Opublikowane przez Busol w Publicystyka.

W CENTRUM CZY NA PERYFERIACH KONTYNENTU?
Miasto w poszukiwaniu nowej tożsamości

Bardzo ciekawy artykuł Krzysztofa Niewrzędy podajemy za internetowymi stronami Polsko – Niemieckiego magazynu Dialog

Jako mieszkający w Berlinie szczecinianin w pełni korzystam z bliskości obu miast. Łącząca Berlin ze Szczecinem autostrada w większości została już odremontowana. Krótka podróż jest zatem przyjemnością. Tym większą, im pora roku bardziej sprzyja podziwianiu panoramy nieba rozciągającej się nad pejzażami Brandenburgii i Meklemburgii. Nie można nawet poczuć odległości dzielącej oba miasta. W sprzyjających warunkach, z centrum Berlina do centrum Szczecina można dotrzeć w półtorej godziny. Doliczyć tylko trzeba kilka lub kilkanaście minut oczekiwania na granicy. Ale właśnie te kilkanaście minut może być powodem zniecierpliwienia. Odnosi się bowiem wrażenie, że oczekiwanie na granicy trwa dłużej niż jazda samochodem. Szczególnie, gdy ze wszystkich przejść znajdujących się w Kołbaskowie otwarte jest tylko jedno i nawet wzrastająca przed nim kolejka samochodów nie motywuje pograniczników do uruchomienia przejść dodatkowych. Ulgę sprawia więc kontrola dokumentów. Tym bardziej, że służy raczej wypowiedzeniu: „Guten Tag” i „Danke” oraz „Dzień dobry” i „Dziękuję”, niż czemukolwiek innemu. Poza tym jest dowodem na to, iż już za chwilę można będzie powitać Szczecin. Jeszcze tylko przejazd skrótem przez ulicę Cukrową i telepanie się po wertepach obok dworca na Gumieńcach.

Dworzec ten mógłby właściwie odgrywać rolę symbolu zjednoczonej Europy. To tutaj, już w 1945 roku, zrodziła się prawdziwa współpraca narodów. Niestety, nie przyświecały jej szlachetne cele. Jak na tamte czasy była jednak inicjatywą wręcz rewolucyjną. Rosjanie, Polacy, Ukraińcy i Niemcy. A właściwie – rosyjscy, polscy, ukraińscy i niemieccy dezerterzy, którzy wspólnie napadali na pociągi przywożące polskich osadników i wywożące niemieckich wypędzonych. To współdziałanie skończyło się dopiero pod koniec września 1945, kiedy do rozpędzenia band grasujących wokół dworca na Gumieńcach, sprowadzono dwa bataliony polskiego KBW i jeden batalion radzieckiego NKWD z Berlina. A więc znowu Berlin.
Powinowactwo obu miast nie kończy się na wspomnieniach. Wystarczy – po przejechaniu przez ulicę Cukrową i Mieszka I – znaleźć się w alei Piastów. Trudno wtedy nie pokusić się o porównania z zabudową i urbanistycznymi rozwiązaniami na Prenzlauer Berg i w Pankow. A w Szczecinie miało być jeszcze bardziej berlińsko. Miało być monumentalnie i gigantycznie, niczym przy Unter den Linden czy Großer Stern. W latach trzydziestych niemieccy architekci planowali modernizację szczecińskiej infrastruktury na potrzeby miasta liczącego milion mieszkańców – po to, by stworzyć potężny ośrodek administracyjny Trzeciej Rzeszy.
Centrum Szczecina planowano rozciągnąć wzdłuż szerokiej alei, która łączyłaby się z autostradą prowadzącą do Berlina i przecinając miasto, kończyłaby się szerokim zielonym tarasem łagodnie schodzącym ku Odrze. Przy tej właśnie alei chciano wybudować szereg potężnych gmachów, zaprojektowanych zgodnie z narodowosocjalistycznym charakterem. Wiązało się to oczywiście ze zmianą lokalizacji dworca kolejowego i koniecznością wyburzenia wielu istniejących budynków. W zamian za to powstałyby jednak inne – ważne dla miasta obiekty. Między innymi: wielki stadion na kilkadziesiąt tysięcy osób, ogród zoologiczny oraz hala widowiskowo-sportowa, której wyraźny brak odczuwa się zresztą do dzisiaj. Planowano także budowę kilku wysokościowców. Wszystko na miarę – panującej w niemieckiej architekturze tamtych czasów – gigantomanii. Dzięki niej jednakże Szczecin, a właściwie Stettin, miał nie tylko umocnić pozycję stolicy prowincji. Miał stać się przede wszystkim ośrodkiem wielkomiejskim takim jak Hamburg czy Monachium. Opracowując odpowiadające tym zamiarom plany urbanistyczne, w 1939 roku przyłączono już nawet do miasta sąsiadujące z nim gminy. Wojna udaremniła realizację tych projektów.

