Opublikowane przez Busol w Historia.

Dziś przypada 60 rocznica najcięższych nalotów na Szczecin. Z tej „okazji” prezentujemy wspomnienia byłego mieszkańca Szczecina – Waltera Messerschmidta. (Tekst ukazał się jako Fragment artykułu A. Kraśnickiego jr).

Jak przeżyłem naloty bombowe na moje rodzinne miasto.

1 września 1939 roku zawyły wszystkie szczecińskie syreny. Czy to alarm próbny czy polscy lotnicy? Po pewnym czasie strach jednak minął. Dopiero na przełomie 1941 i 1942 roku alarmy lotnicze zaczęły się mnożyć. Brytyjskie bombowce latały zwykle trasą nad Bałtykiem poczym gwałtownie zmieniały kierunek na Berlin. Wówczas także Szczecin miał alarm. Stopniowo przyzwyczailiśmy się do piwnicy-schronu przeciwlotniczego, ale snu brakowało. (…)

Wieczorem 20 kwietnia 1943 roku było duszno. My uczniowie, byliśmy tak „wyszlifowani” szkoleniami w ramach wszechpanującej „Hitlerjugend”, że nosząc zalecane na tą porę roku letnie uniformy nie czuliśmy wcale zimna. Tego dnia, po służbie, krańcowo zmęczeni padliśmy jak martwi do łóżka. Tym gorszy był alarm lotniczy następnego ranka. Na zewnątrz słychać było buczenie i wybuchy bomb burzących. Piekło stawało się coraz głośniejsze i zdawało się zbliżać do naszego domu. Światło migotało, dzieci i dorośli krzyczeli.

Po odwołaniu alarmu stwierdziliśmy, na pierwszy rzut oka, że w najbliższym otoczeniu nie został zniszczony żaden dom. Tylko w kilku pobliskich domach paliły się sztabkowe bomby zapalające, które jednak wszystkie w porę zdołaliśmy zagasić. Jedynie niedaleko położony zamek silnie płonął. Wywoływało to wielkie niebezpieczeństwo dla zagęszczonych domów znajdujących się przy pobliskiej Frauenstrasse (obecnie ulica Panieńska), gdzie mieszkaliśmy. Ogromne ilości palących się papierów, pochodzących ze zbiorów akt przechowywanych na zamku pędzone wiatrem nadlatywały nad nasz dom. Pokryty papą dach zaczął się w kilku miejscach palić.

Moja matka i ja zgłosiliśmy się do grupy około dziesięciu ochotników, którzy przy pomocy wiader z wodą i koców strażackich walczyli z jasno płonącymi, papierowymi „żeglarzami”. Wodociągi były wyłączone. Wodę pobieraliśmy więc z ulicznej pompy znajdującej się na rogu Frauen i Baumstrasse (Panieńskiej i Pływackiej) i dźwigaliśmy w wiadrach na dach czteropiętrowego domu. Po około godzinie „papierowy atak” zelżał, dzięki temu, że straż pożarna skutecznie stłumiła pożar zamku. Mimo to, jeszcze przez następne dwie godziny pilnowaliśmy naszego dachu.

Po tym wielkim wysiłku moja matka wyjęła ze spiżarni, z „żelaznych” zapasów suchą kiełbasę. Wkrótce zasnąłem. Spałem jednak tylko kilka godzin. Rankiem wyszliśmy na Stare Miasto aby zapoznać się z rozmiarem szkód wyrządzonych przez bombardowanie. Wszędzie leżały strażackie węże. Na zachodnim brzegu Odry, głównie pomiędzy Baumbruecke (Most Kłodny, który stał w miejscu gdzie dziś biegnie Trasa Zamkowa) a Hansabruecke (Most Długi) stały gęsto, jeden przy drugim samochody straży pożarnej ze Szczecina oraz wielu innych miast pomorskich, takich jak Greifswald, Pasewalk, Goleniów, Nowogard. Gryfino. Przy głośnym warkocie pompowały one wodę z Odry podawaną dalej do miasta, do gaszenia pożarów. Na Lusenstrasse (ulica Staromłyńska) płonęły jeszcze niektóre wiązania dachowe, między innymi hotelu „Presussenhof”. Ogółem stopień zniszczenia Starego Miasta ocenialiśmy wtedy na około 10 procent. Informacje podawane w niektórych publikacjach mówiące, że „Stare Miasto” zostało wówczas całkowicie zniszczone” nie są prawdziwe. Stało się to dopiero po bombardowaniu w dniu 17 sierpnia 1944 roku (…).