Opublikowane przez woti w Szczecinianie.

Paul Robien (prawdziwe nazwisko Ruthke) żył w latach 1882-1945. Był to szczeciński przyrodnik i podróżnik, twórca Stacji Przyrodniczej Mönne (obecnie ta część wyspy nosi na mapach nazwę Sadlińskie Łąki).

Szkoda, że jest tak mało znany szczecinianom, bo postać to ciekawa i warta pamięci. Jego bogate życie i tragiczna śmierć mogą być wspaniałym przykładem nie tylko pracowitego i owocnego życia, lecz także tragizmu i okrucieństw wojen XX wieku. Dobrze się stało, że polskie władze ufundowały tablicę pamiątkową w miejscu, które okazało się tak ważne nie tylko w jego życiorysie.



Fot. 1: Plakat sympozjum zorganizowanego w 50 rocznicę śmierci Paula Robiena




Otoczona wodami Przekopu Mieleńskiego i Regalicy oraz Parnicy i Duńczycy, pomiędzy terenami portu i Jeziorem Dąbie – tkwi niemała wyspa, zwana kiedyś Mönne (Mętna), a obecnie Mienia. Teren to niezbyt sprzyjający zamieszkaniu ludzi, ale za to dobre miejsce dla ptaków i zwierząt, pod tym jednak warunkiem, że nikt im nadmiernie nie przeszkadza. Szczególne te warunki dostrzegł i docenił człowiek, który nienawidził zabijania ludzi i zwierząt tak bardzo, że gotów był poświęcić temu wszystkie swoje siły i swój czas. Nie był to człowiek miękki – dzieciństwo i młodość spędził w biedzie, i wyłącznie własną pracą osiągał życiowe sukcesy.



Fot. 2: Mapa lokalizacji stacji przyrodniczej i Wyspy Mętnej



Paul Robien urodził się 2 września 1882r. w Bobolicach (miasteczko położone pomiędzy Koszalinem a Szczecinkiem), jako syn niezamężnej Wilhelminy Ruthke. Skąd Robien? – nie wiadomo, po prostu przybrał taki pseudonim w życiu dorosłym. Być może chciał zerwać z nazwiskiem matki…
Dzieciństwo spędził w Szczecinie, w bardzo trudnych warunkach – najpierw w skrajnej nędzy na północy miasta, a później w piwnicy Śródmieścia. Niewiele o tym mówił, a jeszcze mniej pisał. Z fragmentów spisanego przez niego życiorysu wiadomo jednak, że musiał żebrać i oddawać część tak zarobionych pieniędzy komuś innemu. W tym czasie pomocy doznawał jedynie od wuja, szczecińskiego krawca, Alberta Ruthke.

W młodości próbował zarabiać w mieście i na wsi. Próbował pracy w dwudziestu zawodach, aż w końcu został marynarzem i palaczem okrętowym, i tak właśnie zaczął poznawać świat. Uczył się samodzielnie i uważnie obserwował otoczenie; zaczął pisać wiersze, opowiadania i książki. Szczególną popularność przysporzyły mu popularno-naukowe szkice literackie o ptakach, pisane do szczecińskiej prasy po 1917 roku (zostały wydane w całości, w 1926 roku, pod wspólnym tytułem „Wśród pierzastych przyjaciół”). Treści zawarte w tych szkicach spowodowały powstanie nieformalnego kręgu miłośników przyrody i ptactwa, znanego pod nazwą „Klub Świergotków” (Zwitscherklub).

W latach 1904-1907 został zmuszony do udziału w wojnie – w krwawym stłumieniu powstania Hererów i Hotentotów na terenach dzisiejszej Namibii. Nie zgadzał się z tą wojną i głośno o tym mówił – został wtrącony do więzienia.
W 1908 roku był już żonaty z Emmą Wendland – urodził im się syn Paul, który odziedziczył po ojcu nie tylko imię, lecz także poglądy pacyfistyczne i w przyszłości kontynuował jego zainteresowania przyrodnicze.

