Przeszłość za mgłą
W otwartych drzwiach stoi starszy pan z bukietem róż.
- Czy pani mnie pamięta?
- Nie. Chyba nie… – odpowiadam niepewnie.
- Nazywam się Franciszek Suski.
- Tak! Oczywiście, przypominam sobie. Był pan przyjacielem mego męża. Ostatni raz widzieliśmy się chyba ponad dwadzieścia lat temu – usprawiedliwiam sama siebie.
- Nie mogłem być na pogrzebie Zdzicha – mówi pan Franciszek Suski. – Dopiero teraz, będąc w Szczecinie, chciałem odwiedzić go na cmentarzu, ale nie znalazłem w Alei Zasłużonych jego grobu, chociaż długo szukałem.
W otwartych drzwiach stoi starszy pan z bukietem róż.
- Czy pani mnie pamięta?
- Nie. Chyba nie… – odpowiadam niepewnie.
- Nazywam się Franciszek Suski.
- Tak! Oczywiście, przypominam sobie. Był pan przyjacielem mego męża. Ostatni raz widzieliśmy się chyba ponad dwadzieścia lat temu – usprawiedliwiam sama siebie.
- Nie mogłem być na pogrzebie Zdzicha – mówi pan Franciszek Suski. – Dopiero teraz, będąc w Szczecinie, chciałem odwiedzić go na cmentarzu, ale nie znalazłem w Alei Zasłużonych jego grobu, chociaż długo szukałem.
Jestem zaskoczona. Patrzę na niego pytająco i ze zdziwieniem.
- Szukał pan w Alei Zasłużonych grobu Zdzisia? On nie był „zasłużony”…
- Jak to nie był zasłużony?!
- Nie sądzę, że gdyby mógł o tym decydować, chciałby tam leżeć. Jest pochowany obok bliskich mu osób. Każdy, kto przychodzi go odwiedzić, kładzie kamień na grobie.
Mówiąc o tym myślę, że chociaż to ja sama wprowadziłam ten zwyczaj, z czasem zaczęłam tego żałować. Rosną tam stare drzewa, jesienią zrzucają dużo liści. Byłoby łatwiej je wymiatać, gdyby zamiast kamieni leżała gładka płyta. Oczywiście teraz nie można już tego zmienić. Kiedy moja córka albo wnuk przylatuje z Ameryki, idą na cmentarz i szukają kamieni, które sami położyli na grobie. Wszyscy, którzy tam przychodzą, sprawdzają, czy leży ich kamień.
- Ten duży kamień, który ja tu przytargałem, zapadł się w ziemię. Po tylu latach nie widać już, jaki był wielki – mówi Hubert Bilewicz, mój bratanek.
- Babciu, nie mogę znaleźć mego białego kamienia – oznajmia Jaś Barański, mój wnuk.
Opowiadam o tym panu Franciszkowi Suskiemu z nadzieją, że on też położy kamień na grobie.
Szczecin, 2007

Księżyc nad Verrazano
30 kwietnia 1999 roku nad mostem Verrazano zawisł księżyc w pełni. Ogromny, nierealnie różowy, piękny i nietrwały. Jutro wieczorem już inny księżyc zawiśnie nad Verrazano.
Kilka dni później, siedząc na tarasie w domu mojej córki w Birmingham, w Appalachach, myślę, że most Verrazano jest mostem magicznym. Łączy przeszłość z przyszłością. Przeglądam Diariusz s/y “Zew Morza”. Przez jedenaście lat dowódca, szkunera “Zew Morza” był mój mąż, kapitan żeglugi wielkiej Zdzisław Michalski. Teraz Diariusz należy do naszego wnuka, Jasia Barańskiego, który też jest żeglarzem i pieczołowicie przechowuje pamiątki po swoim nieżyjącym od czternastu lat dziadku. To ja wymyśliłam w l971 roku ten Diariusz. Wielką księgę oprawioną w koźlą skórę, z różą wiatrów wkomponowaną w oprawę. Księga ta leżała w kapitańskiej kajucie, w szafce zamykanej na klucz. Nie każdemu dane było ją widzieć. Zdzisiowi podobał się pomysł celebrowania wpisów do tego pamiętnika.

