Opublikowane przez Busol w Bez kategorii, Historia.

Ostatnie lato starego Szczecina.

Dwa wielkie naloty brytyjskich bombowców spowodowały, że większa część miasta legła w gruzach. W ciągu dwóch sierpniowych nocy 1944 roku gęsto zabudowany, przedwojenny Szczecin na dobre odszedł do historii.

To co działo się w Szczecinie w czasie drugiej wojny światowej to wciąż w pewnej mierze tajemnica. Do tej pory, mimo wnikliwych badań zmarłego niedawno dra Bogdana Frankiewicza, nie udało się ustalić wszystkich okoliczności zniszczenia miasta przez alianckie lotnictwo. Zresztą nie tylko bombowce zmieniły wygląd miasta. W marcu 1945 roku Szczecin znalazł się pod regularnym ostrzałem artylerii i lotnictwa radzieckiego. Kolejnych poważnych zniszczeń miasto nie uniknęło także wtedy, gdy wojna była już zakończona.

Nie ma jednak wątpliwości, że najwięcej zniszczeń spowodowały dwa naloty z sierpnia 1944 roku. Niezależnie od tego co się działo wcześniej i później, gdyby nie one dziś spacerowalibyśmy po zupełnie innym mieście. Tym znanym dziś jedynie z przedwojennych pocztówek. A do zagłady miasta doszło niemal równo 60 lat temu.

Ważny cel

Szczecin nie miał szans by w czasie II wojny światowej uniknąć wielkich bombardowań. Jeszcze na kilka lat przed wybuchem wojny miasto stało się strategicznym dla III Rzeszy ośrodkiem przemysłowym. Oddalony od krajów zachodnioeuropejskich i ZSRR port wydawał się najmniej zagrożony ewentualnymi nalotami. To między innymi dlatego, w podszczecińskim Załomiu uruchomiona została fabryka silników lotniczych. To dlatego pod Policami powstała wielka fabryka benzyny syntetycznej, a 120 kilometrów na północ przeprowadzane były doświadczenia z „cudowną bronią” czyli słynnymi rakietami V-1. Na potrzeby wojenne przestawiony został zresztą cały szczeciński przemysł, czyli przede wszystkim stocznie, fabryka samochodów Stoewera i 600 innych zakładów przemysłowych. Wreszcie Szczecin był też dużym miastem. I samo to wystarczyło do zakwalifikowania się na listę alianckich celów, które na konferencji w Casablance w styczniu 1943 roku określone zostały jasno: niszczymy zarówno niemiecki przemysł jak i dzielnice mieszkaniowe by złamać morale ludności. Podzielone zostały nawet zadania: lotnicy amerykańscy „zajęli się” przemysłem przeprowadzając precyzyjne bombardowania za dnia, a Brytyjczycy i ich sojusznicy (w tym Polacy) przyjęli rolę niszczycieli samych miast.

Pierwsze straty

– Pierwsze samoloty angielskie zobaczyłem nad Szczecinem w 1940 roku – wspomina kanonier Ignacy Konkolewski, weteran kampanii wrześniowej, który trafił do niemieckiej niewoli. – Były dla Niemców prawdziwym szokiem, choć obecność ich w tym czasie miała raczej symboliczny i nękający charakter.

Bombardowania nie wyrządziły wówczas większych szkód. Pierwsze bomby, prawdopodobnie na skutek omyłki, spadły w czerwcu na niezamieszkane rejony Krzekowa. W prowadzonej przez niemieckie władze Kronice Wojennej miasta odnotowane zostały też trzy nocne naloty w sierpniu. Szkody były niewielkie. Przy ulicy Pieszej (koło Portu Centralnego) wybuchł jeden pożar, reszta czyli kilkadziesiąt bomb spadła na Żydowce, Podjuchy i Zdroje

Miasto miało czas na przygotowanie do obrony. Jeszcze w 1940 roku przystąpiono do budowy licznych schronów. Powstawały przez całą wojnę, nawet w 1945 roku.

Spokojny był też rok 1941. Wiadomo o zaledwie dwóch nalotach we wrześniu. Nad miasto nadleciało wówczas za dnia 40 bombowców brytyjskich, które zrzuciły 150 bomb. Według oficjalnych danych sześć osób zginęło, a 22 zostały ranne. Szkody nie były duże. Największą stratą było zniszczenie zabudowań głównego wejścia na Cmentarz Centralny. W wyniku pożaru spłonęły wszystkie akta szczecińskich cmentarzy.

