Opublikowane przez Busol w Wieże.

Któż z was nie chciałby wejść na wieżę Bugenhagena!

Tkwi w samym środku miasta. Zahacza o nią wzrokiem każdy, każdy ma w uszach brzmienie jego dzwonów. Któż nie chciałby wejść na wieżę Bugenhagenkirche i z bliska zobaczyć te dzwony. Podchody były długie. Już raz wraz z Busolom i Brucem całowaliśmy klamkę zamkniętego na głucho kościoła. Ot, ktoś był akurat bardzo słowny. Ale w końcu udało się. Dokładnie 31 sierpnia 2004.


Dość niecodzienne przeżycie. Wchodzi się klatką schodową przy głównym wejściu. Po dotarciu na poziom balkonów dalej kręconymi schodami aż do metalowej bramki. Dotąd każdy może dotrzeć w zwykły niedzielny poranek. Dalej – już nie. Za drzwiami duże pomieszczenie. Skład kościelnych klamotów i wyjście na poddasze. Stąd też prowadzą strome, drewniane schodki do góry… Mijamy jakieś metalowe urządzenia, chyba przedwojenny mechanizm napędowy „rozrusznika” dzwonów. Pniemy się tymi chybotliwymi schodkami do góry. Poręczy czasami brakuje. Więc Bus już trzęsie portami, udaje, ze cyka fotki wewnętrznych kondygnacji wieży, a my z Brucem wmawiając sobie, że wcale nie mamy lęku przestrzeni, pędzimy na wyścigi do góry. Byle do dzwonów!
Nareszcie na upragnionym poziomie. Dzwony wiszą sobie grzecznie, jakby na nas czekały. Cały poziom dzwonnicy osłonięty kratkami, mimo to wszystko obrobione przez gołębie. Jest „tego” cała warstwa na dole. Fetor. Ptaszki nawet czcigodnych dzwonów nie oszczędziły – też nakakane dokumentnie. Tak, zawsze chciałem te dzwony zobaczyć z bliska. Czy są duże, w jakim są stanie… A cały poziom w istocie jest trochę może większy od mojego pokoju z fortepianem. Dzwony – takie sobie zwykłe dzwoniska. Nie, żeby tam jakieś „Zygmunty” od razu. Nic w każdym razie specjalnego. Panorama miasta za to całkiem oryginalna.
Ale to jeszcze nie koniec. Nad nami szpic. Rachityczną metalową drabinką pniemy się dalej. Docieramy do podstawy hełmu. Na ziemi kilka ich trupów, gniazda, pęknięte jaja. Istna ptaszarnia. Latają nad nami te ptaki, jak oszalałe. Trzeba uważać, by nas nie zbombardowały. Drabinki do góry już zwykłe, wszystkie szczeble totalnie zafajdane, ciekawe czego mamy się chwycić. (Od tej chwili pokochałem gołębie.) A wszystko oryginalne, zachowane z czasów budowy kościoła w latach 1906-1909. Jest ostatni, najwyższy poziom z okienkami pod szczytem. Widok po prostu fantastyczny. Kręcimy się pstrykamy zdjęcia, klniemy na ptaki. W końcu schodzimy na poziom dzwonnicy. Zaraz 18, będą biły dzwony. Liczymy sekundy. Nareszcie. Najpierw niemrawo, potem już żwawiej. Nawet całkiem głośno. Schodząc na dół jeszcze zahaczamy o strych. Robi się coraz ciemniej.
A na finał niecodzienne przeżycie. Schodzimy na balkon kościoła. Pusto… Żywej duszy… Kościół zamknięty na głucho… Kościelny zapomniał… Baaaardzo śmieszne! Bus nie może się dodzwonić, gdzie trzeba. Bruce zastanawia się, czy nie „zrobić Tarzana” i zjechać na parter po szarfie zwisającej ze sklepienia. Co robić! W jęku rozpaczy nad perspektywą noclegu na ławkach balkonów desperacko siadam do organów. A mam inne wyjście? Mały recital dla Brusa i Busa. Oczywiście Toccata Bacha, parę chorałów i coś tam z Das Wohltemperierte Klavier. A jak O-zone ładnie brzmi w tej akustyce, mówię wam! Gdybym był organistą, zawsze bym to grał na „do widzenia”. Przecież nie – jak mu tam, za-przeproszeniem-Chopina. O Moniuszce nie wspominając nawet.
A potem nagle okazało się, że jedne z drzwi, zastawione solidną sztabą są zwyczajnie otwarte. Tak udaje nam się opuścić ciemny kościół o zmroku. Kiedy dziś przechodzę pod nim i zadzieram głowę, zawsze wspomnę – tam byłem.

Bachinstitut

Zapraszamy do galerii