Opublikowane przez Busol w Historia.

Wiązanki dla drogowców

„Serdeczne podziękowania” za ułożenie chodnika przed rektoratem uczelni składał w 1986 roku Przedsiębiorstwu Eksploatacji Dróg i Mostów sam rektor Akademii Rolniczej. W czasach, gdy zorganizowanie kilkunastu płyt chodnikowych graniczyło z cudem takie podziękowania składane były zupełnie serio.

„Kłopoty z transportem asfaltu”, „Nie można nadążyć z łataniem dziur w jezdni”, „Po czterech latach koniec wykopków na ulicy Dubois” – to tylko niektóre tytuły artykułów ze szczecińskich gazet sprzed kilkunastu i kilkudziesięciu lat. Przyjrzymy się, jak dawniej wyglądała codzienność szczecinianina piechura i kierowcy skazanego na wpadnie w dziury i błoto.

Fascynacja asfaltem

„Stan nawierzchni szczecińskich ulic jest fatalny” – pisał w połowie lat 80. „Głos Szczeciński”. – „Gdyby w Przedsiębiorstwie Eksploatacji Dróg i Mostów rejestrowano na taśmie magnetofonowej te wszystkie wiązanki, które lecą pod ich adresem ze strony kierowców, to firma z pewnością zapadła by się pod ziemię ze wstydu. Także piesza część społeczeństwa wykręca sobie stawy na wyboistych chodnikach, a panie elegantki połamały już sobie na tych nierównościach niejeden obcas”.

Nie było w tych słowach ani trochę przesady. Dziś może też nie jest idealnie, ale przynajmniej w centrum da się normalnie chodzić i jeździć.

Rewolucja na szczecińskich ulicach miała nastąpić w połowie lat 70. Zniszczony, poniemiecki bruk i granitowe płyty chodnikowe były już w fatalnym stanie. Wszystko miała błyskawicznie zmienić sprowadzona w 1972 roku z NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna) wytwórnia mas bitumicznych. Asfalt miał być od tej pory układany na ulicach przez specjalną, dużą maszynę. „Głos” z zachwytem opisywał jak sprawnie i nowocześnie będą pracować drogowcy. – „Dotychczas widzieliśmy ich klęczących na kolanach i rozścielających asfalt przy pomocy drewnianych łopatek” – pisaliśmy.

Nowa technologia i szybkość z jaką zaczęto układać asfalt doprowadziła do tego, że zapanowała niepokojąco duża fascynacja tym materiałem. Pojawiły się pomysły, by właśnie asfalt zastąpił nawierzchnię chodników. Przy okazji ich remontu przy Parku im. 22 Lipca (dziś Andersa) jeden z dziennikarzy pytał: „Czy zamiast stosowania wielce deficytowych, a zarazem podatniejszych na uszkodzenia płytek betonowych, nie można było tu ułożyć nawierzchni asfaltowej?”

Takie rozwiązanie faktycznie rozpatrywano. Na szczęście drogowcy pozostali przy „deficytowych” ale bardziej estetycznych płytkach. Oczywiście oznaczało to niesamowite kłopoty. „W związku z brakiem płyt chodnikowych ułożenie chodnika na odcinku od ul. Jabłonkowskiej do ul. Dunikowskiego dokonamy dopiero w pierwszym półroczu 1976 r. w ramach planowanej na rok 1977 rok przebudowy al. Powstańców Wielkopolskich” – wyjaśniał czytelnikom (w grudniu 1975 roku) zastępca dyrektora PEDiM-u.

Szczecinianie musieli więc brodzić w błocie. I to często bardzo długo. Cztery lata trwała przebudowa krótkiego odcinka ulicy Dubois. Kiedy kilka dni przed otwarciem ulicy przyszli na nią dziennikarze zobaczyli, że chodników jeszcze nie ułożono, a „krawężniki zdążyły się już wykoślawić”.

W tej sytuacji nie można dziwić się rektorowi Akademii Rolniczej, który osobiście złożył drogowcom „serdeczne podziękowania” za zbudowanie w 1986 roku chodnika pod jego rektoratem.

Drogowcy kolejarzami

Najwięcej uwag mieli jednak kierowcy. Temat dziur i wybojów powracał w artykułach szczecińskich dziennikarzy regularnie. Wytykano drogowcom, że zamiast asfaltować najważniejsze arterie równają nawierzchnię na bocznych uliczkach centrum. „Na złych nawierzchniach dewastują się autobusy” – alarmował „Głos” w 1975 roku.

Odpowiedzią były tłumaczenia drogowców, że brakuje ludzi do pracy, a jak już wszystko wydaje się być zorganizowane to nie ma kto przewieść asfaltu. W takiej sytuacji znalazł się w 1984 roku PEDiM, który remontował dziurawą i nierówną nawierzchnię ulicy Gdańskiej. Okazało się, że kolejarze nie chcą przywieść do Szczecina składników asfaltu, bo im się to nie opłaca. Drogowcy musieli ruszyć na złomowisko i remontować wagony przeznaczone na złom, po to by mieć czym przywieść materiały budowlane.

Kłopoty nie opuszczały kierowców i pieszych nawet wtedy, gdy wydawało się, że wszystko jest już gotowe. Tak było z sygnalizacją świetlną na skrzyżowaniach. Pod koniec lat 70. powracającym tematem w gazetach były jej regularne awarie. Drogowcy przyznawali, że urządzenia, które montowane były na skrzyżowaniach były po prostu bublami. Chodziło konkretnie o szafy sterownicze. „Wystarczy lada deszcz lub niewielki opad śniegu by cała szafa uległa awarii” – przyznawał w jednym z wywiadów dyrektor PEDiM-u.

Rozwiązaniem miało być „opakowanie” szaf w budki, w których planowano zamontować także telefon dla milicjanta (by mógł się połączyć z posterunkiem). To nie był jednak jedyny problem. Okazało się, że im dalej szafa jest od skrzyżowania zamontowana, tym częściej sygnalizacja „siada”. Właśnie to było przyczyną bałaganu, który zapanował po uroczystym otwarciu dla pojazdów zbudowanego w 1977 roku placu Rodła.

Pamiątek po tamtych czasach i wydarzeniach w Szczecinie nie brakuje. Topniejący w czasie upałów asfalt, pokruszone i połamane płyty chodnikowe wciąż można spotkać w wielu rejonach miasta.

Andrzej Kraśnicki jr