Opublikowane przez Busol w Architektura i Urbanistyka.

Miała tu powstać nowoczesna dzielnica mieszkaniowa, alternatywa dla zatłoczonego Starego Miasta i Łasztowni. Skończyło się na olbrzymich wydatkach i spektakularnej klapie całego pomysłu.
Pomysł by stworzyć w Szczecinie nową dzielnicę pojawił się na początku XIX wieku, kiedy to wyczerpane już zostały możliwości inwestowania na Starym Mieście i Łasztowni. Tereny te były otoczone fortyfikacjami i nie było fizycznej możliwości wznoszenia nowych budynków. Miasto po prostu dusiło się.
Nowa dzielnica miała powstać na Kępie Parnickiej. Wyspa, dziś większości mieszkańcom Szczecina jest nieznana, mimo że leży tuż obok centrum miasta. To obszar na przeciw Dworca Głównego, oddzielony od miasta rzeką, Kanałem Zielonym i Parnicą.

Szwedzi i konie

Wyspa już od XIII wieku należała do miasta, chociaż znajdowała się poza pasem fortyfikacji otaczających Stare Miasto i Łasztownię. Służyła mieszkańcom jako wielkie pastwisko. Stąd też pochodziła większość drewna przeznaczonego do ogrzewania domów. Kępa miała więc początkowo mało emocjonującą historię. Na karty historii weszła w czasach gdy Szczecinem rządzili Szwedzi. Wówczas to na wyspie pojawili się szwedzcy żołnierze, którzy przeganiając miejscowych gospodarzy, zaczęli tu paść swoje konie. Z tego powodu dochodziło do licznych utarczek. Mieszczanie nie życzyli sobie by obce konie wyjadały trawę rodzimym zwierzakom. Sprawa dotarła aż do Sztokholmu. Najwyższe władze Szwecji przyznały szczecinianom rację i żołnierze mogli zadowolić się jedynie wydzielonym dla nich skrawkiem łąki.

Sprytny szkutnik

Ponownie wokół wyspy zrobiło się głośno dopiero na początku XIX wieku. Jak już wspomnieliśmy Szczecin zaczął wówczas szukać możliwości rozbudowy miasta. I tu z inicjatywą wyszedł niejaki Martin Masche, szkutnik, który dzierżawił północną część Kępy Parnickiej. Gospodarujący na 10 hektarach przedsiębiorca zajmował się budową statków, prowadził też składy drewna.
Sprytny ów człowiek zaproponował władzom miasta, by to właśnie jego teren podzielić na działki i sprzedać inwestorom gotowym postawić tu nowe kamienice. Propozycja była jednak korzystna tylko z punktu widzenia Maschego oraz jego interesów. Po pierwsze wojsko musiało by na własną rękę przesunąć fortyfikację, ktoś musiałby też sfinansować podwyższenie wyspy. Jej teren był bowiem niemal na równi z powierzchnią rzeki, co powodowało, że regularnie zalewała go woda.
Nic więc dziwnego, że wysunięta w 1832 roku propozycja szkutnika spotkała się z umiarkowanym zainteresowaniem. Najbardziej protestowało dowództwo wojskowe szczecińskiej twierdzy, niechętne inwestycjom, które naruszały system obronny Szczecina.
Martin Masche musiał być jednak wpływowym człowiekiem, bo nie ustępował. Doszło do tego, że w sprawę zaangażowany został następca tronu, znany kilka lat później jako Fryderyk Wilhelm IV. Skierował nawet do władz Szczecina wniosek, by jeszcze raz rozważyły możliwość powiększenia obszaru miasta.
Do rozważań faktycznie doszło. Jednak obok problemów z wojskowymi pojawiły się też opinie, że budowa domów mieszkalnych na podmokłym terenie ich przyszłym mieszkańcom nie wyjdzie na zdrowie. Za niezłą uznano za to koncepcję by na Kępie Parnickiej zlokalizować place składowe i magazyny dla szczecińskich kupców. Takich terenów bardzo w Szczecinie brakowało.
Władze wojskowe niechętnie, ale jednak zgodziły się na budowę obok fortyfikacji magazynów i innej niskiej zabudowy. I mimo, że warunki potem jeszcze zaostrzono (co wywołało między miastem a garnizonem kolejny spór) przystąpiono do podwyższania aż o 130 centymetrów całego terenu Kępy Parnickiej. Nawożenie piachu, wyrównywanie i tym podobne operacje okazały się bardzo kosztowne. Wydatki były znacznie większe od planowanych.
Kiedy w końcu wszystko było gotowe wojsko znów zakwestionowało pomysł zagospodarowania wyspy. I znów musiał interweniować Fryderyk Wilhelm IV, który stanął po stronie miasta.