Od Paula Robiena juniora wiadomo, że jeszcze przed 1910 rokiem nasz bohater rozpoczął systematyczne obserwacje i badania przyrodnicze. Wtedy to po raz pierwszy zobaczył Jezioro Świdwie i zachwycił się nim, uznając za najważniejszy obszar powiatu Randow dla ptactwa wodno-błotnego. Pierwotnie tam właśnie planował utworzenie swojej stacji przyrodniczej – nie udało się, bo rezerwat przyrody i stacja ornitologiczna Świdwie powstały dopiero w latach sześćdziesiątych dzięki wysiłkom inż. Jerzego Noskiewicza, który do tego dzieła został zainspirowany materiałami uratowanymi po wojnie z Wyspy Mienia (w 1966r. materiały te zostały przekazane do Muzeum Instytutu Zoologii PAN w Warszawie).

Po pierwszej wojnie światowej Paul Robien przez kilka lat pracował w dziale zbiorów szczecińskiego muzeum przyrodniczego, a jednocześnie zaangażował się w działania społeczne mające na celu ochronę przyrody. Wtedy to dały się zaobserwować jego zdolności pisarskie oraz nieugiętość w propagowaniu idei ochrony środowiska przyrodniczego.

W 1922 roku rozpoczął budowę stacji przyrodniczej na Wyspie Mienia. Najpierw, od 2 maja 1922r., była to stacja prowizoryczna, urządzona w małym, pływającym baraku przyozdobionym zieloną flagą z literą „N” w lewym, górnym rogu (prawdopodobnie od Naturrevolutionäre – w młodości lubił siebie nazywać rewolucjonistą-romantykiem). Wkrótce Robien i jego przyjaciele-zapaleńcy wybudowali mały domek parterowy na suchym lądzie. Nie było to wcale łatwe, bo teren był podmokły i poprzecinany kanałami. Robien zanotował:

„Bez jakiegokolwiek wsparcia, czasem tylko z pomocą wypróbowanych przyjaciół, uprawiono kawałek nieużytków, aby zapewniał wyżywienie. Częste powodzie wiele razy niweczyły trud i wysiłek. Trzeba było wznieść wały ochronne, poprowadzić drogi, wykopać rowy melioracyjne i wykonać wiele jeszcze innych prac tego rodzaju. Ponieważ stacja leży pośrodku obszaru badań, każda zmiana na tym terenie mogła zostać zarejestrowana i po pracowitym dniu opisana”.
Dynamiczna działalność tej grupki zapaleńców oraz wzrastająca popularność i autorytet samego Paula spowodowały, że w 1926 roku zarząd miasta oraz zarząd prowincji przyznały fundusze na ich dalszą działalność – na wyspie powstał budynek murowany z cegły. Od tego też czasu Stacja Przyrodnicza zaczęła otrzymywać roczne dotacje w wysokości 500-600 DM.


Fot. 3: Murowany budynek Stacji Przyrodniczej na Wyspie Mętnej




Życie w stacji nie było łatwe, a ambitne zamierzenia Paula Robiena powodowały, że pracy było mnóstwo. Na wyspie i jeziorku stworzono bowiem rezerwat o łącznej powierzchni 350 mórg, natomiast teren wokół budynku zadrzewiono i stworzono tam ogródek. Trzeba przy tym podkreślić, że wszystkie zmiany i prace realizowane na wyspie, niezależnie od „normalnych” obserwacji przyrody, Robien odnotowywał na bieżąco, aby uchwycić zależności tworzące się pomiędzy ludzkim działaniem a przyrodą. Na dodatek Paul wciąż był aktywny społecznie i z zawsze cechującą go odwagą cywilną apelował, występował do władz i urzędów – nie tylko w obronie przyrody. I tak na przykład w 1916 roku wysłał do cesarza Wilhelma memoriał z wezwaniem do abdykacji, co miało uratować miliony niemieckich żołnierzy od śmierci. W czasach nazizmu apelował do Goeringa o zlikwidowanie lądowiska hydroplanów w Dąbiu, gdyż samoloty płoszyły awifaunę w okolicy i samym rezerwacie. W latach trzydziestych nie potrafił się przełamać – w korespondencji urzędowej nie stosował obowiązkowej formułki „Heil Hitler”, przez co dekonspirował się jako wróg reżimu…
Był zdeklarowanym społecznikiem: kiedy w 10-lecie pracy Stacji Przyrodniczej Miasto Szczecin ofiarowało mu budynek i teren wokół niego na własność – odmówił przyjęcia, bo „takie wartości mogą należeć wyłącznie do społeczeństwa” – oświadczył.

