Opublikowane przez woti w Publicystyka.

W „Kurierze Szczecińskim” z 29 października 2004r. ukazał się niezwykle inspirujący (przynajmniej dla mnie) wywiad z prof. Władysławem Filipowiakiem. Dla mnie Pan Profesor jest nie tylko archeologiem, który odkurzył Polakom mit i prawdę o Winecie/Jomsborgu/Julinie/Wolinie, nie tylko odnalazł posążek Światwida i łodzie Słowian pomorskich (które były nie gorsze od drakkarów Wikingów), nie tylko przypomniał o starodawnych związkach Polski z Pomorzem – to także człowiek, który umiał o tym ciekawie opowiadać… Odezwał się znowu, a na dodatek na temat, który dla nas jest szczególnie frapujący: wypowiedział się o „Sedinie” i o tym, czy warto, czy należy tę fontannę/pomnik odbudować. Z racji wieku i wiedzy mógłbym co najwyżej być studentem u Pana Profesora – nie miałem tego szczęścia, ale odważam nie zgadzać się z Nim w kilku sprawach, a szczególnie co do znaczenia Sediny dla naszego Miasta.

Profesor Filipowiak słusznie przypomina rodowód Manzelbrunnen/Sediny, jak sam mówi: „piękniej rzeźby z wodotryskiem, wykonanej na zamówienie Rady Miejskiej Szczecina”, której „przydano symboliczne imię Sediny”. Zwraca uwagę na fakt, iż powstała ona w okresie narastania idei pangermańskich, z myślą o kształtowaniu świadomości ówczesnych Niemców (rówieśników i dziedziców idei Bismarcka). Negatywnie komentuje wersję Tomasza Kantzowa o germańskim pochodzeniu nazwy naszego grodu. Przypomina jednocześnie fakty historyczne, w świetle których Ptolemeusz w „Opisaniu Świata” (powstałym po 100 roku n.e.) napomknął o germańskim plemieniu plemieniu „Sidinoi”, bytującym w nieokreślonym miejscu na południowy zachód od ujścia Odry (a więc na terenach, które z Polską historyczną i dzisiejszą, a szczególnie ze Szczeciniem, niewiele miały wspólnego), a na dodatek opuszczających te tereny co najmniej przed rokiem 525 n.e. Potem weszli tu Słowianie…
Tyle znane powszechnie fakty o przed- i wczesnośredniowiecznych związkach Szczecina z plemionami (nie państwami) germańskimi, a o tym chyba nawet współcześni nam (godni poważnego traktowania) Niemcy nie są skłonni dyskutować. Dalej Pan Profesor przywołuje kolejny problem: w 1234 roku miasto Szczecin uzyskuje „lokację na prawie niemieckim”, aczkolwiek już w 1124 roku „wymieniany jest jako civitas magna”. Wszystko to prawda: lokacja „na prawie niemieckim” jest tylko potwierdzeniem pewnych faktów gospodarczo/społeczno/prawnych i jako taka w żadnym wypadku nie świadczy o związkach lokowanego miasta z Niemcami (czy to w sferze etnicznej, czy tym bardziej – państwowych). Do tego miejsca zgadzam się z Profesorem, jednak uważam, że takie jednak dowodzenie „niestosowności” Manzelbrunnen/Sediny nijak się ma do tematu sporu, bo w żaden sposób nie jest z nim (Sediną) związane…
Spór wokół „Sediny” w znacznym stopniu wiąże się z „prawami Niemiec” do naszego miasta. Często, acz według mnie bezsensownie, omawia się wtedy nadanie Szczecinowi praw miejskich „według prawa magdeburskiego”. Jest to bezsensowne, ponieważ nadanie takich przepisów nie było w owym czasie w żaden sposób powiązane z przynależnością państwową „lokowanego miasta”, lecz wiązało się z uznaniem praw stanowych, zatwierdzeniem prawa zwyczajowego oraz utwierdzeniem praw własności i przywilejów mieszczan. Ówcześni suwereni, zarówno polscy Piastowie, jak też inni władcy, w tym Barnim I, Książę Pomorza – nie zastanawiali się nadmiernie nad przynależnością etniczną swoich poddanych, bo państwa były STANOWE, a nie NARODOWE! Fakt nadania praw miejskich, czy to „na prawie lubeckim”, czy „magdeburskim” – w żaden sposób nie może być odczytywany ani jako element w dyskusji o pochodzeniu miasta, ani nawet jako wskaźnik jego „starożytności”. Tutaj bezsprzecznie przyznaję rację Panu Profesorowi, że ta data (zresztą jest ich kilka) w żaden sposób nie może być uznawana za rzeczywisty początek miasta i w ma się tak do jego życiorysu, jak u każdego z nas uznanie za początek istnienia jednostki ludzkiej daty poczęcia, urodzin, chrzcin lub wpisania do państwowego rejestru urodzin (zapytajcie swoich dziadków, że czasem znakomicie potrafią się różnić!).
