sedina.pl » Blog Archive » Pamiętnik Hansa (2)
Główna » Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Szczecinianie

Pamiętnik Hansa (2)

30 stycznia 2010 2 579 odsłon 11 komentarzy

Rozdział II

Rodzina mojej matki?

Wielu ludzi mną kierowało i kształtowało moje życie. Pozwólcie, że przedstawię Wam skąd się wywodzę. Rodzina mojej matki osiedliła się około 1800 r. w mieście Stettin (wym. shte-teen), nieopodal ujścia rzeki Odry. Szczecin jest położony ok. 50 mil (80 km) od Morza Bałtyckiego i 70 mil (ponad 110 km) na północny wschód od Berlina. Miasto miało trzeci pod względem wielkości port w Niemczech i było stolicą Pomorza. Dzisiaj jest to polskie miasto o nazwie Szczecin.

[...] Gustav Adolf Toepffer (ur. 1805 r.) został ważnym i wpływowym biznesmenem. Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie handlu, został mu przyznany tytuł „Kommerzienrat”. Został on także delegatem do Pomorskiego Zgromadzenia Ustawodawczego. 19 października 1833 r. poślubił Elise Caroline Grawitz (ur. 1810 r.). Urodziło się im trzech synów i córka. Wujek Viktor był najstarszym synem.

Nieistniejący od 1940 r. budynek zwany Prinzessinschloß (teren dzisiejszego Grabowa), który Gustav Adolf Toepffer zakupił w 1851 r. i zamieszkiwał aż do swojej śmierci.

W 1862 r. G. A. Toepffer i jego szwagier, Heinrich Grawitz (ur. 1813 r.), który także odnosił sukcesy jako biznesmen oraz przewodniczył związkowi kupieckiemu (Kaufmannschaft), wspólnie założyli Fabrykę Cementu Portlandzkiego „Stern” Toepffer, Gravitz & Co. („Stern” to po angielsku „Star”, a po polsku „Gwiazda”). Rodzina Grawitzów zamieszkiwała Szczecin od 1710 r. Spore pokłady wysokogatunkowych surowców (kredy i gliny) niezbędnych do produkcji cementu, odkryto we wzgórzach 4 mile (ponad 6 km) na wschód od miasta, nieopodal małej miejscowości Finkenwalde (Zdroje), które znajdowały się tam dzięki epoce lodowcowej (morena). [w rzeczywistości w Zdrojach wydobywano wapień i kredę, a glinę w pobliskich Podjuchach – przyp. tłum.] Fabryka została strategicznie zbudowana na skraju kopalni wapienia (Kreidegrube), z dostępem do Odry (Regalicy) oraz do linii kolejowej.

Kanał prowadzący do Regalicy, używany niegdyś przez fabrykę.

Fabryka szybko się rozwinęła dzięki nowej technologii produkcyjnej, wynalezionej na wyspie Portland w Anglii, którą to wykorzystywano w fabryce. W następnych 20 latach na wielu międzynarodowych wystawach przyznawano fabryce specjalne wyróżnienia i pochwały za bardzo wysoką jakość wyrobów, np. w Filadelfii w Stanach Zjednoczonych (1876 r.), w Sydney w Australii (1879/1880 r.) czy w Austrii. Wkrótce Fabryka „Stern” była znana na całym świecie. Warto odnotować, że Fabryka Cementu Portlandzkiego „Stern” Toepffer, Gravitz & Co. miała swojego przedstawiciela o nazwisku Gustav Grawitz nawet w Nowym Jorku (przy Broadway 165). Wujkiem Grawitz był współzałożyciel fabryki Heinrich Grawitz. Heinrich nie dożył czasów, gdy fabryka cementu odnosiła sukcesy. Umarł w 1875 r. Gustav Adolf Toepffer umarł w 1883 r., a jego najmłodszy syn, Albert Eduard Toepffer (ur. 1841 r.) przejął zarządzanie fabryką.

Fabryka Cementu Portlandzkiego „Stern”.

Już wkrótce początkowa produkcja cementu w wysokości 236 ton wzrosła do pół miliona ton. W 1905 r., obok wytwarzanego już zwykłego cementu, uruchomiono produkcję białego cementu. Owa nowość została bardzo dobrze przyjęta, a istniejące od dawna zapotrzebowanie w dziedzinie wytwarzania sztucznego kamienia zostało zaspokojone. Pojawili się regularni odbiorcy zarówno w kraju, jak i za granicą.

