Opublikowane przez woti w Miejsca.

(…) Wspinając się „do miasta” ulicą Szwoleżerów albo Ku Słońcu, można sobie wyobrazić, jak nad Aleją Piastów wznosiły się umocnienia fortu „Prusy” .
Po tych umocnieniach mogły do dzisiaj pozostać jedynie podziemne kazamaty (jeśli ich nie zasypano) oraz cegły wmurowane w budynki koszar.
Na powierzchni pozostały koszary: budynki mieszkalne, stołówki, ujeżdżalnie, wozownie (później garaże), warsztaty itp. obiekty gospodarcze. Opuszczone i popadające w ruinę warsztaty samochodowe można dziś „podziwiać”, zaglądając przez pozbawione szyb otwory okienne pomieszczeń warsztatowych znajdujących się u zbiegu ulic Głowackiego i Sowińskiego.

Nie trzeba być znawcą historii architektury aby zauważyć, że budynki Uniwersytetu Szczecińskiego znajdujące się pomiędzy ulicami Piastów, Sowińskiego i Kusocińskiego oraz przy ul. Narutowicza mają za sobą koszarową przeszłość. Jak większa część obszaru znajdującego się na zapleczu Dworca Głównego PKP, tereny ograniczone od północy ul. Narutowicza, a od zachodu Aleją Piastów – w okresie „niemieckim”, który nastał w 1720 roku po sprzedaniu Prusakom Szczecina przez Szwedów (za sumę 2 mln talarów) stanowiły bazę dla tutejszych wojsk. Przez kolejne 150 lat, rozbudowywano tu potężne forty: „Nowe Miasto” (od Odry do ul. Potulickiej) oraz „Prusy” (dalej na zachód, do Alei Piastów). Kiedy w 1873 roku cesarz świeżo powstałej Rzeszy Niemieckiej Wilchelm I i jego „Żelazny Kanclerz” Otto von Bismarck wydali „wyrok śmierci” na szczecińskie fortyfikacje – nadal znajdowały się tu koszary. Ta tradycja utrzymuje się zresztą do dziś, jednak od 1990 roku w coraz to skromniejszym wymiarze – między innymi częścią budynków koszarowych wzniesionych na terenie dawnego fortu „Prusy” obdarowano Uniwersytet Szczeciński.

Wspinając się „do miasta” ulicą Szwoleżerów albo Ku Słońcu, można sobie wyobrazić, jak nad Aleją Piastów wznosiły się umocnienia fortu „Prusy” („gwiazda” w prawym dolnym rogu na reprodukcji widoku Szczecina z połowy XVIII wieku).

Reprodukcja widoku Szczecina z połowy XVIII wieku

Po tych umocnieniach mogły do dzisiaj pozostać jedynie podziemne kazamaty (jeśli ich nie zasypano) oraz cegły wmurowane w budynki koszar.

Na powierzchni pozostały koszary: budynki mieszkalne, stołówki, ujeżdżalnie, wozownie (później garaże), warsztaty itp. obiekty gospodarcze. Opuszczone i popadające w ruinę warsztaty samochodowe można dziś „podziwiać”, zaglądając przez pozbawione szyb otwory okienne pomieszczeń warsztatowych znajdujących się u zbiegu ulic Głowackiego i Sowińskiego.

Pamiętam, że w późnych latach siedemdziesiątych i w latach osiemdziesiątych XXw. na terenach byłego fortu „Prusy”, to jest wzdłuż ulicy Narutowicza, stacjonowały między innymi „czerwone berety” (komandosi z Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej), jakieś formacje Wojsk Obrony Terytorialnej Kraju oraz jednostka wojskowa o bardzo pogmatwanej przeszłości, charakterystycznie splecionej z naszą historią najnowszą – były to pododdziały 12 Pułku Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Ziemi Szczecińskiej oraz 12 Samodzielnego Batalionu Pontonowo-Mostowego KBW Szczecin. W 1965 roku KBW zostało rozformowane, lecz brama z alei Piastów nadal prowadziła do „pułku pontonowego”.