Filiacje Berlina i Szczecina
Dzisiaj pokrewieństwo Szczecina z Berlinem daje się zauważyć przede wszystkim przy porównywaniu szerokich alej – obsadzonych drzewami – środkiem których jeżdżą tramwaje; kwartałów XIX-wiecznych kamienic i pochodzących z tego samego okresu willi oraz wybudowanych w latach 20. i 30. poprzedniego stulecia domów jednorodzinnych, a także kilkupiętrowych budynków hołdujących założeniom funkcjonalizmu. Te z ulicy Janickiego lub z Pięknej wyglądają prawie tak samo, jak te na Pankow – z szeregami wejść na klatki schodowe, z galeriami balkonów, z których wchodzi się do poszczególnych mieszkań, albo i bez tych galerii. Poza tym wiele obiektów wybudowanych w pierwszej połowie XX wieku, w których w Szczecinie mieszczą się obecnie urzędy, szpitale i szkoły, do złudzenia przypomina te, które w tym samym czasie wybudowano w Berlinie. Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego. Bo jeśli nawet budowle te nie były w Berlinie i Szczecinie projektowane przez tych samych architektów (choć często były), to projektowano je zgodnie z założeniami niemieckiego modernizmu.
Wspólne dla stolicy Niemiec i stolicy Pomorza Zachodniego są również gwiaździste place. Choć zdecydowanie bardziej Szczecin z nich słynie. Centralnym wśród nich jest plac Grunwaldzki, którego nazwa wzięła się od daty jednego z pierwszych powojennych wieców. Odbywał się on bowiem w rocznicę grunwaldzkiej bitwy. Tak właśnie rodziły się w Szczecinie polskie tradycje. Generalnie jednak, po prostu nadawano polskie nazwy niemieckim miejscom bez szczególnego uzasadniania. Choćby parkom. Są więc Jasne Błonia, park Kasprowicza i Kownasa – ciągnące się kilometrami w jednym pasie zieleni – oraz park Brodowski i park Żeromskiego. Są po polsku nazwane skwery – z drzewami rzucającymi miękkie cienie w nocnym świetle sodowych lamp i pachnącymi magnoliami, a także ulice obstawione rzędami klonów, kasztanowców i akacji lub szpalerami platanów – mieniących się różnorodnymi kolorami w zależności od pory roku.
Szczególną atmosferę Szczecina tworzą jednakże ciągi secesyjnych kamienic – w centrum miasta – z ażurowymi balkonami i fasadami udekorowanymi bogatą ornamentacją. Wystające elementy attyk, gzymsów, okien, portali, kolumn i pilastrów oraz medaliony, festony, girlandy, reliefy i kartusze nadają im bajkowego wyrazu. I tym odrestaurowanym, i tym, które nie zostały jeszcze odnowione. W każdym z wariantów, nawet przy odpadającym miejscami tynku, wydają się nadzwyczaj malownicze. Można wpatrywać się w nie podziwiając poszczególne elementy. Choć najczęściej przechodzi się obok nich obojętnie. Szczególnie, gdy jest się szczecinianinem. Wielu przyjezdnych zwraca jednak na te szczegóły uwagę. Dla nich atrakcją jest również zabudowa wokół placu Orła Białego, który od początku XIV wieku był najważniejszym punktem Nowego Miasta. Wznoszą się tu barokowe pałace: Pałac pod Globusem, Pałac Joński, którego nazwa pochodzi od elementów zdobniczych w kształcie głowic jońskich oraz Pałac Velthusena. W centrum placu, na tle pochylonych wierzb, znajduje się wykonana z piaskowca barokowa fontanna, którą wieńczy zrywający się do lotu orzeł. Fontanna ta była swego czasu częścią pierwszego szczecińskiego wodociągu. Sąsiaduje z nią, wykonany w tym samym okresie, posąg Flory – mitologicznej bogini wiosny i roślinności – stojący w podcieniu drzewa.