Brak inwestorów

Gotowy wreszcie w 1846 roku plan zakładał zabudowę 12 kwartałów pomiędzy którymi, w centrum miał być zlokalizowany rynek. Wtedy przyszło do najważniejszego: sprzedaż działek inwestorom. Stosowne ogłoszenia pojawiły się nie tylko w szczecińskiej ale i berlińskiej prasie. Na sprzedaż były w pierwszym rzucie 32 parcele. Inwestor miał za zadanie postawić kamienicę w ciągu trzech lat, zobowiązany był także do ułożenia przy niej granitowego chodnika.
Jakież musiało być niemiłe zaskoczenie władz miasta, gdy okazało się, że zainteresowanie kupnem działek jest nikłe. Do licytacji przystąpiło tylko pięciu kupców, którzy nie chcieli zresztą budować kamienic ale urządzić na nadbrzeżnych parcelach place składowe. Sukcesem musiało być w tej sytuacji sprowadzenie inwestora, który postawił na Kępie Parnickiej rafinerii cukru i zakładów cukrowych. Atrakcyjności wyspy nie poprawiła ani budowa mostu nad Kanałem Zielonym (łączącym wyspę z Łasztownią) jak i budowa mostu prowadzącego na plac przed Dworcem Głównym.
W połowie XIX wieku miasto doszło najwyraźniej do wniosku, że pomysł nie wypalił i Szczecin wycofał się z inwestowania w brukowanie ulic na terenie wyspy.

Dlaczego ta z pozoru bardzo potrzebna inwestycja nie wyszła? Z pewnością duży wpływ miało na to ujawnienie jeszcze w latach 40. XIX wieku planów budowy tzw. Nowego Miasta w rejonie dzisiejszej ulicy 3 Maja. Inwestorzy wiedzieli, że działki które będą tam na sprzedaż są lepszą inwestycją niż te na bagnistej kępie, gdzie każda budowla wymagała wbijania pod fundamenty pali.
Mostu nie odbudowano
Mimo wszystko Kępa Parnicka była zbyt atrakcyjnym terenem by jedynie pasły się tu konie i krowy. Inwestorzy pojawili się tu jednak dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Wyspa zdominowana została jednak nie przez budynki mieszkalne, jak kiedyś planowane, ale obiekty gospodarcze i fabryki. I taka funkcja kępy przetrwała aż do 1944 roku, kiedy to spadły na nią alianckie bomby. Zabudowa została niemal zupełnie zniszczona.
Po wojnie wyspa podupadła. W dużej mierze stało się to z powodu utraty prostego połączenia ze stałym lądem. Nie odbudowano bowiem wysadzonego w powietrze mostu prowadzącego na plac przed Dworcem Głównym.
Dziś Kępa Parnicka jest w opłakanym stanie. Osiem kamienic, które przetrwały wojnę dosłownie się rozsypuje. Bezład architektoniczny jest wręcz idealny. Całość uzupełniają brudne mury, koślawe ogrodzenia, chaszcze na niczyich trawnikach. Wstyd.

Andrzej Kraśnicki jr