Księgę otwiera zdjęcie i dedykacja legendarnego kapitana Konstantego Maciejewicza, który dowodził “Zewem Morza” w 1953 roku. Na drugiej karcie – fotografie i wpis kapitana Leonida Teligi. Stronę tytułową, graficzny rysunek sylwetki szkunera pod żaglami, projektowała i wykonała moja przyjaciółka, architekt Danuta Konopka.
“Zew Morza” i jego kapitan mieli jednakowe inicjały, do czego mój mąż przywiązywał przesadną wagę, twierdząc, że “Zew” jest jego przeznaczeniem. “Mam nadzieję, że będę na nim pływał do śmierci. Może nawet umrzemy razem?”.


Złościło mnie takie gadanie. A jednak w pewien sposób to się sprawdziło. Kiedy zatonął “Zew Morza”, zaczął też “tonąć” jego dawny kapitan. Umarł nagle, zaledwie parę lat po śmierci żaglowca. Nigdy nie umiał pogodzić się z tym, że odebrano mu bez powodu dowództwo “Zewu Morza”. Nie był ulubieńcem władzy jako były więzień polityczny lat pięćdziesiątych.
Pod dowództwem kapitana Zdzisława Michalskiego ‘”Zew Morza” w okresie 11 lat przepłynął ponad 100 tysięcy mil morskich, odwiedził setki portów, wyszkoliła się na nim ogromna liczba żeglarzy. Wielu z nich trafiło potem na statki floty handlowej i na okręty marynarki wojennej.

S/y “Zew Morza” był jednym z najładniejszych polskich żaglowców. Tylko brygantyna “Dar Pomorza” mogła się z nim równać pod względem urody.
Szkuner dwumasztowy, o długości całkowitej 31 m, szerokości 6,20 m, zanurzeniu 3,6 m i powierzchni żagli 360 m. Wyporność 140 ton. Zbudowany z drewna dębowego, pokład z drewna perobowego. Ożaglowanie gaflowe, rozpinane na masztach wykonanych z rur stalowych. Stengi, bomy i gafle klejone z drewna sosnowego. Miał silnik pomocniczy Leyland – Mielec o mocy 200 KM i silnik zespołu prądotwórczego o mocy 40 KM. Maksymalna obsada załogi – 23 osoby.
Żaglowiec zaczęli budować Niemcy. Budowę zakończono po wojnie, w 1949 roku. „Zew Morza” miał wielu armatorów. Jego właścicielami były: Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, Wyższa Szkoła Morska w Gdyni, Zasadnicza Szkoła Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu, Państwowa Szkoła Morska w Szczecinie, a wreszcie Centralny Ośrodek Szkolenia Żeglarskiego w Trzebieży.
Najświetniejszy okres przeżył żaglowiec pod dowództwem Zdzisława Michalskiego. Objął on “Zew Morza” w 1966 roku. Złota era dla żaglowca i jego kapitana trwała 11 lat.

Dwadzieścia trzy lata temu zawieszono na moście Verrazano największą w dziejach amerykańskich flagę. Miała rozmiary 366 stóp na 193 i ważyła półtorej tony. Tak informuje wycinek z wychodzącego w Nowym Jorku Nowego Dziennika, który Zdzisiek wkleił do Diariusza. Fragment gazety jest przycięty tak, że nie ma nazwiska autora i dokładnej daty. Tekst opisuje uroczystości związane z 200-leciem Stanów Zjednoczonych i dotyczy Operacji Żagiel. Pod wycinkiem z gazety mój mąż wkleił własnoręcznie zapisany program Operation Sail (International Naval Review during The United States Bicentennial).
Oto program uroczystości:
1-2 lipca: Flota żaglowa opuszcza Newport, Rhode Island. Wielkie żaglowce płyną trasa, wzdłuż południowego wybrzeża Long Island, mniejsze jednostki płyną wzdłuż północnego wybrzeża, zatrzymując się w Huntington, Oystcr Bay, Port Jefferson, Hempstead Harbor i w portach Connecticut.
2 lipca: 51 statków żaglowych z 27 krajów, z 20 tysiącami żeglarzy na pokładzie, spotyka się w punkcie położonym 180 mil na południowy wschód od Nowego Jorku.