Równie ważnym fragmentem miasta jest z pewnością Zamek Książąt Pomorskich i przylegające do niego renesansowe kamienice. Wraz z usytuowanym w pobliżu wzgórza zamkowego ratuszem tworzą one jedyny w Szczecinie staromiejski zaułek. Zamek zaś jest również tym elementem szczecińskiej historii, który pozwala na odwoływanie się do tradycji słowiańskich. Powstał bowiem na miejscu dawnego słowiańskiego grodziska, a i książęta, którzy przyczynili się do jego budowy i rozbudowy byli Słowianami. Począwszy od Barnimów poprzez Bogusława X, który poślubił Annę Jagiellonkę. Paradoksem jest więc, że Barnimstraße przedwojennego Stettina, w Szczecinie zamieniono na aleję Piastów. No, ale ci, którzy po wojnie nadawali nowe nazwy ulicom, z pewnością nie wiedzieli kim byli Barnimowie.
Można by wymienić jeszcze wiele nazw – zatrzymać się choćby na chwilę przy barokowej Bramie Królewskiej, czy też przy zbudowanej w tym samym czasie Bramie Berlińskiej, czyli Portowej, albo podziwiać, lub tylko zwrócić uwagę, na nowoczesny kompleks biurowo-handlowy PAZIM. Można by również próbować znaleźć inne podobieństwa Szczecina z Berlinem.
Szczecin posiada wiele zalet, nie może jednak brać udziału w rywalizacji z innymi miastami bez specjalnego wyposażenia. I nie idzie tu o rywalizację na polu gospodarczym. Bo, mimo iż ostatnio także w tej materii Szczecinowi nie wiedzie się najlepiej, jego sytuacja nie różni się w jakiś szczególny sposób od sytuacji całego kraju. Poza tym, prognozy dla stolicy Pomorza Zachodniego są raczej optymistyczne. Walter Wüllenweber w artykule opublikowanym na łamach środkowoeuropejskiego kwartalnika „Kafka” pisze wręcz: „Tuż za granicą Unii Europejskiej położone jest pulsujące życiem centrum gospodarcze, jedyne wielkie miasto między Gdańskiem a Hamburgiem, liczące 420 000 mieszkańców. To mniej więcej tyle co Rostock plus Schwerin plus Neubrandenburg plus Straslund, cztery największe miasta Meklenburgii-Pomorza Przedniego razem wzięte. Mieszkańcy miasta są młodzi i dobrze wykształceni. Szkoły wyższe mają więcej niż 50 000 studentów, czyli ponad dwukrotnie więcej niż cała Meklenburgia-Pomorze Przednie. Szczecin ma wszystko, czego potrzebują inwestorzy. I Szczecin posiada to, o czym tylko marzą Niemcy po drugiej stronie granicy: przyszłość”. Można oczywiście ulec wrażeniu, że opinie Waltera Wüllenwebera opierają się bardziej na tym, co miało miejsce, a nie na stanie obecnym. Z punktu widzenia Polski w zjednoczonej Europie, o wiele ważniejszym problemem jest więc to, że Szczecin nie posiada zaplecza kulturalnego na miarę półmilionowej aglomeracji.

