Opublikowane przez Busol w Historia.

Opisy przedwojennego Starego Miasta, po którym w 1945 roku zostały tylko ruiny są zwykle pełne zachwytów. Faktycznie, gdyby nie zmasowane bombardowania miasta w czasie drugiej wojny światowej mielibyśmy dziś nad Odrą serce Szczecina i piękną atrakcję turystyczną. Stare Miasto miało jednak i swoje ciemne strony, których opisów próżno szukać w oficjalnych dziejach miasta.

Owe „ciemne strony” to, nazwijmy to wprost, domy publiczne i bardzo podejrzane knajpy, upchane w ciasnych zaułkach starówki. Takich miejsc ponoć nie brakowało, co zresztą w portowym mieście było najzupełniej naturalne. O istnieniu takich lokali mówiło się zresztą przed wojną całkiem oficjalnie, co rusz zmieniając przepisy odnośnie postępowania z ich właścicielami.

Do lat 30. XIX wieku domy publiczne na starym mieście istniały legalnie. Były to najczęściej lokale połączone z funkcjonującymi na parterach kamienic lokalami rozrywkowymi, gdzie przesiadywały panie lekkich obyczajów. Później ich działalność została uznana za nielegalną. Oczywiście miejsca schadzek wciąż istniały, tyle że bardziej zakamuflowane. W drugiej połowie XIX wieku władze miasta zaczęły zastanawiać się nad tym, czy jednak ów zakaz jest zasadny. Zwolennicy domów publicznych tłumaczyli, że w tak dużym mieście, gdzie stacjonuje liczny garnizon, gości wielu marynarzy i sezonowych robotników domy publiczne są wręcz niezbędne i istnieć i tak będą. Lepiej więc niech działają legalnie, co pozwoli na lepszy ich nadzór przez policję. Profesor Lucyna Turek-Kwiatkowska, w swojej książce „Życie codzienne w Szczecinie w latach 1800-1939” pisze, że argumentowano to także tym, że zakaz działalności takich przybytków „wcale moralności nie podniesie”. Skutkiem zakazu była jedynie potajemna prostytucja świadczona przez młode córki robotników, które zarabiały w ten sposób na utrzymanie rodziny. Wskazywała na to ponoć duża liczba nieślubnych dzieci w rodzinach robotniczych.

Przepisy w końcu złagodzono. Zmieniano je jeszcze kilkakrotnie, by w latach 30 XX wieku oficjalnej rozpusty zakazać. Oczywiście najsurowsze nawet kary prostytucji nie ograniczyły.

Ciekawostką jest określenie jakie ukuto w Szczecinie dla pań trudniących się najstarszym zawodem świata. Nazywano je „summende Bienen”, czyli „brzęczące pszczoły”, ponoć dlatego, że w portowych tawernach pracowały bardzo pilnie – jak pszczółki.

O tym, gdzie dokładnie domy publiczne na starówce się znajdowały wiemy niewiele. Na ich ślad można wpaść przeglądając zachowane w archiwum państwowym akta policji budowlanej. Właśnie tam (dziś nazwalibyśmy ją inspekcją nadzoru budowlanego) spływały najprzeróżniejsze donosy na właścicieli kamienic na Starówce. Jeden z nich napisany w 1930 roku, dotyczył kamienicy, która stała przy Nowym Rynku, tuż obok Starego Ratusza. Jej mieszkańcy skarżyli się, że lokal na parterze (udający restaurację) „wynajmowany jest w celach nieobyczajnych”. Donosili też uprzejmie, że kiedy późno wracają do domu nagabywani są w sposób „najbardziej bezwstydny i ordynarny” przez „Weibstucke zweiter Klasse”, co można przetłumaczyć jako „babska drugiej kategorii”. Skarga przyniosła skutek, bo lokal na parterze zmienił właściciela.

W czasie ostatniej wojny owa kamienica została zniszczona, a jej ruiny rozebrane. Kilka lat temu na jej fundamentach powstał zupełnie nowy budynek. I jak na razie zarówno w nim, jak i w innych odbudowanych kamienicach na Starym Mieście, dawnych klimatów typowych dla portowego miasta nie widać.

Andrzej Kraśnicki jr