Opublikowane przez Busol w Architektura i Urbanistyka.

Jaromir, Stalin i bałagan

Gdyby nie zniszczenia wojenne z centrum w kierunku Niebuszewa jechalibyśmy dzisiaj wąską aczkolwiek daleko bardziej niż dziś uroczą aleją Wyzwolenia.
To zdjęcie, jest jednym z najlepszych dowodów na to jak bardzo po wojnie zmienił się Szczecin. Kto pozna dziś, że ów widok przedstawia współczesną, szeroką aleję Wyzwolenia widzianą od strony placu Żołnierza, a tu gdzie po prawej stronie stoją kamienice biegnie dziś nitka jezdni prowadząca w kierunku placu Rodła?

Gdzie jest koniec?

Moltkestrasse, bo tak nazywała się przed wojną jedna z ważniejszych ulic w centrum Szczecina, wytyczona została wkrótce po tym gdy zlikwidowano otaczające miasto fortyfikacje. Widać ją już na planie Szczecina z 1879 roku.
O ile początek ulicy od strony placu Żołnierza zgodny jest z obecnym układem topograficznym miasta o tyle określenie gdzie się kończyła jest już bardziej skomplikowane. A wszystko przez totalną przebudowę ulic w rejonie dzisiejszego placu Rodła po drugiej wojnie światowej. Olbrzymie zniszczenia wojenne spowodowały, że cały ten obszar legł w gruzach. To sprowokowało władze miasta do wyznaczenia na nowo przebiegu ulic, o czym nieco dalej.
Gdzie więc kończyła się Moltkestrasse? Jezdnia wraz z torowiskiem tramwajowym mijała skrzyżowanie z obecną ulicą Piłsudskiego i prowadziła prosto do skrzyżowania z ulicą Roosvelta. Dziś ta ostatnia ulica to nic nie znaczący łącznik między ulicą Piłsudskiego i Matejki. Przed wojną prowadziła od strony budynku Izby Skarbowej w kierunku miejsca gdzie stoi dziś Pazim. O jej przebiegu świadczy jeszcze kilka starych drzew rosnących przed schodami ruchomymi tego biurowca. Kilkadziesiąt metrów dalej, mniej więcej na wysokości narożnego wejścia do Galaxy łączyła się z ulicą Moltkego. W głębi zdjęcia, na zakończeniu ulicy widać kamienicę. To właśnie to skrzyżowanie. W tym miejscu ulica, zwana już Politzerstrasse prowadziła najpierw w lewo, a potem po ostrym zakręcie w prawo kierowała się w stronę Niebuszewa. Więcej niż nastoletni Czytelnicy znakomicie pamiętają pewnie pełen zakrętów przebieg linii tramwajowej nr 3 i 2, których torowiska jeszcze we wczesnych latach 80. prowadziły w znacznej części przedwojennym szlakiem.

25 kamienic

Moltkestrasse, której patronem był generał feldmarszałek hrabia Helumth von Moltke, zwycięzca w bitwie z wojskami Napoleona pod Sedanem, zaczęła być zabudowywana pod koniec XIX wieku. W sumie po obu stronach ulicy powstało 25 kamienic. Były dość podobne do siebie, różniły się szczegółami w elewacji. Kilka z nich, z racji bogato zdobionych frontów, balkonów z efektownymi, wykutymi w metalu barierkami, było jednak zdecydowanie w czołówce najpiękniejszych kamienic śródmieścia. Stały na odcinku między ulicą Mazowiecką a placem Rodła, tu gdzie dziś stoją brzydkie budynki z lat 60. na parterze których ulokowały się banki (a niegdyś znana księgarnia „Światowid”).
Była to ulica typowo handlowa. Na zdjęciu widać zresztą liczne markizy osłaniające okna wystawowe. Dla Moltkestrasse charakterystyczne były bardzo szerokie chodniki wyłożone, tak jak i w całym centrum, płytami ze szwedzkiego granitu. Sama jezdnia, jak widać na fotografii, była też dość szeroka, umożliwiająca przed wojną bezkolizyjny ruch tramwajów i samochodów.
Zabudowa miała też i swoją mroczniejszą, i to dosłownie, stronę. Za eleganckimi, frontowymi kamienicami kryły się bowiem liczne oficyny tworząc w ten sposób ciasne i ciemne podwórka.
Biorąc pod uwagę szerokość chodników trochę dziwi to, że przedwojenni gospodarze miasta nie posadzili na tej ulicy drzew. Idąc od strony obecnego placu Żołnierza na pierwszą oazę zieleni napotykało się dopiero w rejonie dzisiejszego Pazimu. W tym miejscu, u zbiegu ulic, istniał niewielki plac, na którym rosło kilkadziesiąt drzew. Plac był mocno pagórkowaty, co było pamiątką po przebiegającym w tym miejscu jeszcze w XIX wieku wale obronnym jednego z fortów. Militarne znaczenie tego miejsca Niemcy przywrócili w czasie drugiej wojny światowej budując pod pagórkiem sporej wielkości schron. Natknęli się zresztą na niego robotnicy, którzy w latach 70. przebudowywali ten rejon miasta. Do dziś zachowała się tylko jedna pamiątka po owym placyku: stare drzewo rosnące koło przystanku dla tramwajów jadących od strony parku Żeromskiego w kierunku placu Grunwaldzkiego.

