Opublikowane przez Busol w Architektura i Urbanistyka.

Dzieci we wnęce
Czy postawienie w latach 60. szarych, jednakowych bloków na gruzach Starego Miasta można uznać za wyjątkowo paskudne oszpecenie tej części miasta? Z pewnością tak, ale mogło być jeszcze gorzej.
Przez pierwsze powojenne lata Stare Miasto tonęło w gruzach. Ze względów technicznych nie było szans na jego szybką odbudowę. Szybko zresztą pojawiły się pomysły polskich władz miasta, które zupełnie nie liczyły się z historycznym układem ulic i zabudowy tej najstarszej części Szczecina.

Szczecin się ustrzegł

Kiedy pod koniec lat 50. obszar Starego Miasta był uprzątnięty z gruzu i pojawiła się możliwość jego odbudowy czasy sprzyjające w miarę wiernego odtworzenia tego co było minęły. Podniesiono z ruin starówkę w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu. Szczecin posłużył jedynie jako olbrzymi rezerwuar cegły. Co ciekawe ówcześni architekci wręcz się z tego opóźnienia i jego skutków cieszyli. Oto co można było przeczytać w piśmie „Architektura” z roku 1961: (…) ustrzegł się Szczecin eklektycznej zabudowy „średniowiecznej” w obrębie swego Starego Miasta. Zbyt długo trzeba było czekać na decyzję o zabudowie staromiejskiej, że było dość czasu na kolejne opracowanie szeregu wariantów, z których ostatni, obecnie realizowany, stanowi wprowadzenie nowej, barwnej i funkcjonalnej architektury do starego wnętrza. Szczecin miał mało zabytków, a i te stopniowo odbudowywane nie zostały otoczone „nowymi” zabytkami; dlatego też Stare Miasto Szczecina różni się dziś zdecydowanie od Starego Miasta Gdańska, Poznania i Wrocławia. I to stanowi jego wartość i urok.
Postąpiono więc z obszarem Starego Miasta w sposób, który w tym samym numerze „Architektury” został uznany za „postępowy”, „najwłaściwszy dla rozwoju nowoczesnej architektury i urbanistyki”. Powstało kilkanaście brzydkich budynków, które do starej zabudowy nawiązują jedynie spadzistymi dachami. Co jednak ciekawe to co powstało zostało naprawdę przez ówczesnych specjalistów docenione. Projekt, pod którym podpisali się: Wacław Furmańczyk, Leonard Kotowski, Władysław Michałowski i Henryk Okrój otrzymał nagrodę Komitetu Budownictwa, Urbanistyki i Architektury II stopnia.

Wieżowce na starówce

Przechadzając się dziś między placem Orła Białego, a ulicą Panieńską gdzie zrealizowano wizję czterech nagrodzonych architektów zastanawia jedno: dlaczego coś co z nazwy miało być Starym Miastem jest tak naprawdę osiedlem-sypialnią, gdzie pomieszczenia na sklepy, punkty usługowe itp. można policzyć na palcach jednej ręki. Odpowiedź leży w zakurzonych planach pseudo odbudowy starówki. Okazuje się bowiem, że to co widzimy obecnie w tej części miasta to tylko fragment większej wizji architektów, która nie została zrealizowana.
Teren, którego zabudowa miał dopełnić plan „obudowy” Starego Miasta, rozciągał się między ówczesną ulicą Wielką (dziś Wyszyńskiego), a Ratuszem Staromiejskim. To tu skupione miały być owe punkty usługowe, poszukiwane przez turystów restauracje i bary. Słuszny pomysł opakowano jednak w wyjątkową beznadziejną formę. To nie żart, ani nie wizja: na pustym wówczas placu chciano postawić 4 wysokie na jedenaście pięter wieżowce. Otaczać je będzie „niska zabudowa usługowa, w której znajdować się będą sklepy, warsztaty rzemieślnicze, restauracje, bary itp.” – czytamy w cytowanej już „Architekturze”. Miało to być „jedno z ważniejszych centrów usługowych śródmieścia.
Wszystko to planowano wybudować do 1966 roku. Wizja projektantów brzmiała bardzo obiecująco: „Kolorowe elewacje domów, czerwień dachów, a wśród nich dominujące, pieczołowicie zrekonstruowane zabytkowe budowle będą tworzyć piękny, współcześnie zabudowany fragment od strony Odry”.

Do wyburzenia!

Te plany na szczęście, w dużej mierze z powodów finansowych, nie zostały zrealizowane. Dzięki temu możemy dziś chociaż częściowo odtworzyć klimat prawdziwego Starego Miasta. Pozostaje mieć też nadzieję, że to co 40 lat temu powstało, nie postoi zbyt długo (bo jeszcze zostanie uznane tak jak kino „Kosmos” za zabytek) i w końcu kiedyś zniknie z powierzchni ziemi ustępując bardziej staromiejskiej zabudowie. Warto może jedynie zostawić jeden budynek jako swego rodzaju skansen, bo wczytując się w opisy mieszkań jakie znajdują się w szarych blokach trudno uwierzyć jak coś takiego można było zaprojektować. Łazienka oddzielona od kuchni kotarą to nie jedyny pomysł typowy dla tamtych czasów, który do dziś jest zmorą mieszkańców. Jak bowiem można przeczytać w „Architekturze”, fachowym bądź co bądź piśmie wydanym w 1961 roku: „ciekawym (!!!! – akr) rozwiązaniem jest wygospodarowanie wnęki sypialnej dla dzieci, oddzielonej kotarą od pokoju sypialnego rodziców”.
Czy ktoś kto wpadł na taki pomysł także trzymał swoje dzieci w takiej wnęce niestety nie wiemy.

Andrzej Kraśnicki jr