O tym, co stało się z podziemiami – w latach osiemdziesiątych nikt nie chciał mówić. Podobno znaleziono tu jakieś wejścia z piwnic, ale zostały „zabezpieczone” i chyba zasypane. Obowiązywała tajemnica wojskowa i nawet oczywisty fakt stacjonowania tu jednostek Wojska Polskiego owiewała mgła tajemnicy. Potwierdzeniem takiego nastawienia wobec omawianego obszaru mogą być różnice widoczne w kolejnych planach tego obszaru:

Plan 1

Plan 2

Fragment pierwszego planu pochodzi z przewodnika Czersława Piskorskiego „Szczecin i okolice” wydanego w 1960r., natomiast drugiego – z planu „Szczecin Centrum” z 1977r.

Od razu widać, że w 1977r. zadbano o zachowanie tajemnicy wojskowej – nie ma nic o terenach podległych wojsku i nawet ”znikły” uliczki znajdujące się na terenie jednostek wojskowych. Zastanawia mnie też, czy na planie z 1960 r. popełniono błąd, czy też później zmieniono nazwę ulicy z Kilińskiego na Kusocińskiego. Nie pamiętam także, czy „za moich czasów” na terenie koszar nie było jednak tabliczek „ul. Modlińska”, „Pl. Monte Cassino” – te nazwy jakoś nie są dla mnie całkiem obce. W przewodniku pana Piskorskiego pomija się jednak cały ten „koszarowy” obszar, jakby nie istniał…

W końcu grudnia 1980r. przydzielono mnie, jako podchorążego Szkoły Oficerów Rezerwy, na „praktykę dowódczą” do „Pułku Pontonowo-Mostowego w Szczecinie” (w rzeczywistości wówczas znałem tylko numer i strzępki plotek o przeszłości tej jednostki). Stacjonował w tych samych budynkach przy Alejach Piastów i ul. Narutowicza, w których dzisiaj rezydują wydziały: Humanistyczny, Przyrodniczy oraz Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego.

Wtedy jednak, zamiast rozsypujących się słupów pozostałych po bramie koszar od strony Al.Piastów, na których szczytach wciąż tkwią „antyczne” latarenki (jakże smętnie odpada dekielek jednej z nich) – wtedy była tu reprezentacyjna brama do koszar. Strzegli jej chłopcy w zielonych mundurach i każdy, kto chciał ją pokonać, musiał opowiedzieć się w biurze przepustek (obecnie chińsko-tajski bar SUKHO THAI, chroniony żółtą tabliczką firmy ochroniarskiej ALKON).

Pamiętam, że minąwszy warty uważnie przyglądałem się butom żołnierzy, a szczególnie oficerów –wiedziałem przecież, że kiedyś był to pułk wchodzący w skład KBW i niektórzy z nich długo nie chcieli pogodzić się z faktem, że zmiany polityczne oraz rozkazy najwyższego dowództwa pozbawiły ich prawa do tradycji noszenia granatowych otoków na czapkach i czarnych oficerek. Byłem poinformowany, że jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych niektórzy z nich byli „niepokorni” i wciąż nosili te atrybuty KBW… w 1980 roku zobaczyłem już tylko brązowe „saperki”.

Nie od rzeczy będzie napomknąć, że jednostki KBW powstały w maju 1945r. i były wykorzystywane przede wszystkim do zwalczania polskiej partyzantki opozycyjnej (AK, WIN, NSZ itp.) oraz przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii w Bieszczadach. Jednocześnie niektóre jednostki KBW stały się „ochroną” najwyższych władz i strategicznych obiektów państwowych, komunikacyjnych, gospodarczych itp. – tę rolę po rozwiązaniu KBW pełniły dalej Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe – do końca (zostały rozwiązane w 1999r.) wyróżniające się m.in. czarnymi oficerkami na nogach żołnierzy.