Do 1903 r. surowiec był wydobywany z pokładów znajdujących się w Zdrojach. Z czasem stało się jasne, że zasoby okażą się niewystarczające, stąd zaistniała potrzeba znalezienia nowych źródeł. Zakupiono majątek Klein Stubben na wyspie Rugia, na którym występowały obfite pokłady kredy. Flota dwóch holowników i dziewięciu barek transportowała surowiec przez Bałtyk trasą z Rugii przez port szczeciński aż do Zdrojów. Od tego czasu lokalne wyrobisko kredy było używany jedynie w wyjątkowych sytuacjach, jak na przykład zimą, gdy szlak wodny był zamarznięty lub nie nadawał się do użytku. Fabryka Cementu Portlandzkiego „Stern” położyła silne podwaliny, na których moja rodzina zbudowała swoje bogactwo.

Powróćmy do samej rodziny. Albert Eduard (mój pradziadek) miał siedmiu synów. Byli to Hans, który zmarł jako dziecko, Helmut, mój dziadek (ur. 1876 r.), Fritz (ur. 1878 r.), Bruno (ur. 1879 r.), Robert (ur. 1882 r.), Peter (ur. 1884 r.) i Werner (ur. 1888 r.). Wszyscy oni byli interesującymi postaciami i wpłynęli na moje życie.

Albert Eduard został uhonorowany pruskim tytułem królewskim „Kommerzienrat”, tak jak jego ojciec. Był dobrze znaną osobistością w Szczecinie, a wedle fotografii wykonanych w późniejszym wieku, jego postać z długą białą brodą rzucała się w oczy: prawdziwy patriarcha rodziny, jak sobie właśnie wyobrażamy tego typu ludzi. Filantrop; jego pokaźne darowizny na rzecz Szczecina zaowocowały ulicami i wielkim parkiem nazwanym jego imieniem. Był również kolekcjonerem włoskiej sztuki renesansowej. Najbardziej wpływową i najwybitniejszą postacią spośród sześciu chłopców okazał się mój dziadek. Mierzył ponad 6 stóp (grubo ponad 180 cm) i w głowie mi się mąci na samą myśl o jego życiu. Helmut Toepffer urodził się 1 września 1876 r. Wkrótce okazało się, że był bardzo błyskotliwy. Wcześnie rozpoczął studia na uniwersytecie i otrzymał doktoraty z dwóch dziedzin – z filozofii i chemii. Jako młody mężczyzna koncentrował się na wielkich celach, co niedługo zobaczymy.

Teraz wkraczamy w XX stulecie. 3 sierpnia 1900 r. mój dziadek ożenił się z Else Grawitz, urodzoną 11 września 1878 r. Tak, dobrze słyszeliście. Else była wnuczką Heinricha Grawitza, współzałożyciela Fabryki Cementu Portlandzkiego „Stern”. Byli ze sobą daleko spokrewnieni, ponieważ babcia Helmuta była siostrą Heinricha. To umocniło (wręcz scementowało) właścicieli fabryki cementu. 17 czerwca 1901 r. przyszła na świat ich jedyna córka, Ruth, czyli moja mama. Jako dziecko miała angielską opiekunkę, która uczyła jej swojego języka jeszcze przed niemieckim. W tamtych czasach arystokratyczne rodziny zatrudniały przeważnie angielskie guwernantki. W wieku 4 lat Ruth otrzymała swojego własnego malutkiego kuca i towarzyszyła swoim rodzicom podczas porannych przejażdżek konnych w lesie znajdującym się nieopodal ich domu. Pamiętacie złoża kredy i gliny w Zdrojach?