Podobnie było w roku 1942, kiedy to odnotowane zostały dwa naloty. Z uwagi na większą liczbę bombowców były one jednak bardziej dotkliwe. W nocy z 20 na 21 kwietnia bomby trafiły m.in. w zamek, częściowo go niszcząc i powodując duży pożar. Drugi nalot, który miał miejsce w sierpniu spowodował znaczne zniszczenia zabudowy wzdłuż obecnej ulicy Energetyków.

Służby ratownicze działały wówczas jednak bardzo sprawnie. Uszkadzane budynki były naprawiane, budowano kolejne schrony i baseny przeciwpożarowe.

Pierwsze poważne bombardowanie miało miejsce w nocy 20 kwietnia 1943 roku w dniu urodzin Hitlera. Niemcy spodziewali się ataku na Berlin i tam ściągnęli z okolic niemal całą artylerię przeciwlotniczą. Alianci w porę się o tym dowiedzieli. Ominęli Berlin i 350 samolotów nadleciało nad Szczecin. Była godzina 23.30.

– Jak zaczęli od Pomorzan to rąbali aż do portu – wspomina bombardowanie Kazimierz Bogusz, który przebywał wówczas w Szczecinie na robotach przymusowych. – Wśród nocnych ciemności przez całe 45 minut waliły na miasto ciężkie bomby kruszące i zapalające.

Bomby spadły przede wszystkim na port ale także na ulicę Włościańska, Powstańców Wielkopolskich, Wąską, Kaszubską, Kujota, Sowińskiego. Poważnie zniszczony został kościół przy ulicy Bogurodzicy. Do wyjątkowej tragedii doszło na Pomorzanach, gdzie jedna z min powietrznych uderzyła w znajdującą się na Wzgórzu Hetmańskim wieżę ciśnień. Gwałtownie wylało się z niej 3200 metrów sześciennych wody zalewając okoliczne domy. Część ich mieszkańców po prostu utonęła. W mieście wybuchła panika, a później zapanował nastrój przygnębienia. Wspominał to wiele lat po wojnie Manfred Schroeder, w 1943 roku żołnierz, który dzień po nalocie przyjechał do Szczecina na przepustkę:

– Zawsze przyjeżdżaliśmy na przepustki do mojego rodzinnego Szczecina by tu się wykąpać, wstąpić do kafejki, gdzie zespół grał dawno zapomniane kawałki. Przyjechałem z kolegą 22 kwietnia: – Autobusy nie kursują – powiedział nam na granicy miasta jakiś sierżant. – Dlaczego? – spytałem. – Autobusy transportują teraz na cmentarz martwych ludzi, tysiące martwych ludzi – powiedział wyraźnie załamany sierżant.

W rzeczywistości ofiar było mniej. Według niemieckich szacunków zginęło około 400 osób, 300 uznawano za zaginione, a 300 zostało ciężko rannych. Bez dachu nad głową zostało jednak aż 25 tysięcy osób. Brytyjskie dane mówią, że na Szczecin spadło wówczas 782 tony bomb.

Miasto dalekie jednak było od zrujnowania. Wprawdzie sporo budynków było uszkodzonych (stąd tak dużo bezdomnych) ale na ogólną liczbę 22 tysięcy szczecińskich budynków i kamienic tylko osiemnaście z nich było całkowicie zniszczonych i nie nadawało się do odbudowy. Kolejne naloty musiały być jednak stopniowo coraz groźniejsze. Bo choć o nich samych niewiele wiadomo to dane dotyczące liczby uszkodzonych i zniszczonych budynków mówią same za siebie. Pod koniec 1943 roku lista uszkodzonych budynków miała 1585 pozycji przy czym ponad tysiąc obiektów było uszkodzonych poważnie. Niemal 40 tysięcy szczecinian nie miało gdzie mieszkać. Na ich potrzeby zaadaptowano szkolne sale gimnastyczne, a kościoły zostały zamienione w magazyny ocalałych z ruin mebli.

Śmierć za kradzież

Najtragiczniejsze dla miasta okazały się jednak naloty w 1944 roku. Wiadomo dziś, że było ich przynajmniej jedenaście.