Życie na walizkach
Od początku swojej powojennej historii Szczecin był traktowany jak miasto wydzierżawione. Przez całe dziesięciolecia nie pieszczono się z nim i nie wprowadzano w jego przestrzeń elementów ułatwiających zakorzenienie. Jeszcze w trzydzieści lat po wojnie pozostawały nie odbudowane tak ważne dla miasta obiekty, jak Zamek Książąt Pomorskich, Bazylika św. Jakuba Apostoła i Ratusz Staromiejski. Rozpoczęta zaś w tym czasie budowa reprezentacyjnego hotelu „Neptun”, trwała kilkanaście lat. Na domiar złego, bardzo atrakcyjne pod względem architektonicznym i doskonale nadające się do renowacji budynki filharmonii i teatru miejskiego po prostu rozebrano. Odnosiło się więc wrażenie, iż Szczecinowi świadomie narzucano małomiasteczkowy charakter. Do lat 80. ubiegłego wieku odmawiano mu nawet uniwersyteckiego nauczania. Dlatego, mimo zaangażowania poszczególnych osób, próby stworzenia w tym mieście ośrodków działalności artystycznej czy kulturalnej kończyły się zazwyczaj niepowodzeniem. I nie mogła tego zmienić przymusowa obecność nad Odrą kilku uznanych polskich pisarzy. „Jakby na ironię losu i dość bezmyślnie, opowiadano o wielkich zesłanych tu jak do GUŁagu – Gałczyński, Andrzejewski, Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze, ci wszyscy, którzy mieli Szczecin nobilitować, a którzy wiali stąd, aż gięły się przydrożne topole” – pisał w swoim eseju „Znikąd – czyli Miasto Urojone” mieszkający w Szczecinie prozaik – Dariusz Bitner. „Jakby na ironię…” – wypada raz jeszcze za nim powtórzyć – bo tak naprawdę zsyłki te konstytuowały prowincjonalny charakter miasta. Poza tym, to właśnie ci wielcy, z Jerzym Andrzejewskim na czele, zafundowali Szczecinowi IV Zjazd Literatów. Paradoksalnie, zjazd nie obciążył hańbą pisarzy – zwolenników socrealizmu – tylko właśnie miasto. A to jeszcze bardziej skomplikowało jego sytuację.
Godne podziwu jest zatem, że szczecinianom udawało się powołać do życia cokolwiek. Przy braku uniwersytetu i uczelni artystycznych oraz braku jakiejkolwiek polityki społeczno-kulturalnej państwa wobec Szczecina (a co za tym idzie – przy braku pomocy finansowej), nie było to łatwe. Aż niewiarygodne wydaje się, że w takich warunkach niektóre z inicjatyw przetrwały do dzisiaj. Choćby Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego czy Ogólnopolski Przegląd Teatrów Małych Form. Imprezy te mają już bowiem kilkudziesięcioletnią tradycję. Podobnym fenomenem jest również jedna z największych i najlepiej wyposażonych w Polsce bibliotek – prowadząca do tego działalność wydawniczą – Książnica Pomorska. Ale ogromna większość placówek kulturalnych, instytucji i wydawnictw miała charakter efemeryczny, ponieważ nie wspomagano ich działalności. A przecież poprzedni system nie pozwalał na inne formy egzystencji. Albo otrzymywało się pieniądze z głównego rozdzielnika, albo ogłaszano upadłość.
Sytuacja uległa pewnej zmianie dopiero w ostatnim dziesięcioleciu. Odczuwalna stała się obecność Uniwersytetu Szczecińskiego, który po okresie organizowania się zaczął odgrywać coraz ważniejszą rolę. Dowodem tego mogą być doktoraty honoris causa, które z rąk tej uczelni przyjęły tak wybitne osobowości, jak profesor Leszek Kołakowski, Jerzy Giedroyc czy Hans-Dietrich Genscher, a także to, iż kierownictwo Zakładu Astronomii i Astrofizyki przyjął jeden z najwybitniejszych żyjących astronomów, światowej sławy profesor Uniwersytetu w Pensylwanii – Aleksander Wolszczan. Pracownicy naukowi tej uczelni powołali również do życia „Pogranicza”, które są pierwszym w Szczecinie prawdziwym pismem kulturalno-literackim. W nowych realiach ustrojowych mogły ponadto powstać samofinansujące się wydawnictwa, galerie, kluby, a nawet teatry, które, co prawda, nie mogą być konkurencją dla kilkakrotnie nagradzanej w Edynburgu szczecińskiej Kany lub szczecińskiego Teatru Współczesnego prowadzonego przez Annę Agustynowicz, z pewnością jednak wzbogacają kulturalny krajobraz miasta. Ale instytucje zmuszone do zarabiania na własne utrzymanie lub tracące potencjał przy poszukiwaniu sponsorów z pewnością nie nadrobią zaległości, wynikających z wieloletnich zaniedbań władz centralnych i lokalnych. I właśnie dlatego to, co w obecnym systemie sprawdza się w takich miastach jak Poznań, Gdańsk czy Wrocław, nie mówiąc już o Krakowie czy Warszawie, nie może przynieść oczekiwanych efektów w Szczecinie. Wszystkie te miasta przez cały okres minionej epoki były bowiem w jakiś sposób hołubione – na miarę komunizmu – ale jednak. Szczecin natomiast znajdował się zawsze poza obszarem oddziaływania tego rodzaju sympatii.
