Opublikowane przez Busol w Bez kategorii, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Formalnym dokumentem potwierdzającym zajęcie mieszkania był „przydział” od Zarządu Miejskiego, który wydrukowano i wypisano po polsku, jednak wciąż z poniemieckim datownikiem, na awersie niepotrzebnego już druku poniemieckiego. Jeszcze ciekawszym wydaje się być trójjęzyczny dokument, który otrzymywało się wraz z „przydziałem”.

Rocznik urodzenia: 1920. Pokolenie, które w Polsce nazywać się zwykło Kolumbami. Tak, dosięgło ich „kolumbowe” przekleństwo, bo żyli w „ciekawych czasach”, a ich młodość minęła w wojnie nie przez Polskę rozpoczętej.

Józef Węgrzynowicz, choć urodził się w Warszawie, w 1943 roku znalazł się na Białorusi i tam los zetknął go z białoruskimi partyzantami dowodzonymi przez legendarnego „Dida”. Jako, że znał niemiecki, dowództwo chętnie wysyłało go na „dozbrajanie”. Polegało to na tym, że z baniakiem samogonu wsiadał do pociągu, w którym rozpierali się niemieccy żołnierze i częstował ich alkoholem. Kiedy robiło się ciemno, na umówionej stacji wysiadał z bronią skradzioną spitym przez siebie okupantom i tam przesiadał się do podstawionej furmanki. W „lesie” pozostało mu już tylko zdać broń, odpowiedzieć na pytanie „dlaczego broni i amunicji zdobyłeś tak mało, a samogonu zużyłeś tak wiele”, wytrzeźwieć, odpocząć – i znów wrócić do „roboty”.

Brał też udział w akcjach sabotażowych polegających na wykradaniu spadochronów z niemieckich samolotów myśliwskich, które stały na lotniskach polowych. Sabotaż sabotażem, ale były też dodatkowe korzyści – jedwab „szedł” na koszule i sukienki.

Wydawało się, że w końcu opuściło go szczęście – po akcji dywersyjnej w Mińsku wpadł w niemieckie łapy i był pewny, że nie ominie go „rozwałka”… W cudowny niemal sposób wyratowała go młoda dziewczyna, a potem jakoś zakochali się w sobie… Udało im się dożyć końca wojny.

Wrócił z narzeczoną do Warszawy. Tam szukali się wszyscy Warszawiacy, którzy przeżyli i mogli wrócić. Udało mu się odnaleźć swoich bliskich, a nawet urządzić ślub i wesele. W zgliszczach nie znalazł jednak mieszkania dla żony i siebie, a więc, jak wielu innych, zdecydowali się na wyprawę w nieznane – postanowili osiedlić się na „Dzikim Zachodzie”.

Szczecin nie był wtedy spokojnym miastem, o czym można dowiedzieć się choćby z pamiętników Piotra Zaremby. Próbowali tu żyć „normalni” ludzie, ale wciąż jeszcze można było spotkać Niemców, z których nie wszyscy chcieli pogodzić się z konsekwencjami wywołanej przez ich naród wojny. Grasowali też maruderzy „krasnoarmiejcy” oraz polscy szabrownicy. Nie każdy osadnik odważył się na mieszkanie poza ścisłym centrum… Bohater naszej opowieści nie należał do strachliwych – od pułkownika „Krasnoj Armii”, którego odkomenderowano do innego miasta, wyhandlował (płacąc głównie spirytusem) mieszkanie w szeregowcu przy ulicy nazwanej imieniem Jacka Soplicy.

Tak zdobył dom, jednak aby go wyposażyć, pani Węgrzynowiczowa musiała przedsiębrać wyprawy „za tory” (dzisiaj to ulice Waryńskiego, Lindego i dalsze), gdzie można było coś odkupić od Niemców powoli szykujących się do wyjazdu za Odrę lub po prostu brać sprzęty przez nich porzucone. Wyprawy te były dość ryzykowne, bo mało kto z Polaków tam się zapuszczał, jednak nagrodą za to ryzyko były nie tylko rzeczy praktyczne, niezbędne w codziennym życiu, lecz także „coś dla ducha” – na przykład stare meble w niezłym stanie, obrazy lub zbiory przedwojennych i przed-przedwojennych pocztówek o Szczecinie, które już wtedy wydały się niektórym bardzo interesujące…

Formalnym dokumentem potwierdzającym zajęcie mieszkania był przydział” od Zarządu Miejskiego, który wydrukowano i wypisano po polsku jednak z poniemieckim datownikiem, na awersie niepotrzebnego już druku poniemieckiego

Jeszcze ciekawszym wydaje się być trójjęzyczny dokument, który otrzymywało się wraz z „przydziałem”.

Ten wielki papier (dziś już pożółkły i podniszczony) należało powiesić na drzwiach „przydzielonego” mieszkania, aby zarówno Polacy, jak też Niemcy i Rosjanie wiedzieli, że dom został zajęty za wiedzą suwerennych władz polskich i od tego momentu już nikt inny nie będzie mógł tu wejść bez zgody prawowitego właściciela.

Wojciech Banaszak