„Mój pułk” nie wydawał się już tak potrzebny dla „obrony wewnętrznej”, więc przekształcono go w okrojoną liczebnie jednostkę „skadrowaną” – stanowił odwód dowództwa okręgu w Bydgoszczy, który w momencie ogłoszenia mobilizacji miał rozwinąć się do wielkości brygady pontonowo-mostowej i zapewnić w kilku różnych miejscach przeprawy przez Odrę dla prących „na Hamburg” jednostek polskich i radzieckich. Realistycznie zakładano przy tym, że po przejściu nacierających wojsk za Odrę – brygada praktycznie przestanie istnieć (wskutek wykrwawienia w obronie przepraw). O tym, że nie przewidywano naszego udziału w „otwartym boju” może świadczyć fakt, że na wyposażeniu tej jednostki wciąż znajdowało się niewiele karabinków automatycznych Kałasznikowa – zamiast nich podstawowym uzbrojeniem były „muzealne” pistolety maszynowe Sudajewa (PPS wz. 1943) – być może takie same widzieliście na „Czterech Pancernych”. Miałem nawet okazję „przestrzeliwać” fabrycznie nowe egzemplarze – wyjmowało się je z fabrycznych skrzyń wymoszczonych trocinami i odwijało z natłuszczonego papieru; trzeba było bardzo uważać, aby nie powalać przy tym munduru smarem konserwacyjnym…

Pewnej nocy, a było to w pierwszych miesiącach 1981 roku, kiedy przez Polskę przetaczała się kolejna fala strajków, ogłoszono „cichy alarm” i kazano zostać w koszarach nawet oficerom zamieszkującym „na mieście”. Żołnierzom służby zasadniczej wstrzymano przepustki, a „kadra” musiała zapomnieć, jak to fajnie spać we własnym domu…

Siedzieliśmy w piątkę w małym pomieszczeniu, którego okno wychodziło na wewnętrzną uliczkę koszar (dziś ul. Sowińskiego). Kilka ciemnozielonych STAR’ów, wyposażonych w ławki i zielone plandeki, zostało wyprowadzonych z garaży i innych miejsc parkowania (wtedy do pułku należały wszystkie place w kwadracie ulic Sowińskiego-Głowackiego-Narutowicza-Kusocińskiego). Ciężarówki stały obok hali sportowej, uszykowane w niewielką kolumnę skierowaną ku bramie prowadzącej na ulicę Kusocińskiego. Z rosnącym niepokojem obserwowaliśmy, czy nie rośnie zamieszanie wokół tych pojazdów, a każde odpalenie silnika przyprawiało nas o starannie ukrywane drżenie serca – mogło oznaczać, że za chwilę dostaniemy rozkaz wyprowadzenia żołnierzy na ulice miasta! W pamięci każdego z nas wciąż tkwiły tragiczne wydarzenia grudnia 1970: dym nad płonącym gmachem KW PZPR przy Placu Żołnierza (dziś PKO S.A.), prawdziwe i przesadzone wiadomości o zabitych robotnikach, dzieciach ginących od zabłąkanych kul… o rozszarpaniu jakiegoś milicjanta przez tłum, o wyjściu wojska i czołgów na ulice miasta. W 1980 roku nadal mało kto wiedział, ile tych ofiar było naprawdę (mówiło się nawet o stu zabitych stoczniowcach) i żaden z nas nie miał ochoty znaleźć się na ulicy w obliczu wzburzonych ludzi, którzy zapragnęli zmiany na lepsze.

Nie pamiętam, który z nas pierwszy przerwał milczenie – padło pytanie, czy każą nam pobrać broń i ostrą amunicję. Ktoś stwierdził, że wypuszczenie „chłopaków” w miasto bez pałek to gotowe nieszczęście, a wojsko na pewno nie powinno być wykorzystywane do takich zadań, że „od tego są milicja i ZOMO”. Wypowiedzi były różne, tak różne, jak różne były nasze poglądy płynące z różnych doświadczeń życiowych: jeden z młodych oficerów był „świeżo” po szkole wojskowej i nawet nie zdążył „liznąć” cywilnych problemów dnia codziennego (chyba dzięki kilkuletniej izolacji w koszarach wydawał się najbardziej skłonny do szybkiego rozprawienia się z „wichrzycielami”). Jego nieco starszy kolega miał dzieci, słabo zarabiającą żonę pielęgniarkę i zdawał się rozumieć, że ludzie „na mieście” często mają uzasadnione powody do narzekania i strajkowania, a nawet do wyjścia na ulicę i głośnego protestu (jego skłonność do „akcji bezpośredniej” była znacznie mniejsza od młodszego kolegi). Sympatyczny chorąży o pseudonimie „Sęp” nie próbował „filozofować” – otwarcie oświadczył, że „ma to wszystko gdzieś” i po prostu chciałby, aby „ten cały ambaras skończył się zaraz”, i że chciałby jak najszybciej znaleźć się w swoim własnym domu. „Bażant” (podchorążych SOR, chyba z racji biało-czerwonych obszyć na pagonach, zwano potocznie bażantami) słuchał i zadawał ostrożne pytania, nie mając dość odwagi na wyjawienie własnego zdania.