Wokół znajdował się park o powierzchni około 500 akrów (ok. 200 hektarów), który został zakupiony razem z posiadłością. Ten pagórkowaty krajobraz był naturalnym rajem pełnym starych buków, rosnących gdzie tylko się spojrzało. Cały teren nazywał się Buchheide (po polsku Puszcza Bukowa). W miarę upływu czasu obszar ten stał się ulubionym miejscem dziennych wycieczek dla mieszkańców Szczecina, którzy kochali naturę. Mniej więcej w 1906 r. mój dziadek wzniósł swoją rezydencję w parku, w odległości około mili (ponad półtora km) od ulicy. Wkrótce pałac stał się znany jako „Parkhaus” (dom w parku). Zalety były liczne: wspaniała posiadłość była łatwo dostępna, ponieważ znajdowała się w posiadaniu właściciela fabryki cementu, dzieliło ją kilka kroków od biur fabryki, zakłady zaś wytwarzały własny prąd, a pałac został podłączony do tej sieci. Nawet podczas wojny dostarczano posiadłości niezbędną energię. Prądu nigdy nie brakowało.

Rezydencja Toepfferów w czasach swojej świetności.

Tylko tyle pozostało po pałacu, który – choć przetrwał zawieruchę wojenną – ulegał stopniowej dewastacji w czasach, gdy ziemie zachodnie i północne przejęli Polacy.

Wjazd, który wiódł do samego pałacu, był przyozdobiony piękną bramą, w której posiadanie dziadek wszedł podczas międzynarodowej wystawy w Paryżu. Wzdłuż drogi do domu wybudowano stajnie dla koni oraz kwatery dla lokaja i woźnicy, do których to prowadziła druga brama. W niższej partii parku znajdowała się sztucznie utworzona grota ze stalaktytami i stalagmitami, które były pięknie podświetlone wielobarwnym światłem. Pracownicy fabryki bawili się tam na festynach, zabawach i piknikach.

Przed wejściem do groty znajdowały się dwa duże łuki: jeden gruby i ciężki, wykonany z normalnego cementu, a drugi znacznie cieńszy, z żelbetu. Oba obiekty odznaczały się jednakową wytrzymałością na rozciąganie i prezentowały zalety niedawno wynalezionego betonu. Na szczycie łuków zbudowano pawilon muzyczny w subtelnym stylu japońskim, który pełnił funkcje rozrywkowe. Polacy żyjący tam obecnie wciąż używają groty. Przerobili ją na piękną restaurację. [obecnie grota, mieszcząca się przy ul. Grabowej, nie jest użytkowana, choć niedawno wyłoniono w przetargu nowego dzierżawcę – przyp. tłum.] Pawilon muzyczny i łuk z żelbetu nie przetrwały.

Grota Toepffera jeszcze w kompletnej scenerii. W czasach powojennych Polacy nie wiedzieć czemu, nazywali ją Grotą Göringa.

A teraz zobaczmy, co pamiętam ze wspaniałego domu, gdzie spędziłem tak znaczną część mojej młodości. Mam oficjalną wycenę kolekcji sztuki mojego dziadka z 1938 r., służącą do celów ubezpieczeniowych, która pomaga mi przypomnieć sobie to wszystko. Sam spis mógłby wypełnić całą książkę; bezcenne skarby, z których żaden nie przetrwał wojny. Stracone, przepadły! Pozostało tylko wspomnienie tego, co było.

„Parkhaus” miał 30 pokoi, nie licząc pomieszczeń gospodarczych, takich jak kuchnia i spiżarnie. Poza dwoma głównymi sypialniami i garderobami na drugim piętrze znajdowało się dziewięć pokoi gościnnych i łazienki. Ponieważ w owych przedpotopowych czasach przemieszczanie się nie było łatwe, bo opierało się w głównej mierze na powozach konnych (pół godziny jazdy powozem ze stacji kolejowej), przyjęte było, że goście czy przyjaciele zatrzymywali się na noc.