Kłopotliwy patron

Alianckie bombardowania niemal doszczętnie zniszczyły aleję Wyzwolenia. Na odcinku od placu Żołnierza do placu Rodła ocalały tylko trzy kamienice – wszystkie przy narożniku z ulicą Małopolską. W pamięci najstarszych szczecinian zachował się obraz wysokich, kołyszących się resztek ścian frontowych, które w każdej chwili groziły zawaleniem się. Było oczywiste, że kamienic nie da się odbudować. Nikt zresztą nie zamierzał odtwarzać, nawet przy pomocy nowych budynków, wyglądu przedwojennej ulicy. Zaczęło się jednak, co oczywiste, od zmiany jej patrona. Hrabiego-generała Moltkego zastąpił niejaki Jaromir. Do dziś niewiadomo o kogo dokładnie chodzi, bo Jaromirów w historii zapisało się dwóch. Jeśli zajrzymy do „Encyklopedii Szczecina” dowiemy się, że Jaromir był w XIII wieku księciem Rugii, który trzymał z Duńczykami, którzy najechali na Szczecin. Co więcej Jaromir ów był niezbyt przychylnie nastawiony do Polski. Może więc chodziło o innego Jaromira, czeskiego księcia, syna Bolesława II Pobożnego? Pewnie tak, chociaż bardziej znany był ten pierwszy, co w końcu zaczęło wywoływać w Szczecinie dyskusje nad zmianą patrona. I stało się to w 1965 roku, kiedy ogłoszony został konkurs na nową nazwę. Pretekst był dobry – 20 rocznica objęcia władzy w Szczecinie przez Polaków. Propozycji było mnóstwo: od nieco naiwnych (aleja Spełnionych Marzeń), po całkiem rozsądne (Pionierów Szczecina czy też 26 Kwietnia). Zwyciężyła „aleja Wyzwolenia”.
Wróćmy jednak do lat 50. kiedy pojawiła się pierwsza propozycja radykalnej zmiany wyglądu jednej z głównych ulic śródmieścia. Ów projekt utrzymane był w obowiązującej w tamtych czasach socrealistycznej estetyce pełnej gigantomanii, patosu, wręcz kiczu. Oto bowiem ulica Jaromira miała się zmienić w wielką aleję-plac defilad. Szerokość alei planowana była na ponad 50 metrów. Z jednej strony chciano ją „przyozdobić” gigantyczną, żelbetonową trybuną, z drugiej zaś strony rzędem wielkich postumentów przedstawiających przodowników pracy i innych bohaterów i „idoli” tamtych czasów. Aleja nie mogła oczywiście prowadzić do nikąd. W rejonie skrzyżowania alei Wyzwolenia z Malczewskiego planiści widzieli nowoczesny gmach teatru i wielką salę widowiskową. Całe to przedsięwzięcie miało mieć oczywiście jedynego w tamtych czasach „słusznego” i „godnego” patrona – Stalina.