Ten wyśmienity ornitolog miał sporą wiedzę w dziedzinie flory i etymologii, dzięki czemu jego obserwacje i badania miały dużą wartość naukową, a dzięki zdolnościom gawędziarskim – stawały się interesujące dla czytelników i słuchaczy. Stację Robiena odwiedzało rocznie średnio kilka tysięcy osób! Miłośnicy przyrody nazywali go niejednokrotnie „świętym przyrody” lub nawet „apostołem przyrody”.

Ten nieraz przesadnie ostry w polemikach (szczególnie w obronie przyrody) człowiek był w osobistym kontakcie człowiekiem bardzo życzliwym i skromnym. Jerzy Giergielewicz uzyskał informacje pochodzące od polskiego jeńca wojennego, obrońcy Helu, Władysława Szilera, który będąc robotnikiem przymusowym pracował jako rybak na Jeziorze Dąbie i mieszkał na Wyspie Mienia oraz jego żony, Jadwigi Sziler – państwo Szelerowie po wojnie zamieszkali w Dąbiu i wielokrotnie oświadczali, że Paul Robien i jego żona, Ewa z domu Windhorn, „byli wobec Polaków bardzo dobrzy i życzliwi”.

Po kapitulacji Niemiec Paul Robiein pozostał na swej wyspie i chciał kontynuować prace badawcze. Kto wie, może wciąż jeszcze snuł marzenia o ogromnej sieci rezerwatów przyrodniczych, szczególnie wzdłuż wybrzeży morskich i nad większymi jeziorami? Obszary te miały byś „wyłączone” spod jurysdykcji państw i podlegać kontroli ponadnarodowej – może ONZ? Być może takie marzenia spowodowały, że kiedy w 1944 roku, po ciężkim nalocie dywanowym z wyspy ewakuowano przedsiębiorstwo rybackie Otto Birkholza, Paul i Ewa odmówili wyjazdu. Powiedział podobno:

– Nie opuszczę rezerwatu ani Stacji Przyrodniczej i jeśli mam gdzieś zginąć w czasie wojny, to wolę już tu, niż gdziekolwiek indziej.

26 kwietnia 1945r. skapitulował Szczecin, a tuż przed jego kapitulacją Niemcy osadzili na dnie Parnicy, w pobliżu Stacji Przyrodniczej, nieukończony lotniskowiec „Graf Zeppelin”. Na jego pokładzie Rosjanie zainstalowali około 30 wartowników uzbrojonych w broń krótką i długą. Mieli oni do swojej dyspozycji motorówkę wykorzystywaną do penetracji okolicy – granic „strefy radzieckiej”. Obejmowała ona tereny portu i okolic, włącznie z fragmentem miasta i była całkowicie wyłączona spod polskiej jurysdykcji. Przepustki na ten teren wydawał radziecki komendant portu, a samowolne wejście wiązało się z ryzykiem utraty życia. Na brzegach Wyspy Mienia stały tablice, w języku rosyjskim i niemieckim, zabraniające wstępu. Że nie były to czcze pogróżki, niech świadczy fakt, że jeszcze w 1952r. Rosjanie ostrzelali ostrą amunicją polski statek „Narew”, który omyłkowo wpłynął do „niepolskiego” basenu znacznie już pomniejszonej strefy radzieckiej.