W domu przewidziano również palarnię, gabinet do pisania dla pań, gabinet do pracy, ogród zimowy (przeszklone pomieszczenie), pokój do gry w bilard i obszerną bibliotekę z około 5 tys. woluminów (nie liczyłem ich, ale nie podaję w wątpliwość tej liczby). Wśród nich znajdowały się 92 tomy „Dzieł zebranych” Voltaire’a w skórzanej oprawie oraz 15 tomów dzieł króla pruskiego Fryderyka Wielkiego, opublikowanych w 1788 r., dwa lata po jego śmierci. I zapewniam was, nie było tam tanich książek w miękkiej oprawie! Był też pokój w stylu wschodnioazjatyckim, w którym znajdowały się dwie skóry lamparcie, posąg Buddy na postumencie w formie lotosu, ręcznie malowane, dwuczęściowe parawany wykonane z jedwabiu z Azji Wschodniej, a także – co dla mnie osobiście jest najbardziej intrygujące – dwa kły słoniowe. W mroźne zimowe noce we wspaniałym westybulu palił się ogień w dużym kominku, przed którym wygodnie się rozsiadałem na skórze z białego niedźwiedzia, co wciąż pamiętam. Liczne przedpokoje i przejścia również miały swoje skarby. Moja babcia była zapaloną miłośniczką historii miasta Szczecin. Zebrała 135 bezcennych historycznych drzeworytów, miedziorytów, fotografii i kolorowych grafik w ramkach, z których niektóre miałyby dziś ponad dwieście lat. Była to największa kolekcja nie znajdująca się w muzeum. Zbiory wyeksponowane były w jednym z korytarzy, łączących pokoje. Mieliśmy również dużą jadalnię, której sufit i ściany wyłożone były drewnem tekowym ze wschodniej Azji. W boazerii umieszczone zostały kopie pięknych scen ulicznych, namalowanych przez słynnego Hiszpana, Bartolomé’a Estebana Murillo (1618–1682). Duży stół jadalny, krzesła oraz kredensy (wszystko znajdowało się w jadalni!) były wykonane z tego samego drewna. Przypuszczam, że drewno tekowe zostało zakupione w Birmie podczas podróży dookoła świata, jaką odbyli moi dziadkowie w 1922 r.

Całym majątkiem opiekowało się dziewięciu członków służby: kamerdyner, dwie pokojówki, kucharz, stajenny, ogrodnik z dwoma pomocnikami oraz szofer. Podczas dużych spotkań, bankietów i przyjęć służbie pomagały żony kamerdynera i szofera.

Dziadek Toepffer odziedziczył fascynację renesansowymi przedmiotami po swoim ojcu. Około 1909 r., aby ukoronować swoją kolekcję, poprosił i otrzymał specjalną autoryzację Watykanu, aby zlecić wykonanie marmurowej kopii rzeźby Mojżesza dłuta Michała Anioła, w wymiarach oryginału. Oryginał znajduje się w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Pracę zlecono niemieckiemu rzeźbiarzowi Bernhardowi Bleekerowi. Nie mam pojęcia, jak długo zabrało mu rzeźbienie, ale posąg przesłano bezpośrednio z Rzymu do Zdrojów.

Kopia rzeźby Michała Anioła „Mojżesz”.

W miarę, jak zbiory sztuki należące do dziadka się rozrastały, powstało pytanie, co z nimi zrobić. Logiczna odpowiedź brzmiała: przekazać miastu Szczecin w darze. Jako że rzeczywiście rozmiary kolekcji stały się problemem, a powstawał właśnie budynek nowego muzeum (ukończony w 1913 r.), rodzina Toepfferów zaproponowała dyrektorowi muzeum, Walterowi Riezlerowi, przekazanie kolekcji, z zastrzeżeniem, że cała kolekcja musi być wystawiona w jednym pomieszczeniu poświęconym Toepfferom. Riezler i Helmut Toepffer nie porozumieli się i cały projekt porzucono. Potem już nigdy ze sobą nie rozmawiali. Ale był jeden wyjątek: Toepffer podarował ogromny posąg konny weneckiego przywódcy wojsk Bartolomeo Colleoniego, wykonany z brązu. Oryginał autorstwa Bartolomeo del Verrochio (1446–1488) jest wystawiony w Wenecji, we Włoszech. Kopię, o której mowa, umiejscowiono pod środkową kopułą nowego muzeum, jako że była ona zbyt wielka, aby wystawić ją we wnętrzu sali. (Nawiasem mówiąc, budynek muzeum przetrwał II wojnę światową, a posąg Colleoniego został po wojnie przewieziony do Warszawy, ale po 58 latach powrócił i można go teraz oglądać na jednym z placów miasta).

