Szkoła życia
Mam 13 lat. Chodzę do szóstej klasy jednej ze szczecińskich szkół. Interesuję się historią Polski. Chętnie też poznaję losy swojej rodziny. Rodzice i dziadkowie często opowiadają mi o swoim dzieciństwie, o tym, jak wtedy wyglądał nasz kraj, kto nim rządził… Najbardziej ciekawią mnie lata osiemdziesiąte XX wieku. Chciałabym opisać wspomnienia mojej mamy Joanny, obecnie lekarki jednego ze szczecińskich szpitali, z czasów szkoły podstawowej.
Mama była wzorową uczennicą. Kiedy chodziła do szkoły podstawowej w Podjuchach, w naszym kraju panowały bardzo dziwne czasy. Mama wspomina, że miała zgraną klasę i wychowawczynię, o której można marzyć. Bardzo lubiła swoją szkołę. Interesowały ją przede wszystkim przedmioty ścisłe: matematyka, chemia. Często uczestniczyła w konkursach i olimpiadach przedmiotowych, uczęszczała na kółka zainteresowań. Ale nie tylko. Jak się okazuje, moja mama jako uczennica VII i VIII klasy, gdy brakowało nauczycieli, prowadziła lekcje matematyki w klasach młodszych i była chwalona za zdolności pedagogiczne. Lubiła także język polski – i poezję, a zwłaszcza wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Zresztą – sama też pisała wiersze…
I tak płynęłoby spokojnie jej szkolne życie, gdyby nie niesamowity rok 1978. W telewizji, która zazwyczaj pokazywała głównie ważne osobistości partyjne, filmy radzieckie albo programy „poprawne politycznie”, pokazano relację z konklawe w Watykanie i nagle Polacy podnieśli wyżej opuszczone dotąd nisko głowy, a cały świat usłyszał o Karolu Wojtyle. Tylko w szkole nikt o tym nic nie mówił, bo szkoły były świeckie… Później rok 1979. Pierwsza wizyta naszego rodaka jako głowy Kościoła katolickiego.
To już „zauważono” nawet w szkołach i rozmawiano o „tym człowieku” na lekcjach wychowawczych.
Mama miała tego roku wstąpić do ZHP, do drużyny, w której byli jej koledzy z klasy. Przygotowywała się, uczęszczała na zbiórki, ale gdy przyszło do składania przyrzeczenia na wierność ojczyźnie socjalistycznej, nie złożyła tej przysięgi, bo jej tata, a mój dziadek, Karol Miler, „zabronił takich rzeczy”.
Potem były jeszcze dziwniejsze czasy . W szkole, jak w szkole: nauka, trochę wygłupów na przerwach, ale po lekcjach uczniowie zajmowali się irracjonalnymi rzeczami: staniem w kolejkach, w sklepie spożywczym, po kawę, masło, mydło lub inne prozaiczne rzeczy. Jak się dowiedziałam, czasami także w trakcie lekcji najlepsze uczennice były wysyłane, żeby zająć miejsce nauczycielce w kilometrowej kolejce.
Potem rok 1980… W Polsce strajki… A w szkole? Albo o nich nie wolno było mówić, albo mówiono, że to bezprawie. A mamy tata strajkował. Dziwnie się czuła, słysząc złe opinie o strajkujących robotnikach, bo przecież jednym z nich był jej tata, a mój dziadek.
A później, w sierpniu, narodziła się Solidarność. Dzieci nie wiedziały dokładnie, czym jest i co oznacza, ale to słowo podobnie jak „Wałęsa” – znali wszyscy.
We wrześniu uczniowie wrócili do szkoły, która była już odmieniona. Wyczuwało się pełną napięcia atmosferę. Nauczyciele byli podzieleni: część należała do PZPR, a część do Solidarności. Dochodziło także do strajków nauczycieli. Świetne były zwłaszcza te lekcje, których nie było. Wtedy krążyły swobodnie po szkolnych korytarzach opowieści o wolności i polskiej opozycji walczącej z komunistami. To wtedy odbywały się pierwsze lekcje historii o Katyniu, o napadzie sowietów na Polskę we wrześniu 1939 r.
Wszystko to przerażało, budziło lęk, ale jednocześnie wszyscy byli jakby zawieszeni w próżni. Z jednej strony szło nowe i to cieszyło, ale budziło nieznane dotąd emocje, gdyż nikt nie wiedział, co będzie dalej. Ludzie przekazywali sobie tajemniczym szeptem, by nie przerazić dzieci – różne informacje o „naszym oswobodzicielu” – ZSRR. Dorośli płakali, złorzeczyli, wygrażali…
Nagle okazało się, że to, co do tej pory wykładano na lekcjach historii o naszej przeszłości – mijało się z prawdą. „Przyjaciel”, „obrońca” – ZSRR – okazał się wrogiem niemal tak okrutnym jak nazistowskie Niemcy. To bolało… Było wstrząsem dla mamy i jej rówieśników… Nagle nauczyciele stali się uczniom bardziej bliscy. Okazało się, że walczą o to samo, co ich rodzice, o prawdę, o godność, o prawo do wolności słowa.
W szkole też uzyskano wolność: wolność ubierania się na kolorowo, a nie w znienawidzone stilonowe fartuchy.
I tak płynęło szkolne życie mojej mamy…
Nadszedł 13 grudnia 1981 r. Nic z tego, co się wtedy działo, nie mieściło się w głowach dzieci i młodzieży. Stan wojenny! Czy to to samo, co wojna? Odwołano lekcje na czas nieokreślony. To się uczniom podobało, tym bardziej, że zima wtedy była jak z bajki. Tylko mój dziadek Karol nie wrócił po pracy do domu, bo najpierw był strajk protestacyjny, a potem internowanie… W szkole mamie zawsze powtarzano, że w więzieniach siedzą mordercy, złodzieje, bandyci… A przecież mój dziadek był uczciwym człowiekiem… I znów powrócił lęk, strach i niepewność.
Gdy wznowiono lekcje, mama chodziła do szkoły z opornikiem przypiętym do swetra. To był znak oporu wobec komunistów.
Potem skończyła się szkoła podstawowa, dziadka wypuszczono z więzienia, zniesiono stan wojenny. Potem… A teraz mamy wolną Polskę i nikt w mojej klasie nie wie, co wydarzyło się 13 grudnia 1981 r. To smutne…
Inne czasy, inni ludzie, inni uczniowie?! W ciekawych czasach chodziła do szkoły moja mama, tylko nie wiem dlaczego, gdy je wspomina, płacze…
Alicja Neumann, Kl. VI a SP nr 13
Opiekun: Wiktoria Oleszczuk














Skomentuj !