Opublikowane przez Busol w Bez kategorii, Historia.

W powszechnym odczuciu Szczecin był miastem raczej spokojnym i o piratów na pewno było tu trudniej niż na przykład w Wolinie-Jomsborgu, w Arkonie na Rugii czy w Visby na Gotlandii, która zasłynęła jako siedziba, nieomal stolica bałtyckich korsarzy, zwanych braćmi witalijskimi. Szczecin, jak większość miast Pomorza, chlubił się raczej przynależnością do potężnej Hanzy, niż awanturnikami w rodzaju sir Francisa Drake’a. W świadomości współczesnych Szczecinian przewija się co prawda nazwisko niejakiego Wyszaka, jednak przez wielu z nas traktowany jest on bardziej jako postać legendarna. Czy jednak słusznie?


Nim jednak rozpatrzymy „sprawę Wyszaka”, należałoby sobie wyjaśnić, że „pirat” to nie tyle romantyczny buntownik, lecz po prostu ktoś, kto dla rabuje cudze mienie znajdujące się na statku lub od strony wody atakuje wsie i miasta. Istniał też specyficzny rodzaj łupiestwa przybrzeżnego, we wczesnym średniowieczu zalegalizowany jako tzw. prawo brzegowe – dozwolone było zabranie towarów pochodzących z rozbitych przy brzegu statków. A że nieraz zwabiano je tu za pomocą fałszywych ogni, a rozbitków dobijano (w przeciwnym razie trzeba było im udzielić pomocy i zwrócić towar)? – cóż, wąska bywa granica między prawem a zbrodnią.

Określenie „pirat” lub „korsarz” generalnie niesie w sobie negatywny ładunek znaczeniowy, a piratów po prostu likwidowano, najczęściej wieszając na rei. Znane też było przeciąganie pod kilem okrętu (okrutna śmierć, bo dno statku porastały muszle, które w działaniu przypominały piłę o wielkich zebach). Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że miano to nadawano nie tylko bezpaństwowym buntownikom (którzy jednak czasami zakładali własne organizacje „związkowe”, a nawet „państwa”), lecz po prostu wrogom.

Nieco łagodniej traktowano „kaprów” – czyli po prostu korsarzy z „patentem”, albo inaczej: morskich najemników, prywatnych przedsiębiorców (armatorów i dowódców statków) wynajętych przez legalne władze do prowadzenia walki z flotą przeciwnika (przypomnę, że takim korsarzem był m.in. Francis Drake, „pracujący” dla angielskiej królowej Elżbiety I Wielkiej; w Polsce zasłynęli zaś kaprowie z Gdańska, ze słynnym Maciejem Scharpingiem na czele). Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że polska flota wojenna od nich właśnie bierze początek, a współczesny proporzec polskiej marynarki wojennej nawiązuje do XV-wiecznej flagi kaperskiej.

Pierwszymi i chyba najsłynniejszymi piratami Europy byli Wikingowie, przodkowie dzisiejszych Skandynawów, którzy w naturalny sposób łączyli wyprawy handlowe z rabunkiem. Zapomina się jednak o tym, że wspólnie z Wikingami na morskie wyprawy niejednokrotnie wypływali przodkowie Słowian. Tak! materialne ślady takich dalekich wypraw, a nawet pozostałości „stałego” budownictwa, archeologowie odnaleźli na wyspach Atlantyku w „towarzystwie” zabudowań Wikingów (Słowianie budowali swoje ziemianki nieco inną techniką, niż zwykli to czynić Normanowie). Wiadomo także, że mieszane bandy duńsko-słowiańskie napadały i rabowały kupców w cieśninach duńskich, a ślady tak zdobytych skarbów docierały m.in. u ujścia Odry (wskazuje na to m.in. zawartość grobu pirata z końca XI w., którego pochowano na wolińskim Wzgórzu Wisielców). Na duńskich i szwedzkich wyspach odnaleziono też ślady po słowiańskich osadach, a zamieszkujący je żeglarze na pewno zajmowali się nie tylko połowem ryb i handlem.

Wiadomo, że kiedy z jednej strony Wikingowie napadali na południowy brzeg Bałtyku, „nasi” wyprawiali się na łupieżcze wyprawy do Danii i Szwecji, a nawet dalej. Wypada też przypomnieć, że siostra Bolesława Chrobrego, Świętosława-Sygryda Storrada, zakochana w królu Norwegów, a potem kolejno żona królów Szwecji i Danii – była matką Kanuta II Wielkiego (istnieją podstawy do przypuszczeń, że w duńskiej inwazji na Anglię brali udział sprzymierzeńcy z Pomorza); prawdopodobnie została pochowana w Londynie. Warto także przypomnieć, że w roku 1000 doszło na wodach fiordu Oresund do wielkiej „bitwy królów”, w której przeciwko 11 drakkarom Norwega Trygwassona wystąpiło 70 okrętów koalicji duńsko/szwedzko/polskiej (ci ostatni to na pewno byli Pomorzanie).