Po klęsce w kontaktach z muzeum, dziadek postanowił dobudować własne muzeum do swojego domu. Z tyłu oryginalnego budynku usunięto połowę wzgórza, aby pomieścić dobudówkę. Sala musiała mieć klasyczne wymiary: 8 m wysokości, 12 m szerokości i 24 m długości, czyli niespełna 300 m kw. Można by tam zmieścić przeciętnej wielkości dom. Oj, były korzyści z posiadania fabryki cementu! Sama wysokość pomieszczenia była imponująca. „Mojżesz” dominował w niszy, znajdującej się na środku, naprzeciw wejścia w tylnej ścianie.

Kopia rzeźby Vischera „Teodoryk”.

Tak wygląda oryginał rzeźby króla Artura.

Dwie statuy zdobiły obie strony dużego kominka, mieszczącego się przy długiej ścianie pomieszczenia. Były to kopie dzieł Piotra Vischera (1487–1528), przedstawiające Teodoryka (władcę Włoch w latach 493–526) oraz króla Artura (legendarnego króla w starożytnej Brytanii). [dane dotyczące rzeźbiarza podane przez autora częściowo nie pokrywają się z informacjami podawanymi przez inne źródła; autor podał nazwisko malarza w formie Visher, a lata jego życia wyznaczył na 1524–1608 – przyp. tłum.] Oryginały rzeźb znajdują się na grobowcu Cesarza Maksymiliana I (1459–1519) w Innsbrucku, w Austrii. W tej wspaniałej sali znajdowało się również 29 siedzisk (17 krzeseł oraz 12 foteli) umiejscowionych wokół dużego, długiego stołu wykonanego z ogromnego pojedynczego pnia drzewa. Siedzieć tam mogło wygodnie ponad 30 osób. Tego samego nie można było powiedzieć o XV- i XVI-wiecznych krzesłach renesansowych. Ale niewątpliwie były one piękne. Wzdłuż ścian stały włoskie kufry i niskie meble [w oryginale credenza(s), z wł. wiara, zaufanie; były to meble popularne w drugiej połowie XIX w., podobne kształtem do skrzyń, ale otwierane z przodu – przyp. tłum], pochodzące z XVI i XVII stulecia, na których leżały liczne książki z tego samego okresu. Obok tych okazów sztuki, wokół tego prywatnego „muzeum”, zostały powieszone dodatkowo płótna olejne. Jednym z cenniejszych był obraz olejny hiszpańskiego artysty Jusepe de Ribera (1591–1652), znany pod tytułem „Głowa starca”. [data narodzin artysty podana przez autora to 1588 r. – przyp. tłum.] Dziadkowie mieszkali w eleganckim domu pełnym rzadkiej sztuki i skarbów. W warunkach materialnych, które opisałem, przyszła na świat moja mama.

Spotkanie rodzinne Toepfferów.

Mój dziadek, Helmut, był powołany do wyższych celów. W 1910 r., wraz z międzynarodowym koncernem z Kopenhagi (Duńskie Przedsiębiorstwo Wschodnioazjatyckie), założył na przedmieściu Szczecina olejarnię – Szczecińską Olejarnię (Stettiner Ölwerke). [olejarnia mieściła się na skraju Züllchow czyli dzisiejszej dzielnicy Szczecina – Żelechowy, w majestatycznym budynku przy obecnej ul. Dębogórskiej 31-33; od zakończenia wojny mieściły się tam zakłady produkcyjne (jako ostatni – odlewnia metali kolorowych); następnie budynek stał pusty i popadał w ruinę; obecnie trwają starania o przywrócenie go do dawnej świetności i ulokowanie tam społecznej szkoły baletu. – przyp. tłum.] W 1913 r. aż 50 tys. ton soi przybyło bezpośrednio z Władywostoku w Rosji. W Szczecinie z ziaren soi tłoczono olej, a następnie go rafinowano, aby otrzymać produkt wysokiej jakości, podobny do oliwy z oliwek. Był on używany do produkcji margaryny i oleju do sałatek. Odpady z produkcji z wysoką zawartością protein, służyły jako dodatek do paszy dla zwierząt hodowlanych. Ponieważ szczecińska olejarnia odniosła sukces, w 1915 r. otworzono drugą rafinerię w Hamburgu, „Olejarnię Toepffera” (Toepffers Ölwerke).

Widok na olejarnię na Żelechowie w połowie lat dwudziestych XX w.

… i stan obecny olejarni.