W mniejszym bądź większym stopniu szczecinianie żyli więc jakby za granicą. I wcale nie jest to stwierdzenie aż tak absurdalne. Przede wszystkim dlatego, iż straszenie polskiego społeczeństwa rewanżyzmem zachodnioniemieckim stanowiło stały punkt programu peerelowskiej propagandy. Nikt nie traktował go poważnie w Warszawie, Krakowie czy Lublinie. W Szczecinie jednak jeszcze w latach 80. minionego stulecia wyczuwało się atmosferę życia na walizkach. Powszechne były przecież opowieści lokatorów przedwojennych kamienic o odwiedzających ich Niemcach, którzy doglądali swoich dawnych własności i zostawiali pieniądze na remonty i inwestycje. Mimo przywiązania do Polski, szczecinianie byli więc właściwie zdziwieni, że ich miasto wciąż jeszcze w Polsce pozostaje. Tym bardziej że władza centralna raz za razem kompromitowała się, podejmując decyzje dotyczące stolicy Pomorza Zachodniego. Po kraju zaczęły nawet krążyć dowcipy określające Szczecin jako zagranicę.
Miasto najbardziej zróżnicowane kulturowo
Robert Traba, w jednym z artykułów opublikowanych na łamach DIALOG-u, napisał, że „jeżeli ktoś spróbowałby ocenić polskość miast polskich na podstawie nazewnictwa ulic, to zdecydowanie pierwsze miejsce zająłby prawdopodobnie Szczecin, gdzie nazwy ulic brzmią szczególnie patriotycznie, chociaż samo miasto przez kilkaset lat z Polską nie miało nic wspólnego”. Aby się o tym przekonać, wystarczy przejechać szlakiem prowadzącym od niemiecko-polskiej granicy do centrum. Zaraz po ulicy Cukrowej, przychodzi Mieszka I, potem aleja Piastów, plac Kościuszki, ulica Bolesława Krzywoustego i tak dalej… Jest to z pewnością dowód na ogromną potrzebę tworzenia substytutu kulturowej ciągłości i powiązań z ojczyzną. Szczecin może być jednak postrzegany jako najbardziej polskie miasto także z innych powodów. Choćby – językowych. Bo rozmawiając z szczecinianinem i wsłuchując się w melodykę jego mowy, trudno stwierdzić coś więcej niż to, że rozmawia się z Polakiem. Jego język wolny jest bowiem od regionalizmów i charakterystycznych dla mieszkańców innych miast naleciałości, zaśpiewów czy inaczej rozkładanych akcentów. Nie ma w nim nic, co mogłoby zdradzić miejsce jego pochodzenia i rozwoju. W dużej mierze spowodowane jest to oczywiście tym, iż Szczecin jest miastem najbardziej zróżnicowanym kulturowo. Jego mieszkańcy wywodzą się przecież ze wszystkich regionów przedwojennej Polski i ze wszystkich jej grup mniejszościowych. W mieście tym nie było nawet jakiejś szczególnie dominującej grupy, tak jak na przykład w Gdańsku, gdzie skupiła się inteligencja wileńska, czy we Wrocławiu, do którego przeniesiono tradycję lwowską.
W Szczecinie nikt nikomu nigdy nie mógł narzucić własnej tradycji bądź spuścizny kulturowej. Jedyną płaszczyzną porozumienia okazał się zatem polski język literacki. Trudno jednak spodziewać się, aby pozbawiony regionalizmów język mógł być elementem integrującym. Co więcej – można przypuszczać, iż utożsamianie się z nim, a przez to nie z regionem, stało się pewnego rodzaju przekleństwem. Łatwo zresztą to sobie wyobrazić, skoro wszystko, co otaczało mieszkańców Szczecina, nie miało nic wspólnego z polską tradycją. Do tego dochodził brak rodzinnych związków z tym miastem, a co za tym idzie pewna anonimowość, wynikająca z wykorzenienia. Bo przecież ludzie, którzy znali ojców i dziadków pierwszych polskich szczecinian, albo pozostali za wschodnią granicą, albo rozproszyli się po całym kraju. „Szczecin był takim Dzikim Zachodem – ziemią obiecaną dla wygnańców ze wschodu, ziemią nadziei dla bezdomnych, porażonych wojną. Wyzwaniem dla tych, którzy szukali siebie i dla tych, którzy szukali łatwych łupów” – napisał w swojej książce „Ulice Szczecina” szczeciński pisarz – Artur Daniel Liskowacki.