3 lipca rano: Krążownik amerykański “Wainwright” wpływa do zatoki na czele międzynarodowej floty złożonej z kilkudziesięciu okrętów. Z pokładu krążownika rozlegnie się salwa 21 wystrzałów armatnich, na które odpowie 21 armat z Fortu Hamilton. Potem cała flota przy akompaniamencie syren okrętowych posuwać się będzie w kierunku rzeki Hudson. Lotniskowiec “Forrestal” znajdzie się na wysokości Verrazano Bridge, a “Wainwright” – przy Washington Bridge.
Tego samego dnia, w godz. 1- 6 po południu z Long Island wyrusza flota biorąca udział w Operacji Żagiel. Żaglowce rozpoczną trasę od przekroczenia Hell Gate, dotrą do Gravesand Bay w Brooklynie (Hell Gate to trudny punkt nawigacyjny).
4 lipca o godz. 9-11 rano: Żaglowiec amerykański “The Eagle” przepływa pod Verrazzano Bridge. Na moście następuje uroczyste zawieszenie ogromnej flagi Stanów Zjednoczonych. Wszystkie żaglowce przepływają pojedynczo pod mostem, płynąc w górę rzeki Hudson. Następnie zawracają i płyną wzdłuż wybrzeża New Jersey.
Tego samego dnia, o 9 wieczorem: fajerwerki. Podobno wartości 100 tysięcy dolarów. O, rany! Tyle forsy! Powinny być widoczne na obszarze kilku mil.
5-7 lipca: Żaglowce cumują przy molach na Manhattanie i będą dostępne dla zwiedzających.
8 lipca: Żaglowce kierują się w stronę portów Wschodniego Wybrzeża.
W dniach 17-19 lipca trzy polskie żaglowce: „Zew Morza”, „Heman” i „Dar Szczecina” złożyły wizytę w Savannah, w stanie Georgia. Na pokładzie „Zewu Morza” znajdowała się urna z ziemia z Warki, miejsca urodzin Kazimierza Pułaskiego. Urna została uroczyście przekazana mieszkańcom Savannah podczas uroczystości przed pomnikiem generała. W uroczystości tej brali udział m.in. gubernator Georgii Georg Busbee, burmistrz John P. Rusakis oraz wysocy urzędnicy ambasady PRL USA.
Kiedy czytam o tym w Diariuszu, przypływa niespodziewanie zabawne wspomnienie. Urna z ziemią z Warki przez kilka dni stała w naszym domu w Szczecinie. Zdzisiek wychodził z urną w objęciach do taksówki, która miała go zawieźć na „Zew Morza”. Narzekał, że ciężka. Żegnając go powiedziałam:
Pomyślnych wiatrów, Zdzisiu, i niech ci ta ziemia lekką będzie.
Rodzina zgromadzona przy pożegnaniu jęknęła ze zgrozy. Było to 23 lata temu… Nie do wiary. Nie było wtedy jeszcze na świecie mego wnuka, Jasia Barańskiego, który po swoim dziadku odziedziczył żeglarską pasję. Szkoda, że Zdzisiek zmarł tak wcześnie. Jaś miał zaledwie pięć lat. Sądzę, że łączyłaby ich wielka przyjaźń i wspólne zainteresowania. Napisałam „łączyłaby”. A jednak nie łączyłaby, a łączy. Jaś jest dumny ze swego dziadka i jego żeglarskiej chwały.
Zdzisiek zmarł w trakcie opracowywania monografii „Zewu Morza”. Zostało dużo zebranych przez niego materiałów i informacji. Jaś dużo wie o „Zewie Morza”. Widać, że starannie przestudiował nie tylko Diariusz. Pytam z nadzieją w głosie:
- Jasiu, a może ty, jak będziesz w Polsce, zabierzesz te materiały i dokończysz za dziadka monografię „Zewu”?