Tak, jak Pan Profesor i jego syn, zaczytywałem się w powieściach opisujących epokę pierwszych Piastów. Wątpię jednak, czy Mieszko I lub Bolesław Chrobry odbijali Ruś Kijowską, Małopolskę, Mazowsze, Śląsk czy Pomorze dla „chwały oręża polskiego”- robili tak po prostu dla zdobycia dochodów płynących z posiadania tych ziem. Podobnie Bolesław Krzywousty: nie tyle objął, ile zdobył Szczecin, Kamień, Kołobrzeg – tak samo, jak dokonali tego nasi przodkowie, którzy walczyli tu w 1945 roku i zagospodarowywali na powrót te ziemie później… jak pracował tu mój Dziadek, Ojciec i ja sam. Podobnie nasi dziedzice – może nie będą zdobywać Szczecina, ale będą musieli się tutaj utrzymać, albo zostaną stąd wyparci podobnie, tak, jak „oddali pole” Słowianie z XII wieku.
Gdyby Bolesław Krzywousty myślał kategoriami Pana Profesora – czy dla założenia tu Kościoła przysłałby na Pomorze biskupa z Niemiec? Czemu akurat Otton z Bambergu? Chyba obaj to wiemy: Europolityka… Włączenie Polski w organizm Europy, połączenie z Rzymem – ponad lokalnymi interesikami wschodnich rubieży ówczesnych Niemiec, które, jak zawsze, szukały następnych terenów do przejęcia. Gdyby jednak Bolesław Krzywousty myślał konsekwentnie „kategoriami państwa polskiego” – nie podzieliłby go, lecz korzystając z wzorców zachodnich (nie tylko niemieckich), przyjąłby prawo majoratu i na pewno nie podzieliłby Polski na dzielnice… Gdyby – czasy były inne, doświadczenia inne, kultura inna, wszystko było inne i na dodatek nie wiedzieli, co z tego wyniknie. Nie mam pretensji – ale co to ma do Sediny? Ano tyle, że akurat Bolesław Krzywousty niespecjalnie nadaje się na patrona naszego grodu, bo ani wiele tu nie zdziałał, ani polskości nie zaprowadził.
Kazimierz Wielki, król bezsprzecznie polski, chciał usynowić Kaźka Słupskiego i może nawet zostałby on Królem Polski… a on wziął udział w bitwie pod Grunwaldem po stronie Krzyżaków – jednak to nie była zdrada, to po prostu były interesy dynastyczne! Bogusław Wielki wziął za żonę córkę Króla Polski także nie dlatego, żeby zaprowadzić polskość na Pomorzu – on myślał jak szef firmy, który szukał sprzymierzeńca, a wtedy związek z Polską był dla niego opłacalny… Książęta pomorscy kilkakrotnie składali hołdy władcom „niemieckim” – także tylko po to, aby zachować swoje dziedzictwo. Ta mądrość i elastyczność polityczna pozwoliła przetrwać temu dość ubogiemu państwu kilkaset lat, aż do upadku sił witalnych rodu panującego… Jak to się ma do Sediny?