Do Szczecina napływali przede wszystkim ludzie szukający wytchnienia po latach wojny i sowieckich prześladowaniach, myślący w głównej mierze o tym, żeby jakoś się urządzić. I w przeciwieństwie do takich miast jak właśnie Wrocław, inteligencja była w zdecydowanej mniejszości. „Z przykrością trzeba stwierdzić, że znaczna większość pasażerów przepełnionych pociągów do Szczecina, stanowią uliczni handlarze i szabrownicy” – zanotował w 1945 roku publicysta Roman Łyczywek. Kto więc miał tworzyć klimat tego miasta i dbać o jego rozwój. Patriotyzm lokalny był dla większości pojęciem obcym. Przyczyniła się do tego również sytuacja geopolityczna. Bo skoro granica między Niemcami i Polską miała przebiegać na Odrze, oznaczało to, iż Szczecin powinien należeć do Niemiec. Radzieckie władze okupacyjne długo nie mogły zresztą zdecydować, komu Szczecin przyznać. W 1945 roku dwukrotnie przechodził on z rąk do rąk. Raz przyłączano go do Polski, za kilka tygodni do Niemiec, a potem znów do Polski. Planowano nawet utworzenie w Szczecinie radzieckiej enklawy na wzór Królewca.
Przez długi czas traktowano Szczecin jak miejsce, z którego trzeba jak najwięcej pozyskać, zdemontować i wywieźć. I wywożono. Począwszy od urządzeń portowych, maszyn, a nawet szyn kolejowych dla Związku Radzieckiego, poprzez cegły na odbudowę Warszawy, aż do drzew, które wyrywano ze szczecińskich parków, by upiększyć stolicę. I szczecinianie uczestniczyli w tych akcjach z wielkim zapałem. Nie Szczecin był bowiem dla nich ważny, tylko ojczyzna, Polska, stolica. W czynie społecznym rozbierali więc budynki we własnym mieście, by przyłączyć się do odbudowy Warszawy. W czynie społecznym wyrywali też szczecińskie drzewa. I byli z tego dumni. Nie oponowali nawet, gdy znikały z ich miasta dzieła sztuki. Przede wszystkim wspaniała kolekcja waz, posągów i rzeźb rzymskich, greckich oraz włoskich – stworzona przez mieszkającą w przedwojennym Stettinie Polkę, Marię Baranowską-Dorhn. Wśród zgromadzonych przez nią eksponatów znajdowała się między innymi kopia posągu Mojżesza – Michała Anioła oraz kopia wykonanego przez Verocchia pomnika Bartolomea Colleoniego, który stał się ostatnio symbolem walki szczecinian o lokalną tożsamość. Bo właśnie działania prowadzące do odzyskania tego pomnika pokazały, iż szczecinianie w coraz większym stopniu identyfikują się ze swoim miastem. Wciąż jednak nie są oni w stanie stworzyć wystarczająco silnego lobby. Dlatego Colleoni mógł wrócić na swoje dawne miejsce dopiero wtedy, gdy mieszkańcy Szczecina zebrali trzysta tysięcy złotych na wykonanie jego kopii dla stolicy. Szczecinianie musieli więc zapłacić, żeby odzyskać swoją własność. A przecież, tak naprawdę, od samego początku w Warszawie nie wiedziano, co z tym Colleonim począć. Chciano go jedynie posiadać. Najpierw przez trzy lata pomnik leżał w piwnicach Muzeum Wojska Polskiego, a potem stanął w ciemnym rogu dziedzińca Akademii Sztuk Pięknych, wtłoczony między ścianę i płot, po to, żeby można było podziwiać jedynie koński zad rumaka, na którym usadowiony jest wenecki bohater i mazać po tym zadzie farbą, co było ulubioną rozrywką studentów.