Kolorowe balkony

Koniec epoki Stalina oczywiście zweryfikował te plany, które wrzucono do kosza. Nadszedł jednak rok 1956, kiedy to wreszcie żwawiej ruszyły w Szczecinie nowe inwestycje. Przyszła także kolej na ulicę Jaromira. Wiadomo już było, że w przyszłości ma ona zmienić się w szeroką arterię komunikacyjną, będącą naturalnym przedłużeniem alei Niepodległości. Dlatego nowe budynki, które zaczęły powstawać po obu stronach ulicy stawiano od siebie w znacznej odległości tak by zachować miejsce na nowe, szerokie jezdnie. Budynki, które zaczęto stawiać w 1958 roku są pewnego rodzaju ewenementem w powojennej historii miasta. Nie był to już bowiem pompatyczny socrealizm, ale jeszcze nie pokaz oszczędnościowego systemu budownictwa z ciasnymi, niskimi mieszkaniami. Nowoczesna architektura, kolorowe balkony, spore mieszkania z parkietem, szafami wbudowanymi w ściany, od razu umeblowane kuchnie budziły wśród szczecinian spore emocje. Ci, którzy dostali mieszkania w tych blokach mogą mówić o szczęściu. Kilka lat później zaczęło się budownictwo „gomółkowskie”, w którym o takich wygodach nie mogło być mowy.

Długa przebudowa

Mimo nowych inwestycji prze długie lata ruch samochody i tramwajowy odbywał się tak jak przed laty: jedną, brukowaną jezdnią, którą samochody dzieliły z tramwajami. Jedynie szeroki trawnik między przedwojenną ulicą, a nowymi budynkami był dowodem na to, że w przyszłości aleja Wyzwolenia ma być szersza.
Przebudowa odcinka między placem Żołnierza, a utworzonym pod koniec lat 70 placem Rodła zaczęła się dopiero w połowie owych lat 70. I przebiegała w typowym dla tamtych czasów ślimaczym tempie, bałaganie i fatalnej organizacji. A to zabrakło materiałów budowlanych, a to znów operatorów spychaczy, a to wreszcie wyszło na jaw, że dokumentacja zrobiona jest po partacku. W efekcie inżynierowie dopiero robiąc wykopy pod jezdnię prowadzącą w kierunku Niebuszewa zobaczyli, że pod trawnikiem tkwią grube fundamenty przedwojennych kamienic. Usunięcie części z nich, po to by ułożyć infrastrukturę podziemną, wydłużyło oczywiście inwestycję, która w sumie ciągnęła się ponad dwa lata.
Patrząc dziś na przedwojenny wygląd alei Wyzwolenia można żałować, że jej zabudowa legła w gruzach. Z drugiej jednak strony jakież potworny ścisk panowałby na tej wąskiej ulicy, gdyby przyszło jej przyjąć współczesny ruch tysięcy pojazdów.

Andrzej Kraśnicki

Z archiwum „Głosu”
Nasz reporter na al. Wyzwolenia
„Głos Szczeciński”, 27 kwietnia 1976
Coraz łatwiej wyobrazić sobie przyszły wygląd al. Wyzwolenia, bo postęp robót jest znaczny. (…). Zarówno Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Eksploatacji Dźwigów, które ma ułożyć kable sygnalizacyjne, jak i Szczecińskie Przedsiębiorstwo Instalacji Sanitarnych i Elektrycznych kładące tu kable energetyczne, miały zakończyć roboty do 23 kwietnia br. Podwykonawcy jednak z zobowiązań swych jeszcze się nie wywiązali.
Największego chyba pecha ma od początku przebudowy al. Wyzwolenia, brygada robót instalacyjnych i gazowych. Nie dość, że znacznie zwiększono im zakres prac to nie tak dawno nie mogli znaleźć rury kanalizacyjnej, istniejącej – jak się okazało – tylko w dokumentacji…
– Lepiej już nic nie mówić. Czego się człowiek nie tknie – nic się nie zgadza: albo czegoś za mało, albo za dużo – żalił się wczoraj szef brygady, Zdzisław Bryk. –Przy M. Buczka, nieopodal przychodni lekarskiej, mamy położyć przewody gazowe. Zaczęliśmy roboty i okazało się, że w miejscu tym jest pełno jakichś przewodów nie zaznaczonych w dokumentacji. Nie mamy gdzie zmieścić rury gazowej!
Niebawem Święto Pracy, 1 Maja. Pracownicy KPRI przygotowują na ten dzień mieszkańcom naszego miasta niespodziankę. Chcą zakończyć prace przy jednym pasmie nowej jezdni tak, aby mógł nią odbywać się normalny ruch.