnej z basenu przeciwpożarowego przy ul. Niepodległości.
Ale nawet gdyby pompy i działka o wydajności dwóch tysięcy czterystu litrów na minutę od początku pracowały z pełną mocą, na ugaszenie „Kaskady” nie było szans. Wysiłki strażaków przede wszystkim miały na celu zlokalizowanie ognia – aby nie przeniósł się on na sąsiednie budynki Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Odra” i na domy mieszkalne po drugiej stronie ulicy. Szczęściem w nieszczęściu było to, że w wypalającym się gmachu nie doszło do eksplozji gazu, którego dopływ odcięto dopiero o godz. 8.50.
Pożar został zlokalizowany o godz. 9.08. Pół godziny później ekipy strażaków trafiają w ruinach na pierwsze zwłoki. Do godziny 15.00 znajdą w sumie trzynaście zwęglonych ciał. Czternaste – znacznie później, podczas przeszukiwania ostatniej kondygnacji…
Pożar dogaszono tego samego dnia o godzinie 18.50. „Kaskada” spłonęła doszczętnie. Pozostały po niej jedynie sczerniałe żelbetowe elementy szkieletu budynku.
Przyczyny pożaru badała powołana przez wojewodę komisja, której pracami kierował prezydent Szczecina. Zanim jeszcze to gremium zebrało się i przystąpiło do pracy, z ust strażaków padły pierwsze komentarze na temat tak szybkiego i dramatycznego rozwoju wypadków. Stwierdzili oni, że instalacja elektryczna w „Kaskadzie”, zwłaszcza w salach konsumpcyjnych, była w złym stanie technicznym. Przewody były układane pod dywanami (doprowadzenie do lamp na stolikach), za palnymi okładzinami ścian oraz po palnych elementach wystroju wnętrz bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Niektóre przewody prymitywnie połączono – „na skrętkę”.
W ogóle w budynku znajdowało się mnóstwo łatwopalnych elementów: stylonowe firanki, portiery, boazerie z drewna i tkanin, płytki z polistyrenu i miękkiej płyty pilśniowej, drewniane barki daszki itp. Wszystkie drewniane konstrukcje malowane były łatwopalnymi lakierami. Szczególnie jednak niebezpieczne okazały się wykładziny dywanowe na gąbczastym podkładzie oraz meble wyściełane gąbką z poliuretanu. A gąbka taka, kiedy się pali, wydziela trujący gaz: fosgen.
Przypuszczenia te prace komisji potwierdziły. Zdaniem ekspertów to właśnie fosgen – w ciągu zaledwie sześciu sekund – zabił wszystkie ofiary w budynku. Sam pożar natomiast rzeczywiście rozpoczął się od zwarcia w nieszczęsnym gniazdku w sali „Kapitańskiej”, do którego sprzątaczka podłączyła odkurzacz. Gniazdko to zamontowano bezpośrednio na płycie z tworzywa, w wyciętym otworze, do którego przylegała tkanina osłonowa.

W wyniku śledztwa przed sądem stanęły trzy osoby oskarżone o „zaniedbanie obowiązków zapewnienia warunków ochrony przeciwpożarowej w zakresie bezpieczeństwa osób i mienia”. Oskarżeni otrzymali kilkuletnie wyroki, które jednak złagodził sąd II instancji. Wyroki te w lipcu 1984 r. zostały umorzone na mocy powszechnej amnestii.
Jak pokazał reportaż telewizyjny, wyemitowany w 2000 r. przez TVP, główny oskarżony w tamtych procesach – były dyrektor „Kaskady” Włodzimierz Malasiewicz – do dziś nie jest przekonany o swojej winie. A także o tym, że w śledztwie z należytą skrupulatnością sprawdzano inne hipotezy o przyczynach pożaru. Na przykład hipotezę o podpaleniu.
Na jej poparcie dyrektor Malasiewicz opowiedział przed kamerami zadziwiającą historię o człowieku, którego w 1981 r. dorywczo zatrudniał do takich prac, jak zamiatanie i sprzątanie. Mężczyzna ów ponoć był w „Kaskadzie” w chwili wybuchu pożaru. Trujący dym zaskoczył go na schodach, na półpiętrze. Tracąc przytomność, dorywczy pracownik osunął się na stopnie. I wtedy jakieś silne ramiona ujęły go i wyrzuciły przez okno na zewnątrz. Spadł z wysokości trzech metrów na leżące na ziemi belki, potłukł się, ale przeżył…
Czyje ramiona uratowały mu życie i czy w ogóle takie zdarzenie miało miejsce, nigdy nie udało się ustalić.

Zdjecia w naszej galerii

Źródło: Jarosław Reszka, „Cześć Giniemy Największe katastrofy w powojennej Polsce” wydane nakładem PAPu