Świadomość własnej wartości
W latach 80. ubiegłego stulecia Szczecin miał ogromną szansę na to, żeby wyzwolić się ze swojej prowincjonalności i stać się ważnym miastem w Polsce. I częściowo nawet się to udało. Całą dekadę jego mieszkańcy w ogromnej większości byli wręcz dumni ze swojego miasta. Dzięki wysoko rozwiniętej odpowiedzialności za losy tak własne, jak i losy całego społeczeństwa (wynikającej z wciąż silniejszego od patriotyzmu lokalnego przywiązania do Polski jako pewnej idei), zapomnieli o swoim kompleksie niższości. W sierpniu 1980 roku, a także w okresie stanu wojennego udowodnili, że ich postawa powinna być dla innych wzorem w walce ze znienawidzonym systemem. I była. Nie pierwszy raz, zresztą. Bo można zaryzykować stwierdzenie, iż to właśnie mieszkańcy stolicy Pomorza Zachodniego zainicjowali demonstrowanie własnego niezadowolenia w komunistycznej Polsce. Już w 1951 roku w Szczecinie doszło przecież do pierwszych w kraju rozruchów i wystąpień antyradzieckich. I nie obyło się przy tym bez ofiar. A potem miało jeszcze miejsce zajęcie radzieckiego konsulatu w 1956 roku, no i grudzień 1970 roku. Czołgi na ulicach, barykady, poprzewracane tramwaje, podpalone samochody, aresztowania, strzelanie do ludzi, ranni i zabici, i jawna walka z władzą, prowadząca do zniszczenia i spalenia siedziby Komitetu Wojewódzkiego PZPR, co było ewenementem na skalę ogólnopolską.
W dziesięć lat później Szczecin był świadomy własnej wartości. Jego mieszkańcy dobrze wiedzieli, że reżimowa władza musi się z nimi liczyć. A ona liczyła się. Liczyła się z nimi także, a przede wszystkim na nich – opozycja. Tym bardziej, im częściej dochodziło do ulicznych bitew szczecinian z zomowcami, które na stałe wpisały się w krajobraz miasta tamtego okresu. Niestety, z czasem całą legendę Solidarności zawłaszczył Gdańsk. Dużo w tym oczywiście winy szczecińskich władz. Nie pielęgnowały one bowiem pamięci o wydarzeniach, tak istotnych dla powojennej historii miasta. Trudno więc się dziwić, że nikt już nie pamięta, iż bez Szczecina nie byłoby możliwe podpisanie jakichkolwiek sierpniowych porozumień i powstanie Solidarności. Z ważnego dla kondycji miasta okresu nie zostało zatem nic, co pozwalałoby jego mieszkańcom na utożsamianie się z obywatelskim wysiłkiem. Szczecinianie patrzą więc z coraz większą złością na wszelkie zaniechania i błędy zarówno władz centralnych, jak i lokalnych. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały, że zaczyna brakować im cierpliwości. Działania, których dopuścili się stoczniowcy, w obronie interesów pracownic „Odry” dowodzą, że nie mają oni ochoty biernie czekać tylko po to, by po raz kolejny przekonać się, iż nikt nie broni ich interesów.
W przyszłości może się okazać, że dla Szczecina o wiele ważniejszy będzie kontakt z Berlinem, niż ze stolicą Polski. Od kilku lat Berlin i Szczecin tworzą przecież coraz bardziej spójną całość. Nie łączy ich jeszcze, co prawda, linia szybkiej kolei, lecz nie trzeba chyba będzie zbyt długo na nią czekać, gdy Polska stanie się członkiem Unii Europejskiej. Przede wszystkim dlatego, że Niemcy wiążą z tym duże nadzieje.
Siegfried Wack – starosta jednej z przygranicznych gmin niemieckich – w wywiadzie dla „Sterna” powiedział: „Modlę się, by Polska jak najszybciej przystąpiła do Unii. Wtedy Niemcy będą mogli pracować w Szczecinie”. Trudno zatem, żeby nie przygotowano dla nich szybkich połączeń kolejowych za unijne pieniądze. Już teraz oba miasta zlepia nie sprawiająca problemów jazda samochodem. Berlińczycy coraz częściej przyjeżdżają na zakupy do Szczecina, a szczecinianie do Berlina. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Mieszkańcy stref przygranicznych w całej Europie starają się wykorzystywać swoją sytuację. Dlatego Duńczycy jeżdżą do Niemiec po alkohol, a Niemcy do Holandii po masło i sery. Nie tylko: Niemcy, korzystając z liberalnych przepisów w Holandii, udają się tam również , by „poużywać” narkotyków. Szczecinianie do Berlina wybierają się także, aby skorzystać z bogatej oferty kulturalnej. Stało się to już na tyle powszechne, iż zachodniopomorskie gazety informują swoich czytelników o atrakcjach stolicy Niemiec i najwygodniejszych sposobach poruszania się w czteromilionowej metropolii.