Moim zdaniem sprawa ma się bardzo prosto: Sedina nigdy nie była żadną boginią – ani germańską, ani słowiańską, ani duńską, ani pomorską. Sedina od początku była ALEGORIĄ ZWIĄZKU SZCZECINA Z PRACĄ NA WODZIE – dużej i małej, na Odrze, Dąbiu i Bałtyku, na Oceanie… z flotą handlową i rybacką (ale nie z wojenną). To pomnik nie narodowy, ale „zawodowy” – rybacki, marynarski, kupiecki, rzemieślniczy, związkowy nawet… Szczecin, także ten po 1945 roku, dziedziczy te republikańskie tradycje, nieco anarchistyczne – i żaden wstyd przyznać się do tego. Bo przecież w 1970 to właśnie u nas, w Szczecinie, rosły „najwyższe sosny w Polsce”, bo tutaj podpisano pierwsze porozumienia sierpniowe 1980 roku, bo Szczecin, nawet w czasach izolacji, był „dzikim zachodem”, „zielonym miastem”, oknem na świat. Ten Szczecin jest godnym dziedzicem republiki kupieckiej, tej ojczyzny Wyszaka i jemu podobnych ludzi, którzy odważyli się zburzyć książęcy zamek, a potem znieważać pomniki królów pruskich i wszystkich kolejnych „samodzierżców”, którzy tutejszym obywatelom odważyli się narzucać swoje „jedynie słuszne” pomysły. Jeśli tak spojrzeć na Sedinę – to jest ona piękna i „nasza”, ani niemiecka, ani polska, ani germańska, ani słowiańska – po prostu pomorska i szczecińska, symbol siły i potęgi pracy, jaką nie tylko w XIX, ale także w drugiej połowie XXw. był Szczecin, „największy port nad Bałtykiem”.
Moim zdaniem Pan Profesor ma dużo racji, kiedy wypomina Kantzowowi i innym poglądy pangermańskie. Błędem byłaby jednak zamiana ich na opcję pańsłowiańską – ani Polsce, ani Szczecinowi takie poglądy nigdy nie służyły. Wszak Polska najlepiej się miała, kiedy w Europie nie dominowały ani Niemcy, ani Rosja, ani inna Francja! Szczecin zawsze miał się dobrze, kiedy wokół wrzała zwykła, codzienna praca, dzięki której powstawały produkty dające się kupić i sprzedać tutaj i za granicą, kiedy zaporowe cła i podatki nie czyniły takiej wymiany nieopłacalnymi.
W całej rozciągłości popieram zdanie Pana Profesora, że powinny w naszym mieście znaleźć swoje miejsce nasze, polskie ślady – pomnik marszałka i prezydenta Piłsudskiego „w krzakach” to sytuacja wołająca o pomstę do nieba! Na pewno Szczecin mógłby pokusić się także o wystawienie kilku innych pamiątek Polaków zasłużonych dla miasta i kraju – co zresztą powoli się dzieje. Trzeba jednak pamiętać, że pomniki to także dowód możliwości gospodarczych, zamożności i siły społeczeństwa, które je funduje. Tutaj pragnę zwrócić uwagę na okoliczność, o której Pan Profesor nie wspomniał: Szczecin będzie tak długo Polski, jak długo będziemy mieli wolę i umiejętność budowania naszej własnej tożsamości, jak długo potrafimy budować tutaj swoją własną siłę gospodarczą i kulturalną. Będzie tak, jeżeli w warunkach wolnej konkurencji międzynarodowej potrafimy dorównać najsprawniejszym nacjom ościennym – tym z północy, z zachodu i ze wschodu. Po prostu tak długo, jak długo w naszych pomnikach będziemy czcić nie siłę miecza, lecz siłę pracy, którą sobą przedstawia Sedina – kobieta z żaglem na ramieniu.

Podsumowując: moim zdaniem Sedina nie jest pomnikiem niemieckim, lecz bardzo, bardzo pomorskim i szczecińskim – i dlatego warto przywrócić tę fontannę w postaci sprzed drugiej wojny światowej. Choćby tylko dlatego, żeby nikt nie śmiał odważyć się na twierdzenie, że my, obecni szczecinianie, nie znamy i nie rozumiemy historii naszego miasta i ziemi, której to miasto jest „civitas magna”!

Wojciech Banaszak