Podróże handlowe połączone z korsarstwem były we wczesnym średniowieczu pospolitym zajęciem Szczecinian, a ich uczestników wielce szanowano. Szczecińscy możni posiadali własne okręty i wyprawiali się na wybrzeże duńskie (handlowali i wojowali także i z najbliższym sąsiedztwem). W związku z tym docierały do Szczecina nie tylko towary pospolite, ale także importy broni i ozdób z dalekich krajów; gromadzono skarby w postaci różnych monet, trafiały się nawet arabskie dirhemy. Przedmiotem handlu stali się też niewolnicy.

Przed każdą wyprawą w świątyni na Górze Trygława (dzisiaj Wzgórze Zamkowe) dokonywano wróżb (kapłan prowadził wieszczego konia, który powinien był odpowiednio przejść przez rozłożone na ziemi włócznie), a po powrocie składano w niej część łupów.

Za twórcę Księstwa Pomorskiego uchodzi Warcisław I, który wciąż prowadził wojny z sąsiadami, w tym z Polską i Danią (zginął w niejasnych okolicznościach w 1134r.). Jego następcą został Racibor I, który już w roku 1135 i w rok potem wyprowadził ze Szczecina wyprawy na Rotskilde w Danii, a potem na Konungahelę w Norwegii.

W owym okresie najbardziej znanym rozbójnikiem morskim Szczecina był kupiec i wójt podgrodzia – Jan Wyszak. Wsławił się m.in. ucieczką z duńskiej niewoli, w którą popadł w trakcie jednej z wypraw Racibora, prowadząc 6 własnych okrętów (wiadomo, że w owym czasie Pomorzanie do żeglugi morskiej używali m.in. statków 13-metrowych o poszyciu klepkowym). Jego nazwisko odnotowano także pośród tych możnych Szczecinian, którzy aktywnie sprzyjali misji chrystianizacyjnej Ottona z Bambergu, prowadzonej pod egidą Bolesława Krzywoustego.

Wiele setek lat Pomorzanie żyli ze śledzia – wielkie ilości tych ryb, ówcześnie o długości dochodzącej do pół metra, docierały przez Wielki i Mały Bełt na Bałtyk, aby odbyć tarło w Zatoce Pomorskiej. Bogato żyły z niego miasta i wsie pomorskie, od Arkony aż po Kołobrzeg, który dodatkowo bogacił się na dostarczaniu soli dla tego przemysłu. Jednak od połowy XII w. śledzie nie docierały już tutaj – tarło odbywało się już tylko koło szwedzkiego przylądka Skanor i wyspy Amager koło Kopenhagi. Te zmiany spowodowały zubożenie Pomorza (w tym przyczyniły się do upadku Wolina) oraz wzrost bogactwa Duńczyków, a także coraz silniejszy nacisk Niemców na północno-zachodnie plemiona Wieletów i Obodrzyców. Dalszą konsekwencją wzrastającej zamożności i siły Skandynawów były też gwałtowne najazdy Duńczyków na Pomorze, co m.in. skończyło się zdobyciem Arkony w 1168r. i zagarnięciem skarbów świątyni Światowida (ochrzczeni Pomorzanie składający dary w tej świątyni mawiali, że „to dla świętego Wita”), które wystarczyły Duńczykom na wiele pokoleń.

Śledziowe żniwa przeniosły się na Bałtyk Zachodni, w rejon Skanii. W XIV wieku Szczecin otworzył tam swoje stałe faktorie handlowe. Także inne miasta pomorskie stały się członkami Ligi Hanzeatyckiej, powstałej w XIII wieku pod przewodnictwem Lubeki, co w jakiś sposób zabezpieczało ich interesy przed agresywnością Korony Duńskiej, a także pozwalało na czerpanie korzyści z rybołówstwa na zachodnim Bałtyku i handlu na jego południowych wybrzeżach.