Zaczęło się w nocy z 5 na 6 stycznia. Nad miasto nadleciało 250 bombowców. Między godziną 2.50 a 4.45 trafione zostały budynki przy ulicy Naruszewicza, Stoisława (uszkodzony został gmach sądu), Czackiego, Drzymały, Partyzantów, Wojska Polskiego 20, Bohaterów Warszawy 83, Jagiełły 23, Krzywoustego 6, kilka domów przy Bramie Portowej, gmach Ufa-Palast (czyli obecna Galeria Centrum), kamienice przy ul. Tkackiej, Wyszyńskiego, Energetyków, al. Jedności Narodowej, Wojciecha (trafiony został gmach archiwum), Mariackiej, Staromłyńskiej i Kaszubskiej. Po raz pierwszy trafiona został też kościół św. Jakuba (katedra). Według oficjalnych danych zginęło 250 osób.

To właśnie po tym nalocie pojawiły się pierwsze przypadki plądrowania uszkodzonych mieszkań i sklepów za co od 10 marca groziła jedna kara – śmierć.

Podczas kolejnego nalotu – 11 kwietnia poważnie zniszczone zostało Niebuszewo. Tym razem 650 bomb i 1800 bomb fosforowych mających za zadanie wywołać trudne do ugaszenia pożary spadło w samo południe na fragment alei Wyzwolenia, Piotra Skargi (przy obecnym rondzie Giedroycia), Krasińskiego i Janosika. 150 bomb spadło na Skolwin, a część uszkodziła stocznie „Vulcan” i „Odra”. Trafione zostały też zakłady w Załomiu, które produkowały silniki lotnicze. Zginęło ponad sto osób. Straty ponieśli też Amerykanie, którzy stracili nad Szczecinem jedenaście samolotów.

Kolejne naloty odnotowane zostały 29 kwietnia i 13 maja. Podczas tego ostatniego Amerykanie zrzucili na północną część miasta 1700 bomb. Na Żelechowie zniszczone zostały całkowicie 42 domy. Podobne straty były w rejonie stoczni. Przerwana została linia tramwajowa na Gocław, która zastąpiona została stateczkami kursującymi wzdłuż Odry.

Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić.

Czas zagłady

Ową zagładę przyniosły Szczecinowi dwa naloty: jeden planowany, a drugi dokonany dodatkowo dla „poprawki”. Po raz pierwszy miasto przeżyło wówczas tzw. nalot dywanowy dokonany przez setki bombowców zrzucających tysiące bomb na całe dzielnice.

Pierwszy miał miejsce w nocy z 16 na 17 sierpnia. Brało w nim udział aż 461 czterosilnikowych Lancasterów, wielkich bombowców, dźwigających w sumie ponad 3,2 tysiąca bomb. I to wszystko spadło na miasto i okolice w ciągu zaledwie 22 minut.

– Około godziny 21 ogłoszony został tzw. Voralarm, trwający ze dwie i pół godziny – wspomina to wydarzenie jeden z polskich robotników przymusowych. – W kilkadziesiąt minut później zaczęły spadać bomby. Grad bomb potwornie świszczących, burzących i zapalających. Już wkrótce zorientowaliśmy się, że głównym celem nalotu nie jest wszakże miasto, ale port i dzielnica portowa, stocznie i najbliższy rejon śródmieścia. W tym rejonie znajdowały się przecież główne obiekty przemysłu zbrojeniowego Szczecina: stocznie, dwie fabryki amunicji, sześć dużych fabryk chemicznych i kilka zakładów metalowych (…). Ale niemiecka obrona przeciwlotnicza nie próżnowała, gęsto ostrzeliwując latające nad miastem maszyny. Pięć z nich zostało strąconych. Jedna spadła w pobliżu stacji kolejowej Turzyn. Jeszcze na drugi dzień w południe leżały na chodniku nie uprzątnięte zwłoki dwóch lotników, mających na rękawach patki z napisem „Canada”.

Skutki dla miasta były straszliwe. W gruzach legły całe ulice i dzielnice: aleja Wyzwolenia, ulica Wyszyńskiego i kościół św. Jakuba, kwartały na terenie których stoi obecnie Pazim i Galaxy, okolice ulicy Czesława i Odzieżowej oraz zabudowa otaczająca plac Lotników. Stare Miasto było wielkim gruzowiskiem. Budynki, które stały nad samą rzeką dosłownie rozsypały się tarasując dojście do rzeki.

Bez dachu nad głową było wówczas 100 tysięcy osób. W niemieckich dokumentach pojawiają się sygnały, że w mieście brakuje nawet trumien. Wydobytych spod gruzów grzebano w zbiorowych mogiłach, ciała palono też w funkcjonującym na Cmentarzu Centralnym krematorium.