W Szczecinie miejsce abstrakcyjnego internacjonalizmu, lansowanego w poprzedniej epoce, w sposób całkowicie naturalny zajął autentyczny kontakt z sąsiadem. Z pewnością zadecydowało o tym położenie miasta, lecz częściowo także jego charakter. Bo jako miasto portowe, stolica Pomorza Zachodniego zawsze dawała swoim mieszkańcom poczucie kontaktu ze światem. „Przypomnijmy sobie, jak ważne były dla obrazu Szczecina luksusowe sklepy umiejscowione w owych szarych, wielkopłytowych zdobyczach socjalistycznej technologii” – napisała, w książce „miasto-ja-miasto”, naczelna redaktor „Pograniczy” – Inga Iwasiów. Co prawda, tamto poczucie kontaktu ze światem było dosyć złudne, ale i tak nie wynikało z większej niż gdzie indziej, ilości zachodnich towarów. Wynikało przede wszystkim z możliwości kontaktowania się z tymi, którzy przedostawali się za żelazną kurtynę. W co drugiej szczecińskiej rodzinie był przecież jakiś rybak lub marynarz. Poza tym, w szczecińskich knajpach i dyskotekach często siedziało się przy jednym stole z Duńczykami, Niemcami bądź Szwedami. Nie owocowało to, co prawda, kontaktami z dziedziny kultury wysokiej, ale z pewnością wzmagało potrzebę życia w normalnym europejskim kraju. I nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, iż to właśnie uczyniło ze Szczecina jedno z najbardziej zbuntowanych miast wobec komunistycznego reżimu.

Margines świata?
Możliwość realizowania tamtych potrzeb wciąż jednak dla wielu mieszkańców stolicy Pomorza Zachodniego okazuje się niepełna. Wystarczy wczytać się w opinie młodych, którzy na temat kondycji swojego miasta wypowiedzieli się na łamach „Gazety Wyborczej”. Wśród licznych głosów przeważało niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. „Moi rodzice mówią, że €kiedyśê i €terazê to i tak dwa światy. Mnie to jednak nie wystarcza. Wszystkie zmiany zachodzą zbyt powoli. Szczecin zostaje wyraźnie w tyle za innymi miastami Polski” – pisał jeden z nich. Inny zaś dodawał: „Głównym powodem podjęcia przeze mnie decyzji o wyjeździe ze Szczecina była postępująca marginalizacja miasta”. Zazwyczaj nie były to jednak tak ogólne uwagi. Wielu uczestników ankiety skupiało się na konkretnych sprawach: „Szczecin z dnia na dzień staje się w moich oczach coraz bardziej nijaki. Bo oto centrum, wizytówka każdego miasta, a w nim – obskurne bramy, zdewastowane klatki schodowe, dawno nie odnawiane elewacje, okropny fetor odchodów i pleśni”. I dalej: „Znalezienie przytulnej knajpki, w której byłoby wolne miejsce podczas weekendu, graniczy z cudem”.
Jeden z młodych ludzi biorących udział w tej ankiecie napisał: „Miastu brakuje tego czegoś, tego ducha, tej tradycji, tego symbolu, który wyróżniałby go na tle innych miast. Jestem tu, pracuję, mieszkam, spaceruję i coraz częściej zastanawiam się, co ja tutaj robię? Po co ja tu jestem potrzebny? Co mnie tutaj trzyma? Na te pytania nie mam jeszcze jasnej odpowiedzi. Ale jedno wiem na pewno – w tym mieście musi się coś zmienić i to tylko na lepsze. To miasto musi się obudzić, by nie zostało zepchnięte na margines świata. Czy to się uda? Mam nadzieję, że tak. W przeciwnym przypadku coraz więcej młodych ludzi będzie emigrować do innych ośrodków w kraju”. Warto więc chyba zaoszczędzone na gospodarce dotacje, choć w pewnym stopniu, przekazać na rozwój miasta i kultury, by nie zniechęcić kolejnego pokolenia szczecinian. Jeśli to nie nastąpi, za kilka lat propozycje zachodniego sąsiada wypełnią nie tylko próżnię gospodarczą, ale również kulturową.