W XII i XIII wieku Szczecin zaczął odgrywać czołową rolę wśród miast Pomorza Zachodniego, a jego kupcy coraz bardziej koncentrowali się na handlu rodzimym i polskim zbożem oraz śledziami (handlowano jednak jeszcze wieloma innymi towarami). Korsarstwo przestało być już tak bezpieczne i zyskowne, przestało też przynosić chlubę i „zeszło do podziemia”. Na rynku wewnętrznym Szczecin uzyskał przywilej „prawa składu” i w wiekach XIV i XV zdołał podporządkowywać sobie najbliższe miasta (Dąbie i Police), a także próbował przejąć interesy Stargardu i Gryfina. Spory te toczyły się nie tylko przed sądami książęcymi – dochodziło do formalnych walk, szczególnie ze Stargardem. Między innymi w 1454r. Szczecinianie przegrodzili ujście Iny za pomocą pali dębowych i kamieni… Wiosną 1458 roku silny oddział zbrojny wysłany ze Szczecina zajął stojące u ujścia Iny statki i uszkodził je, a cały fracht zniszczył. Walki pomiędzy flotami obu miast toczyły się nawet na morzu – na pewno brali w nich udział wynajmowani kaprowie (wiadomo, że statki Stargardu dostawały eskortę z Lubeki).

W połowie XIV w. trwałym fenomenem w basenie Bałtyku i Morza Północnego było istnienie potężnej organizacji piratów, tzw. braci witalijskich, którzy za główną bazę mieli wyspę Gotlandię. W szeregach witalijczyków można było spotkać przedstawicieli wszystkich nacji basenu Morza Północnego i Bałtyku, w tym także Kaszubów, a na pewno marynarzy z miast hanzeatyckich, a więc i Szczecinian. Najbardziej znanym z witalijczyków był niejaki Klaus Stoertebecker, który w pewnym momencie poparł Meklemburgię w walkach o spadek po duńskim królu Waldemarze IV (władca Meklemburgii wystawił piratom patent kaperski) przeciwko Duńczykom i przyczynił im niemało problemów, pokonując duńską blokadę Sztokholmu w 1389 roku, a w trzy lata potem zdobywając Bergen w Norwegii.

Pokój zawarty pomiędzy Duńczykami a pozostałymi stronami konfliktu podciął polityczne korzenie bytu piratów-kaprów, a wtedy wsparli ich książęta pomorscy Barnim VI i Warcisław III… nie na długo jednak.

W końcu witalijczycy stali się zbyt groźni dla wszystkich i w 1394roku Hanza, Dania oraz Krzyżacy połączyli swe siły dla ich zwalczenia – latach 1394 i 1398 Szczecin wspólnie z innymi miastami pomorskimi wystawił do tych pacyfikacji 2 kogi z 200 zbrojnymi i 4 statki pomocnicze. W 1398 roku Krzyżacy zdobyli stolicę Gotlandii – Visby, a w trzy lata później flota hanzeatycka pokonała główne siły floty witalijczyków i zniszczyła ich kolejną siedzibę na Helgolandzie. Niedobitki piratów rozpierzchły się, a bractwo formalnie zostało rozwiązane w 1432 roku.

Kupcy i żeglarze szczecińscy utworzyli swoją gildię już w XIV wieku. Kolejno powstały osobne gildie kupców-sukienników i kramarzy. Miały one wspólną siedzibę, zwaną Domem Żeglarza, która służyła im do odbywania zarówno narad w interesach, jak i spotkań towarzyskich. Prawdopodobnie już od XIII wieku zajęcie kupca-korsarza zaczynało tracić zarówno sens ekonomiczny, jak też szacunek otoczenia i dlatego oficjalna historiografia coraz mniej się tym zajmowała – nie znaczy to jednak, że nie istnieli. Na pewno zdarzali się tacy, którzy uprawiali ten proceder bez rozgłosu, jeżeli nadarzyła się taka okazja. Śladem takich wyczynów mogą być pojawiające się zapisy o zaginięciach statków z towarem – dotykało to kupców wszystkich miast i nacji, a nie zawsze przyczyną musiały być złe warunki pogodowe.

Bałtyk aż do 1945 roku był obszarem ścierania się różnych interesów, wojny wielkich na pewno ułatwiały także działalność „małych ryb”. Na pewno też rozliczne ograniczenia handlowe, przesuwające się granice i temu podobne powody przyczyniały się do zjawiska nieco mniej groźnego niż piractwo – do przemytu. Ale to już może być temat na zupełnie inne opowieści…

Wojciech Banaszak

W tekście wykorzystano informacje pochodzące m.in. z:

1/ Dzieje Szczecina, wiek X-1805, pod redakcją Gerarda Labudy

2/ Pomorze poprzez wieki, pod redakcją Jana M. Piskorskiego

3/ Sekrety historii Polski, pod redakcją Barbary Budzianowskiej-Budreckiej

4/ Opowieści i legendy pomorskie, Janusz W. Szymański