Opublikowane przez Busol w Historia.

Jak i gdzie pito alkohol i czy bardzo się w Szczecinie upijano?

W niemieckim Szczecinie lokalów gastronomicznych było bez liku. Dzieliły się oczywiście na te bardziej i mniej znamienite, oraz takie, które dziś określa się (najdelikatniej mówiąc) mianem podejrzanej knajpy.

Burgund i grog

Te najbardziej luksusowe miejsca rozrywki były niezwykle drogimi restauracjami, z bogatą historią i menu. Dobrym przykładem jest na przykład Hotel „Preussenhof” przy ulicy Staromłyńskiej (po wojnie siedziba Miastoprojektu). Hotel i istniejąca przy niej restauracja mogła pochwalić się zabawianiem takich osobistości jak cesarz Austrii Franciszek I, następca tronu Włoch, król Albert z Saksonii.

Na drugim biegunie były takie lokale jak „Pod Trzema Kotwicami” zlokalizowany w jednej z kamienic na Starym Mieście, niedaleko rzeki. Przesiadywali tu przede wszystkim marynarze upijający się burgundem czy też grogiem. Nierzadko doprowadzało to do bójek pomiędzy „wilkami morskimi”. Na codzień właśnie tu można było podsłuchać co ciekawsze opowieści z rejsów do dalekich, egzotycznych krajów.

W sumie jednak „Pod Trzema Kotwicami” trzymało na tyle wysoki poziom, że szybko stała się miejscem w Szczecinie kultowym. Ponoć nie wypadało tu nie wpaść na kielicha odwiedzając miasto.

Specyficznym miejscem był też lokal pod nazwą „Jenny” mieszczący się początkowo przy ulicy Mariackiej. Było to miejsce, gdzie na „popijawy” schodzili się przede wszystkim młodzi szczecinianie. Później „Jenny” została przeniesiona na obecną ulicę Wyszyńskiego. I tu ciekawostka. Lokal składał się z dwóch części. Jedna dostępna była dla wszystkich klientów, druga sala przeznaczona została jedynie dla stałych, starannie dobranych klientów.

Komiks uświadamia

Niestety nie brakowało też lokali, które były po prostu podłe i strach było do nich normalnemu człowiekowi wejść. Takie przybytki istniały przede wszystkim w dzielnicach robotniczych, które chociażby z racji istnienia wielkiej stoczni, nie były wcale małe. Spora część z nich była w skandalicznym stanie sanitarnym. Były też takie miejsca, które składały się tylko z jednego pomieszczenia. Do wieczora upijano się w nim, w nocy i ciągu dnia właściciel normalnie w pokoju mieszkał. I to nierzadko wraz z rodziną.

Właśnie ciężka praca i łatwy dostęp do alkoholu powodowały, że na przełomie XIX i XX wieku można już było mówić w Szczecinie o pladze alkoholizmu. Nic więc dziwnego, że starano się ten nałóg jakoś ograniczyć. Przede wszystkim poprzez akcję propagandowo-uświadamiającą.

Wyglądało to tak, że do dużego pomieszczenia, na przykład gdzieś w fabryce, spędzano robotników. Mówca wygłaszał mrożący krew w żyłach wykład uświadamiający szkody spowodowane piciem alkoholu. Wszystko to ilustrowane było plakatem, jakby pierwowzorem komiksu, publikowanym zresztą także w ówczesnych gazetach. Na pierwszym obrazku widzimy typowego przedstawiciela klasy robotniczej, opierającego się o bar w jakiejś podejrzanie wyglądającej knajpie. W ręku kieliszek, obok kobieta, raczej swobodnych obyczajów. Do tego podpis „Sobota w knajpie”. Na drugim obrazku podpisanym „Domowy tyran” ten sam robotnik zataczając się, awanturuje się z kobietą (z pewnością chodzi tu o żonę). Trzeci obrazek tłumaczy zaś jak to wszystko się kończy. „W końcu bezdomny” – ostrzega autor komiksu przedstawiając naszego bohatera, jak pijany tuła się po jakiejś mrocznej ulicy.

Czy przynosiło to jakieś skutki trudno powiedzieć. Chyba jednak nie do końca skoro pojawiły się anegdotyczne informacje, że po jednym z takich wykładów słuchacze-robotnicy oświadczyli stanowczo, że nie będą pić alkoholu lecz pozostaną przy swojej wódce.

Do dziś nie zachowało się zbyt wiele pamiątek po przedwojennych lokalach. „Haus Ponath” czyli powojenna „Kaskada” spłonęła na początku lat 80. Na Starówce gastronomiczne tradycje kontynuowane są w podziemiach ratusza. Wystrój jednak nie ocalał. Jedyną restauracją, która zachowała przedwojenny wystrój i klimat jest dawna „Bajka” przy alei Niepodległości.

Andrzej Kraśnicki jr