Przed wybuchem I wojny światowej mój dziadek został członkiem korpusu dyplomatycznego i przekazał zarządzanie cementownią swojemu najmłodszemu bratu, Wernerowi, który nadzorował codzienną działalność aż do 1943 r., gdy zmarł z powodu raka.

PS

Skontaktowałam się mailowo z Hansem H. Saltzwedelem w sprawie zgody na umieszczenie tłumaczenia powyższego fragmentu jego książki Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl. Bardzo szybciutko odpisał na moją wiadomość i zgody tej udzielił, z czego bardzo się ucieszyłam. Taka sama zresztą radość towarzyszyła samemu autorowi z powodu zainteresowania losami rodu jego matki i jego samego. Przesłał również fotografię z promocji swojej książki i wyjaśnił nam „raz na zawsze”, że nazwisko jego przodków pisze się przez „oe”, a nie „ö”. Hans H. Saltzwedel poinformował również, że tłumaczy swoje wspomnienia na język niemiecki – jak napisał – dla swoich przyjaciół w tym kraju (jest już w połowie), a następnie planuje je wydać. Wydana w 2005 r. w Stanach Zjednoczonych książka jest do nabycia np. drogą internetową, na razie jedynie po angielsku (pracuję, aby dostać ją w swe macki). Zobaczymy, czy doczekamy się kiedyś polskiej wersji.

Opracowując tekst korzystałam m.in. z:

M. Łuczak, Szczecin Zdroje – Finkenwalde, Szczecin 2008.

Renesans zabytku?, „Kurier Szczeciński”, 3 VI 2009 r.

http://backyardpublisher.com

http://hansjournal.com

http://sawaal.ibibo.com

Zdjęcia pochodzą ze stron: http://sealplaques.com; http://backyardpublisher.com; http://albert-gieseler.de oraz zbiorów Hansa H. Saltzwedela, zasobów własnych autorki tłumaczenia i Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl.

Małgorzata Zalewska (gozal)



11 komentarzy »

  • Bartosz Ulka napisał:

    Ksiazka jest bardzo interesujaca. Przeczytalem w calosci w wersji anglojezycznej. Wyslalem tez maila do autora Hansa Saltzwedela z pytaniem, czy nie chcialby wydac jej na rynku szczecinskim. Niestety nie otrzymalem odpowiedzi.
    Moze sam portal Sedina.pl powinien wystapic z taka inicjatywa do Autora tej ksiazki?
    Pozdrawiam

  • gozal napisał:

    Właśnie: a zgadza się pan tłumaczyć lub już ma narajonego tłumacza oraz wydawnictwo? Bo jeśli nie, to raczej propozycja, żeby ktoś za nas ruszył temat, nie jest zbyt mile widziana na tym portalu… Takie propozycje na sucho to nie bardzo…
    Szczerze mówiąc, myślałam już, żeby przetłumaczyć tę książkę – dla siebie do szuflady, a może nawet po to, aby pokazać jakiemuś wydawnictwu po uzyskaniu zgody autora na ubieganie się na publikację po polsku, lecz:
    1) wciąż czekam, aż mi siostra prześle książkę wydaną w języku angielskim, a w związku z tym:
    2) nie wiem, czy reszta tekstu byłaby tak łatwa i przyjemna do tłumaczenia jak powyższe dwa fragmenty i czy byłoby mi łatwo pogodzić pracę nad tłumaczeniem z codziennymi obowiązkami; w końcu
    3) czy moje tłumaczenie spełniłoby oczekiwania wydawcy (zawodowym tłumaczem nie jestem, choć “siedzę” na co dzień w języku).

  • gozal napisał:

    He he, zauwazyłam błąd:
    “Już wkrótce początkowa produkcja cementu w wysokości 236 ton wzrosła do pół tony.” Oczywiście chodzi o wzrost produkcji do poziomu pół miliona ton.
    A zdjęcie groty Toepfera wygląda jak połowa rzeźby Mojżesza.

