Opublikowane przez Busol w Miejsca.

W naszym mieście istnieje nie tylko Cmentarz Centralny – jest wiele starych, właściwie już nieużywanych cmentarzy. Po niektórych pozostały już tylko parki, a nawet mniej, bo jedynie zapisy w starych dokumentach i na starych planach. Czasami przyjdzie komuś do głowy, aby ocalić od ostatecznego zniszczenia stare płyty nagrobne, jak choćby zrobi się to w okolicach Katedry. Bywa, że zapaleńcy, tacy jak ZGR-owcy, uporządkują i uratują stary cmentarz, jak to zrobili w Sławocieszu. Dobrze, że nie są jedynymi, którzy chcą podjąć się takich trudnych i nie zawsze popieranych przez otoczenie zadań.
W okolicy ulicy Wiśniowej na Osowie można znaleźć mały lasek porośnięty starodrzewem, w którym proboszcz i parafianie spróbowali ocalić od przedwczesnego zniszczenia to, co pozostało ze starych pochówków. Nie wiem, czy parafianie z Osowa byli pierwsi i mam nadzieję, że już nie są jedynymi, którzy w taki sposób potraktowali te sprawy. Na pewno jednak warto o nich przypomnieć i przedstawić wyniki ich pracy.

Nawet nie wiem, po kim powtarzam to piękne zdanie: „Tyle nas, ile pamięci”. Do tej sentencji należało by też dodać, że: „Szacunek jest znakiem kultury”. Te dwie prawdy przychodzą mi do głowy wtedy, kiedy przechodzę obok miejsc, w których przodkowie zaznaczyli swoją obecność poprzez utrwalenie swoich imion i nazwisk lub nawet podobizn albo symboli swoich zajęć, zawodów, fascynacji… Zawsze tak jest, kiedy znajdę się na cmentarzach, szczególnie tych starych, które odwiedza coraz mniejsza ilość krewnych, które coraz bardziej wchłaniane są przez przyrodę. Nie przeszkadza mi, kiedy nagrobki i krzyże zasypywane są przez liście drzew czuwających nad nimi, kiedy otulane są przez bluszcze, krzewy lub choćby trawy. Oburza mnie jednak, jeśli na tych znakach zamierającej ludzkiej pamięci widać ślady działalności wandali.
W powojennym Szczecinie panowały warunki szczególnie sprzyjające praktykom różnych „prywatnych” i „instytucjonalnych” łupieżców i zwyczajnych chuliganów, a nawet hien cmentarnych. Zaręczam jednak, że bywali też zupełnie inni szczecinianie. Jestem tego pewny, bo wspólnie z kolegami i koleżankami z klasy, pod przewodnictwem mojej szkolnej wychowawczyni, wspaniałej nauczycielki i harcerki, „Kasi” Lewandowkiej-Michalskiej, brałem udział w porządkowaniu ówcześnie (było to pod koniec lat 60/70) okropnie zaniedbanych, niemal całkiem zapomnianych, grobów pierwszych osadników szczecińskich, które kryły się wśród drzew i krzaków porastających wtedy zachodni kraniec Cmentarza Centralnego. Wierzę, że takich wychowawców i młodzieży było więcej.
Wtedy oczywiste dla nas było, że należy opiekować się i stawiać świeczki „swoim” – któż jednak miał taki stosunek do tych miejsc pamięci, na których napisy wykonano w języku niemieckim? Musiało upłynąć wiele wody w Odrze, aby czas zaleczył rany pamięci i przywrócił naturalny szacunek do WSZYSTKICH grobów.
Nie wiem, czy parafianie z Osowa byli pierwsi i mam nadzieję, że nie są jedynymi, którzy w taki sposób potraktowali te sprawy. Na pewno jednak warto o nich przypomnieć i przedstawić wyniki ich pracy.

Mały, ale malowniczy kościół parafii Matki Bożej Bolesnej przy ulicy Miodowej na Osowie dzieli od starego cmentarza dość duża odległość i przez wiele lat, które upłynęły od 1945 roku ta odległość zdawała się powiększać niemal do astronomicznych rozmiarów, a w efekcie coraz mniej ludzi wiedziało, że ten cmentarz kiedykolwiek istniał.
Ksiądz Piotr Superlak wychował się w szczecińskim Seminarium Duchownym i po objęciu parafii zapragnął zająć tutejszych chłopaków choćby grą w piłkę nożną. Osowskie boisko położone jest dość daleko od kościółka i plebani: od kościoła należy Miodową pójść w prawo, potem skręcić w lewo, ulicą Wiśniową w dół i znów w prawo ulicą Kwiatów Polskich. Teraz trzeba uważać, bo zaraz po lewej znów jest ulica Wiśniowa, a przy niej (ale to kilkaset metrów dalej) – piaszczyste boisko do piłki nożnej, a w końcu za nim niewielki pagórek porośnięty starymi drzewami liściastymi. I właśnie wśród tych drzew przetrwały pozostałości cmentarza, o których chłopcy z Osowa opowiedzieli swojemu księdzu.
Na początku nie wszystkim spodobał się pomysł proboszcza, aby uporządkować „poniemieckie groby”. Jednak udało mu się przekonać przynajmniej niektórych i wspólnymi siłami spróbowali uratować to, co dotrwało do „ich czasu”. Nie jest tego wiele, ale teraz ocalałe groby zebrane z całego cmentarza prezentują się należycie i stanowią godne sąsiedztwo dla towarzyszącego im grobu Polaka, który został tu pochowany w 1946 roku. Na zakończenie należy stwierdzić, że mieszkańcy Osowa docenili pomysł i pracę swoich dzieciaków i przewodzącego im proboszcza – od lat właśnie w tym miejscu zbierają się na listopadowe wypominki.


Fot. 1. Osowskie lapidarium – widok ogólny.


Fot. 2. Albert Lockstadt (1850-1926) i Martha Lockstadt (1871-1926)


Fot. 3. Elisabeth Maskow/Muller (1872-1922)


Fot.4. Berta Kultermann/Keim (1871-?) i Albert Kultermann (1876?-1936)


Fot. 5. Jan Gienieczko (1905-1946)

Wojciech Banaszak

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez autora artykułu w sierpniu 2004r.