Jaś nie uznaje pustych obietnic – odpowiada szczerze i konkretnie:
- Kiedy, bo widzisz, babciu, jest kilka ważnych przeszkód. Pierwsza i najważniejsza to taka, że mam bardzo dużo nauki na uniwersytecie. Druga podobna, bo chodzi o czas. Ja podczas wakacji też nie mam czasu, bo, jak wiesz, pracuję. Pływam na żaglowcach „Mike Sekul” i „Glenn Swetman”, które wożą turystów po Zatoce Meksykańskiej. Trzecia przeszkoda jest taka, że mnie jest brak polskich słów. Ale może kiedyś…
Jaś wyjechał z Polski kiedy nie miał jeszcze dziewięciu lat. W Ameryce skończył szkołę podstawową i średnią. Teraz jest studentem uniwersytetu w Starkville. Mimo, że dobrze mówi po polsku, jego zasób polskich słów jest z pewnością znacznie skromniejszy niż angielskich. Nowe wiadomości przyswajał w języku angielskim, wychowywał się w rodzinie, gdzie w domu mówiono po angielsku. Z pływań dziadka najbardziej interesuje go rejs dookoła świata.
- Wiesz – mówi – ja mam takie marzenie, żeby kiedyś powtórzyć dziadkową trasę. To się teraz może wydaje mało prawdopodobne, ale dziadek też kiedyś nie wiedział, że w taki rejs popłynie. Ja na pamięć znam trasę rejsu „Zewu Morza” dookoła Ziemi.
- Nie przechwalaj się, bo przepytam.
- Z przyjemnością ci powiem. Ale czy będziesz umiała mnie poprawić, jeżeli w którymś miejscu się pomylę?
- Masz rację. Chyba nic będę umiała poprawić. Już dużo zapomniałam. Kiedyś dobrze znałam trasę rejsu. Dziadek, wychodząc z domu, powiesił nad kuchennym stołem mapę świata i czerwonym flamastrem nakreślił planowany trasę. Wpiął małą chorągiewkę w miejscu, gdzie jest Szczecin. Przez rok wędrowała chorągiewka wokół Ziemi. Prawdziwa trasa trochę mijała się z tą zaplanowaną.

- Niewiele – mówi Jaś. – Znam t ę mapę. Dlaczego mi jej dotąd nie oddałaś?
- Przecież sam nie chciałeś. Powiedziałeś, że jako bagaż lotniczy jest niewygodna.
- Prawda. Ale teraz jestem większy i zabrałbym. Dasz?
- Pewnie, że dam.
- No to teraz, słuchaj i poprawiaj, jeżeli się pomylę. “Zew Morza” wypłynął w rejs dookoła świata 10 listopada 1973 roku. Oficjalne pożegnanie odbyło się 8 listopada. Po uroczystościach pożegnalnych szkuner wrócił jeszcze na przystań, żeby uzupełnić różne braki. Załoga poszła spać do domu. Dopiero 10 listopada, już bez. rozgłosu, wyszli w morze.
- Nawet o tym wiesz – przerwałam ze zdziwieniem. – Z datą wypłynięcia było dosyć śmiesznie. Wszyscy sąsiedzi i znajomi wyszli na Wały Chrobrego, żeby pożegnać “Zew Morza”. Było uroczyście – orkiestra, przemówienia, ryk syren. Tymczasem po uroczystościach “Zew” popłynął na przystań w Golęcinie. Następnego dnia Zdzisiek kupował gazetę w kiosku. Przed kioskiem stał nasz sąsiad, pan Alojzy Bielaszewski. Osłupiał ze zdumienia.
- Sąsiedzie drogi, kto by pomyślał, że taką lipę odstawicie! To tylko dla picu było? Ale po co?
- Dziwisz się, że o tym wiem, a nie pamiętasz, że sama mi opowiadałaś o tym, jak dziadek spotkał pana Bielaszewskiego. Teraz będę leciał dalej. W tym wielkim rejsie „Zew Morza” w ciągu 388 dni przebył 34 835 mil morskich, odwiedził 32 porty, 20 państw, a w tym 8 portów, w których polska bandera znalazła się po raz pierwszy. Żeglarze przeżyli ogromnie dużo przygód i dramatycznych wydarzeń. 25 listopada 1973 roku, czyli na wstępie, podczas sztormu na Morzu Północnym, przy sile wiatru 11 stopni Beauforta, żaglowiec stracił bukszpryt, zatopiony został forpik. Mimo tego o własnych siłach dociera do Ijmuiden. W Amsterdamie przyjaciel polskich żeglarzy, Vim van Acker, pomaga usunąć awarię – dębowy bukszpryt zostaje zastąpiony stalową rurą. Usunięto też inne uszkodzenia – i w drogę.