Jedynym, który w ogóle nie zabierał głosu, był najmłodszy stopniem, ale najstarszy wiekiem, choć przecież wcale nie wiekowy – siwowłosy sierżant. Wydawało się nawet, że przysypiał na swoim krzesełku i te nasze pogwarki wcale go nie obchodzą. Kiedy jednak zaczęliśmy rozważać, co i jak trzeba będzie zrobić, jeśli każą nam załadować się do ciężarówek, a potem znajdziemy się w obliczu jakiejś manifestacji, nie wytrzymał:

– Panowie, przestańcie gadać, bo to wszystko i tak są wierutne bzdury! Żaden z was nie wie teraz, co zrobi w takiej sytuacji!

Wszyscy obrócili się ku niemu ze zdziwieniem i jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że on jest tutaj najmłodszy stopniem, a pozwala sobie na tak obcesowy ton. Tymczasem sierżant podniósł palec wskazał na swoje siwe włosy:

– Widzicie to? Nabawiłem się tego właśnie w siedemdziesiątym roku. Wtedy wysłano nas do miasta, z ostrą bronią i tym wszystkim…

– Był pan tam? Gdzie?

– Był pan pod KW? Może koło więzienia na Kaszubskiej? Koło dworca kolejowego? – padały pytania. W końcu każdemu z nas obiły się o uszy jakieś wieści z tamtych dni, ale nikt nie słyszał o tym z pierwszej ręki.

Sierżant patrzył na nas z rosnącym zniecierpliwieniem i można było nawet dojrzeć na jego twarzy coś w rodzaju pogardy. Czyżby drażniła go nasza ciekawość? W końcu podniósł się ze swojego miejsca i wypalił:

– Młodzi jesteście i niewiele rozumiecie. Tamte dni były tak straszne, że nawet nie chcę o tym pamiętać. Nie mam drugiej głowy do siwienia i jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że nie chciałbym po raz drugi znaleźć się w podobnej sytuacji – wyrzuciwszy to z siebie zabrał czapkę ze stołu i szybko opuścił nasze towarzystwo.

Miałem szczęście – wtedy jeszcze nie wyprowadzono wojsk na ulice, a kiedy nastał stan wojenny, byłem cywilem.

23 maja 2004r. obszedłem to, co pozostało po koszarach „mojego pułku”. Uniwersytet przejął tylko część terenu jednostki, nie jest też odpowiedzialny za resztki danej bramy do koszar i stare mury z czerwonej cegły, te od strony ul. Kusocińskiego. Te mury wciąż jeszcze na niektórych odcinkach są otynkowane na szaro i nadal zwieńczone są koroną z drutu kolczastego. Pamiętam, że nie stanowił on wielkiej przeszkody dla żołnierzy, którzy odczuli nieodpartą potrzebę odwiedzenia miasta, choćby nielegalnie. Na drutach można było się pokaleczyć lub zostawić kawałek ubrania, ale o wiele większe zagrożenie powstawało wtedy, kiedy wartę obejmował młody rocznik – o tym zdarzeniu informowano już kilka dni naprzód. Nie wiem, ile było w tym prawdy, ale „za moich czasów” głośno komentowano fakt ciężkiego postrzelenia jednego z żołnierzy, który wracając z „lewizny” wylazł na mur wprost nad takim młodym wartownikiem – kula rozpruła mu jamę brzuszną i płuca. Nie wiem, czy przeżył…

Dawne place wypełnione „pontoniakami”, „brzegówkami”, potężnymi URAL-ami mającymi holować przyczepy z kutrami i temu podobnym sprzętem – są teraz puste lub zamienione na prywatne parkingi i różne warsztaty. To logiczne – podobne funkcje pełniły w końcu i dla wojska.