Nalot nie był jednak dla aliantów satysfakcjonujący. Spora część bomb spadła bowiem poza miastem. Dlaczego? Tu trzeba wyjaśnić w jaki sposób alianci bombardowali w nocy miasta. Samoloty nadlatywały w nad cel na podstawie danych nawigatora. Bomby zrzucano w czworobok wyrzuconych wcześniej na spadochronach (przez samoloty zwiadowcze) flar. To właśnie postanowili wykorzystać Niemcy.

– Zdarzało się nieraz, że Niemcy starali się nas przechytrzyć – wspominał po wojnie Marian Adamaszek, nawigator bombowca z 300 dywizjonu im. Ziemi Mazowieckiej, który za nocny nalot na Szczecin z 16 na 17 sierpnia otrzymał Krzyż Walecznych. – Tak było i w Szczecinie, kiedy to Niemcy zapalili swoje mylące flary za miastem, na niezabudowanym terenie. Były one jednak mniej lśniące i intensywne w barwie od angielskich. Nie dałem się na to nabrać i pilot Józef Nalepa skierował nasz samolot na zapalające się dopiero angielskie flary nad Łasztownią. Jako jedni z pierwszych zrzuciliśmy nasz ładunek i zawróciliśmy do bazy w Faldingworth w Szkocji. Gdy w kilka dni potem pokazano nam mapę zrzutu ładunku, sporządzoną na podstawie fotografii wykonanych przez aparaturę zainstalowaną w komorze bombowej okazało się, że nasz zrzut trafił w sam środek celu.

Niemiecki wybieg okazał się jednak skuteczny. Aż jedna trzecia bombowców rzuciła bomby poza miasto, na wyznaczony przez niemieckie flary teren. Dlatego dowództwo Royal Air Force zdecydowało o ponownym nalocie na Szczecin.

Palił się bruk

Doszło do niego już w nocy z 29 na 30 sierpnia. Nad miasto nadleciały 403 Lancastery. Tym razem obeszło się bez pomyłek. To właśnie z tego nalotu pochodzą wstrząsające relacje mieszkańców Szczecina, którzy byli świadkami powstałych wówczas „burz ogniowych”. Burze były efektem tysięcy pożarów, które szybko łączyły się w jeden wielki. Szalejące płomienie tak gwałtownie pochłaniały tlen z otoczenia, że wywoływało to huragan o prędkości około 200 kilometrów na godzinę. Wiatr ciskał ludźmi i rzucał ich w ogień. Temperatura na ulicach dochodziła do tysiąca stopni.

– Palił się nawet bruk na ulicach – wspominał jeden z niemieckich mieszkańców miasta.

Wyssanie tlenu spowodowało, że w zmienionych w schron podziemiach zamku udusiło się około tysiąca osób. Z tego nalotu pochodzą też wspomnienia o tym, że nawet Odra zaczęła płonąć. Nie ma w tym cienia przesady. Ogień na powierzchni wody był efektem wybuchu bomb benzolowych, których zawartość wylewała się i płonęła aż do wypalenia.

O tym co działo się w mieście mogą świadczyć liczby: z bombowców zrzucono 2200 bomb niszczących, 100 tysięcy bomb zapalających i 12 tysięcy pojemników z płynem zapalającym. Do reszty zniszczone zostało Stare Miasto, okolice stoczni, Niebuszewo i część śródmieścia. Z pewnością zaniżone niemieckie dane mówiły o zniszczeniu 60 procent zabudowy Szczecina. Jak wyglądało miasto dobrze oddają wspomnienia Romana Łyczywka, adwokata, który już w 1945 roku rozpoczął pracę w Szczecinie: „Działanie ciężkich bomb i min powietrznych było prawie niewiarygodne. Na długich odcinkach ulic i w całych partiach miasta nastąpiło nie tylko zburzenie domów, ale zupełne ich rozsypanie – z pod masy cegieł nie wygląda najskromniejszy zarys budynku”.

Największe straty były na Starym Mieście. Tu, według różnych ocen, w gruzach legło 95 procent zabudowy. Tu też było najwięcej ofiar.

– Stare Miasto zostało wskutek ciężkich nalotów w sierpniu 1944 r. i epidemii, w większości całkowicie zamknięte, ponieważ nie można było wydobyć z gruzów około 6000 zabitych – wspominała w 1992 roku Ilsa Guden, ówczesna mieszkanka Szczecina.