- Wiesz, Vim van Acker, znany kiedyś bojerowiec, nie żyje od paru lat.
- Nie wiedziałem. Ale ty sama, babciu, kiedyś mówiłaś, że zawsze musi być zmiana warty. Po przymusowym postoju w Amsterdamie “Zew Morza”, żeglując przez Atlantyk w pasatach, dociera do Kanału Panamskiego i płynie dalej na Galapagos.
- W pasatach, mówisz – przerywam znowu. – Pasaty to były ulubione wiatry twego dziadka. Po jego śmierci napisałem taki wierszyk:
Myślę czasem, że jesteś pasatem,
wiatrem, którym lubiłeś żeglować,
że na wieczność mogłeś zachować,
to, co kiedyś kochałeś, czym żyłeś…
- Tylko mi nie mów, że też znasz. Niemożliwe. Ja się bardzo wstydziłam tego, że czasem zdarzyło mi się wymyślić wierszyk.
A dalej jak?
Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć, bo to taki liryk-erotyk.
- No wiesz babciu, przecież ja mam 19 lat. Zapomniałaś?
- A, rzeczywiście! No, to dalej tak:
Może we śnie szczęśliwym przylecisz,
dobry wietrze, ciepły i czuły,
dawnych uczuć płomień rozniecisz
i zabierzesz mnie w rejs południowy.
- I to ma być erotyk?
- To jest erotyk, Jasiu. Trzeba tylko resztę sobie wyobrazić.
- Nawet miło, że czasami bywasz trochę staroświecka.
- Dalej były Markizy. „Zew” zatrzymuje się na wyspach archipelagu Tuamotu. Potem Papetee na Tahiti, Wyspy Cooka i wreszcie, 20 maja 1974 roku, “Zew” dociera do Auckland w Nowej Zelandii.
- Twój dziadek marzył, żeby w następnym wcieleniu mieszkać w Nowej Zelandii. Może ty kiedyś tam zamieszkasz.
- Może. Jeszcze nie wiem, gdzie chciałbym mieszkać. Pewno Elizabeth zdecyduje.
Elizabeth to dziewczyna Jasia. Patrząc na nich, widzę naszą młodość. Zawsze musi być zmiana warty.
- Zamyśliłaś się babciu. Uważaj, bo teraz będzie bardzo ciekawe:
8-1 1 czerwca 1974 roku na Morzu Tasmana żaglowiec dostaje się w huragan o sile ponad 12 stopni Beauforta. Dwukrotnie kładzie się masztami na wodzie. Fala wybija okno w kabinie nawigacyjnej i zalewa wnętrze. Załoga usuwa uszkodzenia i dociera do Brisbane w Australii.
Potem żeglarze przepływają po wewnętrznej stronie Wielkiej Rafy Koralowej i docierają do Indonezji. Następnie żeglują w kierunku wyspy Mauritius. Postój w Port Louis. W ciągu ośmiu dni, koło Przylądka Dobrej Nadziei szkuner przeżywa pięć kolejnych, ciężkich sztormów. Potem Kapsztad, Dakar, Plymouth, Amsterdam, Stralsund. Wreszcie powrót do Świnoujścia.





30 listopada uroczyste powitanie na Wałach Chrobrego w Szczecinie. Na pokład wchodzą bardzo ważni, oficjalni goście. Gra orkiestra. Przez zwarty tłum na nabrzeżu przedziera się nasz sąsiad, pan Alojzy Bielaszewski, wołając:
- Panie kapitanie Michalski, panie Janusz, czy pan mnie widzi? To ja do pana idę, pana sąsiad Bielaszewski!
Dziadek zaprosił go na pokład, żeby ostatecznie przekonać, że to wszystko nie dla picu było.
- Pan Bielaszewski nazywał Zdzisia Januszem, wiesz dlaczego?
- Wiem, że nazywał, ale dlaczego, nie wiem.