Na rogu Narutowicza i Kusocińskiego jest budynek w kolorze czerwono-żółtym, w którym obecnie mieści się Wydział Prawa i Administracji. W roku 80-tym nie wchodziło się do niego od szczytu (ta przybudówka nie istniała), lecz przez jedno z dwóch wejść od strony „podwórka”. Sąsiadujące z nim kasyno wojskowe funkcjonowało także wtedy – przemykaliśmy się tam niewielką furtką znajdującą się przy narożniku „naszego” budynku, bacząc pilnie, aby nie zauważył nas dowódca trzeciego batalionu (pomieszczenia jego sztabu mieściły się w dzisiejszym hotelu „Kapitan”). Droga, która dziś prowadzi w okolice wejścia do tego hotelu, dawniej była brukowana i prowadziła znacznie dalej, aż do ul. Sowińskiego, w pobliże sali gimnastycznej (dziś hala sportowa Instytutu Kultury Fizycznej – w XIX w. podobno była ujeżdżalnią koni). Oczywiście, w latach osiemdziesiątych tej jezdni nie zamykała żadna żelazna, pordzewiała brama, a bruk nie był zasypany (może wcześniej go zdjęto?).

Niedostępna dla nas była natomiast dzisiejsza ulica Głowackiego. Wtedy znajdowały się tam budynki innej jednostki wojskowej, chyba Wojsk Obrony Terytorialnej Kraju (jej żołnierze byli między innymi wykorzystywani przy budowie Zakładów Chemicznych w Policach). Tę jednostkę żartobliwie zwano „wojskami rakietowymi: łopata-ziemia-powietrze”. Obecnie przy tej ulicy nadal mieszczą się instytucje związane z administracją wojskową.

Nie od rzeczy będzie poinformować, że asfaltowy plac, wokół którego rozlokowały się budynki bibliotek oraz katedr filologii, prawa i przyrody w oczywisty sposób był wykorzystywany do przeróżnych parad, musztr i odpraw (skoszarowane tu były dwa pierwsze bataliony). To tutaj dowódca pułku łajał majorów, potem majorzy strofowali kapitanów – i tak aż do ostatniego szeregowego, który niekoniecznie się tym wszystkim przejmował… Nigdy nie zapomnę, jak na jednym z takich „treningów” polecono mi poprowadzić pluton wzdłuż krawędzi placu, a potem wydać komendę stosowną do okoliczności (poprawnie: „w tył na lewo marsz!” albo „na lewo marsz!”). Do dziś nie wiem, co sobie wtedy uroiłem, bo wrzasnąłem głośno (na szczęście nie nazbyt wyraźnie): „w tył na lewo-prawo marsz!!!”. Któryś z żołnierzy parsknął śmiechem, kątem oka zarejestrowałem kilka zdziwionych spojrzeń (coraz weselszych) i w końcu spokojny, teatralny szept kaprala, który szedł niedaleko ode mnie:

– W tył na lewo i dobrze mi przyklepać na zakręcie!

Stało się według rozkazu kaprala i tym razem odniosłem nawet wrażenie, że pułkownikowi i majorom dość podobała się nasza hałaśliwa parada.

Poniżej rzeczonego placu znajdują się romantyczne zarośla z równie romantycznymi ścieżkami, które w maju pełne są bieli, zieleni i słonecznej wilgoci. Żwirową dróżką, tak jak dawniej, można dotrzeć do miejsca, które na współczesnym planie miasta nazywa się Placem Wojska Polskiego – wciąż tam jest boisko sportowe i resztki strzelnicy zrytej tajemniczymi wykopami, z których niektóre na pewno były ukryciami dla obsługi strzelnicy, jednak przeznaczenie innych jest dla mnie słabo zrozumiałe.

Jak by jednak nie było, właśnie stąd najlepiej można ocenić, jaką przewagą wysokości nad pobliskim terenem dysponowało zwieńczenie fortu „Prusy” – to robi wrażenie!