W sumie śmiertelnych ofiar bombardowań było jednak znacznie więcej. Ile? Tego dokładnie nie wiadomo. Można jednak uznać za wiarygodne informacje ostatniego niemieckiego naczelnego architekta miasta, profesora Hansa Reichowa. Reichow spotkał się w 1964 roku w Hamburgu z pierwszym powojennym prezydentem Szczecina Piotrem Zarembą. Powiedział mu wówczas, że „w czasie czterech wielkich nalotów w 1943 i 1944 roku zginęło w Szczecinie 46 tysięcy osób”.

Do końca 1944 roku Szczecin przeżył jeszcze trzy naloty. Nie wiemy jednak zbyt wiele o ich skutkach. Podobnie jak i o dwóch ostatnich nalotach zachodnich aliantów dokonanych w styczniu i lutym 1945 roku. Nie były to już jednak tak mordercze misje jak te sierpniowe. Bombardowali Amerykanie, którzy chcieli „wykończyć” fabrykę samochodów Stoewera. Głównym celem była jednak już wtedy tylko fabryka benzyny syntetycznej w Policach.

Radziecka artyleria

Koniec amerykańsko-brytyskich nalotów nie oznaczał dla pozostałych w Szczecinie mieszkańców i ewakuowanych ze wschodu Niemców spokoju. W lutym do Szczecina zbliżyły się bowiem oddziały radzieckie, które zaczęły ostrzeliwać miasto. Wykorzystywane były zarówno samoloty, które lecąc nisko zrzucały pojedyncze bomby jak i artyleria ustawiona na wzgórzach prawobrzeżnej części Szczecina.

– Miasto znajdowało się dzień i noc pod stałym obszarem rosyjskiej artylerii – wspominała cytowana już Ilsa Gulden.

– Śródmieście było pod silnym ostrzałem artyleryjskim. Ciągle przelatywały nad nami samoloty wyjąc, strzelając i zrzucają bomby – relacjonował Willy Neuhoff, inny mieszkaniec Szczecina

Neuhoff zapamiętał, że gdy z rodziną biegł przez miasto na Dworzec Główny radzieckie pociski waliły w zabudowę alei Niepodległości, ulicy Dworcowej, a także w rejon samego dworca.

– Strasznie się baliśmy! Jednak nikt nie opuścił wagonu! Nikt nie chciał ryzykować straty tak ciężko zdobytego miejsca na drodze do wolności – wspominał po latach Neuhoff.

Jak wspominają świadkowie radziecka artyleria ucichła 22 marca. Dla Niemców szykujących się do odparcia sowieckiego ataku przez Międzyodrze i tereny portowe była to spora niespodzianka. Rosjanie obeszli tymczasem Szczecin od południa i po sforsowaniu Odry ruszyli na miasto od południowego-zachodu. Niemieckie władze uciekły z miasta 25 kwietnia. Zanim do miasta wkroczyli Rosjanie oddziały dywersantów dokonały ostatnich, dużych zniszczeń wysadzając w powietrze mosty na Odrze i te na szlaku kolejowym przebiegającym przez Szczecin.

28 kwietnia do miasta wjechała na rozpoznanie skromna reprezentacja polskiej administracji z Piotrem Zarembą na czele. Koniec wojny nie oznaczał końca zniszczeń. 30 kwietnia Zaremba po raz drugi, tym razem na dłużej przyjechał do miasta. Wjeżdżał przez autostradę berlińską. Widok, który zobaczył był złowieszczy: „W dali, z prawej strony, za lśniącymi w słońcu wstęgami wód szerokiej odrzańskiej doliny, widniało miasto. Nad ostro zarysowanymi konturami jego sylwety unosiły się czarne, pionowe chmury. Szczecin płonął…”.

Andrzej Kraśnicki jr

Cytaty pochodzą z następujących źródeł:

– „Wspomnienia prezydenta Szczecina 1945-1950”, Piotr Zaremba

– „Bremerhaven – statek śmierci”, Henryk Mąka

– „Szczecin w dokumentach”

– „Zeszyty szczecińskie” – „Ruiny, Niemcy, żołnierze radzieccy…”

– zbiorów własnych autora

Tekst został udostępniony przez autora portalowi sedina.pl i nie może być wykorzystywane w całości lub fragmentach przez inne osoby, firmy, instytucje w jakikolwiek sposób.

 

Dodatek:

Audycja Agaty Foltyn w Polskim Radiu Szczecin poświęcona Marianowi Adamaszkowi – lotnikowi który bombardował Szczecin

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.