- Kiedyś go o to, już po śmierci Zdzisia, zapytałam. Tak mi odpowiedział: “Bo widzi pani, pani Michalska, «Zdzisław» to takie jakieś byle jakie imię. Dla byle kogo. A «Janusz», zupełnie co innego. Janusz to kapitańskie imię. Pani posłucha: jak fala – Jaanuuszszsz. Pasuje, nie?”. Cieszę się, że tak dużo wiesz.
- Chyba pamiętasz, że podarowałaś mi książkę Oceany i pasaty,którą napisał dziadek. Wszystko na temat rejsu dookoła świata można w niej znaleźć. Nie wszystko jednak mogę zrozumieć z tego, co się później stało, kiedy dziadek przestał być kapitanem na “Zewie Morza”. Dlaczego przestał być kapitanem, też nie rozumiem. A ty wiesz?
- Trochę wiem, ale nie chcę o tym pamiętać.
- Bo, ja babciu zastanawiam się, jak to jest możliwe, że ten piękny, dzielny szkuner, który w samym tylko rejsie dookoła świata przebył trzy oceany i doświadczył tyle przygód, zatonął na stosunkowo niewielkim i niegroźnym Morzu Śródziemnym. Jeden z najpiękniejszych i najbardziej zasłużonych dla polskiego żeglarstwa żaglowiec poniósł niepotrzebną śmierć. Może w tych materiałach, które dziadek zbierał do monografii “Zewu Morza”, jest odpowiedź na to pytanie.
- Nie wiem, może. Przecież możesz sam poszukać, jeżeli zechcesz. Całe stosy papierów leżą w pudłach na pawlaczu.
Milknę. Mam jednak cichą nadzieję, że Jaś kiedyś zechce dokończyć monografię “Zewu Morza”. Powinna być zmiana warty.
Nad mostem Verrazano wzejdzie księżyc w nowiu.
Birmingham, 10 czerwca 1999 r.
Maria Towiańska-Michalska
Posłowie
Byłem świadkiem spotkania opisanego we wstępie i na własne uszy słyszałem żal pana Franciszka Suskiego, kiedy mówił o niejasnych przyczynach śmierci „Zewu Morza”. Oświadczył, że wkrótce zostanie wydana książka jego autorstwa, w której sprawa utracenia „Zewu Morza” zostanie poruszona, a może nawet wyjaśniona. Nim jednak do tego dojdzie, warto zapoznać się z orzeczeniem Izby Morskiej w Szczecinie w sprawie zatonięcia s/y ZEW MORZA na Morzu Śródziemnym (z dnia 18.05.1984 r. – WMS 318/83 oraz Odwoławczej Izby Morskiej z dnia 31.01.1985 r. – OIM 15/84 po ponownym rozpoznaniu sprawy 12 grudnia 1981 r. – pełny tekst).
Z orzeczenia tego wynika, że wielu ludzi i instytucji dopuściło się uchybień prowadzących do naruszenia stateczności jachtu, a ostatnia cegiełkę dołożył jego ostatni kapitan, który popełnił poważny błąd w sztuce żeglarskiej.
Kapitan Zdzisław Michalski przestał dowodzić „Zewem Morza” około 3 lata wcześniej (dowództwo przejął kpt. Krzysztof Baranowski).
Gdy wieść o rezygnacji kpt. Michalskiego stała się znana na Zachodzie, prestiżowy zachodnioniemiecki miesięcznik „Die Jacht” umieścił zdjęcie szczecińskiego żeglarza wraz z opisem jego dokonań na pokładzie „Zewu Morza”. Wkrótce posypały się propozycje pracy za granicą…
* * *
Prawdopodobnie jeszcze w lipcu 2007r. ukaże się na rynku książka Franciszka Suskiego pt. “Żeglarskie hobby Rocha” (szczecińskie wydawnictwo FOKA), w której historia “Zewu Morza” i jego załogi zajmuje poczesne miejsce.
Wojciech Banaszak

Artykuł pt. “Księżyc nad Verrazano” ukazał się w “Przeglądzie Polskim” 2 lipca 1999 r.
Fotokopie i zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodzinnych autorki. Wykonali je między innymi: Jan Dominowski, Jouko Kononen, Zdzisław Michalski i Robert Young.













Skomentuj !