  • Lazi napisał:

    Pytaliście się czy Hans był po wojnie odwiedzić te tereny? Obawiam się, że nie byłoby to dla niego miłe…

  • Bartosz Ulka napisał:

    Do gozal:
    Ja moge podjac probe znalezienia i zaintersowania wydawcy, gdyz pozycja wydaje mi sie interesujaca. Natomiast problem jest taki, ze z niewiadomych wzgledow Autor ksiazki nie odpowiedzial na mojego maila. Stad propozycja aby Sedina, jako portal-instytucja wystosowala zapytanie do p. Saltzwedela o jego poglad na sprawe.
    W razie czego jestem do dyspozycji w tej sprawie: bartoszulka@bartoszulka.pl

  • Peter Koenecke napisał:

    Pozwólcie, że przedstawię Wam skąd się wywodzę. Rodzina mojej matki osiedliła się około 1800 r. w mieście Stettin (wym. shte-teen), …tak zaczyna sie ten tekst , swietny notabene .

    Ale ja w innej sprawie . Chodzi mi o wymowe nazwy miasta SZczecin , po niemiecku . Brzmi ona w swej najpopularniejszej formie STETTIN , czyli w fonetycznej – (piszac po polsku) -wymowie =sztet´in= .(przy czym podwojne TT wymawia sie tu pojedynczo a nie jak to Polacy robia ; to jest podwojnie , czyli nie mowi sie =szteTTin= a wlasnie…. =sztet´in= , z akcentem na przed ostatnia sylabe (jezeli tak to mozna nazwac) .
    Zapomnianym jest jednak to iz tak nazywano Szczecin w oficjalnej wymowie Heohdeutsch wlasciwie dopiero od 18 wieku , i tak jest do dzisiaj w calych Niemczech .
    W Niemczech polnocnych jednak (a wiec i w samym Szczecinie) , uzywano jednak ZAWSZE “platowej ” formy miekiej …wymawiajac nie =SZ-tettin= a =S-tetin= . I taka jest poprawna wymowa nazwy WLASNEJ miasta Szczecin po niemiecku .
    Te forme slychac jeszcze u =starych Pomorzan= . Ginie ona jednak , w nawale mediow , poslugujacy sie klasycznym niemieckim moderatorzy , a takze nie znajacy tej zasady mlodzi ludzie , czytajacy wszystko zaczynajace sie na =SP= lub =ST= w jezyku niemickim jak =SZ(port)= (w pismie jednak SPORT), lub =SZ(tadion)= (w pismie jednak STADION) ,doglebiaja tego trendu .
    I tak powoli nie tylko stary Szczecin zaginol..ale i jego stara , ale i parwdziwa wymowa jako wlasnej nazwy miasta .

  • Bartosz Ulka napisał:

    Chciałbym tylko zauważyć, że wymowę “Sztetin” proponuje sam Autor książki, który mieszkał w owym Stettinie z rodziną przez wiele lat (nie wspominając, że korzenie rodziny Toepfferow w mieście sięgają początków XIX w. i to w tym właśnie miejscu książki Autor podaje sposób wymowy).
    Moim zdaniem więc, podaje on nazwę, którą pamięta jako własciwą dla tamtego czasu.

  • Torney napisał:

    @ Bartosz Ulka: Bardzo proszę o podpisywanie się zgodnie ze swoim tradycyjnym nickiem. Nick “Bartosz” zarezerwowany jest dla naszego eksperta, związanego z portalem od kilku lat. Nie chcę za każdym razem edytować.

  • gosc_zdroje napisał:

    Pan Saltzwedel nie każdemu odpowiada na maile?? Ciekawe, ja dostąpiłem tego zaszczytu!!

  • Neko napisał:

    Witam serdecznie,
    Bardzo zaciekawała mi historia Pana Hansa ze względu na to,że interesuję się historią Zdroji,ponieważ piszę prace inżymierską na temat Jeziora Szmaragdowego,który jest silnie powiązany z dawną Fabryką Stern,czy jest taka osoba tutaj,która mi mogła udostępnić całą książkę do wzglądu przetłumaczoną na polski?

  • Paweł napisał:

    Minęło już trochę czasu. Czy coś wiadomo na temat niemieckojęzycznego wydania książki? Lepiej stoję z niemieckim, niż angielskim. A może… może po polsku? Coś wiadomo? Z góry dzięki za odpowiedź :)

Skomentuj !

Add your comment below, or trackback from your own site. You can also subscribe to these comments via RSS.

Trzymaj się tematu. Nie spamuj..

Możesz uzyć następujących tagów:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

64 queries in 3,185 seconds.