Możliwości kontaktów Stacji Przyrodniczej z „resztą miasta” zostały drastycznie ograniczone. Wiadomo, że radzieccy wartownicy wielokrotnie nachodzili małżeństwo Robienów (Paul miał wtedy 63 lata) i najprawdopodobniej to oni zamordowali „starszych państwa” w drugiej połowie listopada 1945r. Nieliczni i bardzo zastraszeni polscy świadkowie tego zdarzenia długo nie odważyli się o tym wspominać.

Polski świat nauki i kultury znał i cenił osiągnięcia Paula Robiena. Wiedziano także o istnieniu Stacji Przyrodniczej oraz podejmowano próby nawiązania z nią kontaktu. Już w grudniu 1945r. pracownicy warszawskiego Państwowego Muzeum Zoologicznego wspólnie z Lechem Krzekotowskim, dyrektorem Muzeum Miejskiego w Szczecinie usiłowali odwiedzić Wyspę Mienia. Pomimo uzyskania wymaganej przepustki oraz usilnych starań i ponagleń Rosjanie nie dopuścili tam Polaków aż do sierpnia 1947r. W polskiej korespondencji urzędowej Paul Robien żył jeszcze niemal dwa lata po śmierci!

W maju 1947r. dr Stanisław Felisiak z Państwowego Muzeum Przyrodniczego w Warszawie pisze do Kuratora Okręgu Szkolnego Szczecińskiego:
„[…] Bardzo bylibyśmy zobowiązani Panu Kuratorowi za chwilowe roztoczenie opieki […] przejęła natychmiastową opiekę nad inwentarzem placówki ornitologicznej na Monne, z tym, że dotychczasowy ornitolog niemiecki Paul Robien pozostałby na stanowisku, oczywiście pod naszą kontrolą, aż do odwołania […]”.

Wnuk Paula, Hartwig Ruthke, wspomina:
„W końcu 1945 roku polskie władze intensywnie poszukiwały mojego ojca (Paula Robiena jr. – przyp. WB), aby dać mu – o czym dowiedziałem się dopiero dużo później – propozycję kontynuowania pracy na Monne i w ten sposób dalszego prowadzenia dzieła życia mego dziadka. Nasza rodzina znajdowała się w tym czasie w pochodzie na zachód, nie ma jednak wątpliwości, jaką decyzję podjąłby mój ojciec, gdyby propozycja władz polskich dotarła do niego. Zrozumiałe, że wróciłby na Monne i kontynuował wspólna pracę. Konsekwencją tego byłoby, że stałbym dzisiaj przed Wami jako polski obywatel i po polsku mógłbym przedstawić się Wam w sposób bardziej zrozumiały, niż mogę to uczynić obecnie, gdyż z pewnością w tych warunkach korzystałbym z systemu szkolnego Szczecina, a nie Hamburga.”

Pierwszym Polakiem, który oficjalnie dotarł na Wyspę Mienia był kurator Okręgu Szkolnego w Szczecinie, Ignacy Klimaszewski. W sprawozdaniu z 1 sierpnia 1947r. pisze:

„Wyspa […] jest obecnie opustoszała. Dom mieszkalny jest zupełnie opróżniony z jakichkolwiek sprzętów, wypełniony stosami poniszczonych książek i zapisków obserwacyjnych sięgających jeszcze roku 1914. Żadnych przyrządów nie znaleziono. Miejsce pobytu b. niemieckiego ornitologa Paula Robiena nie jest znane […]”.

W połowie sierpnia Polacy, po „zwiedzeniu szczegółowym wyspy, gruzów budynku i jego otoczenia” doszli do wniosku, że „jakiekolwiek uaktywnienie placówki byłoby rzeczą niesłychanie trudną ze względu na stosunki administracyjne portu”. Fakt, bo przecież już dwa tygodnie wcześniej stwierdzono, że „na brzegu wyspy, porośniętej bujna roślinnością, pozostały jedynie tablice, zabraniające wstępu, w języku rosyjskim i niemieckim”.

Nie znamy więc szczegółów z ostatnich dni i ostatnich chwil Paula Robiena i jego żony, Ewy. Kto wie, może zostali zamordowani tylko dlatego, że Paul odważył się zaprotestować przeciwko strzelaniu do ptaków? A może osławiona Smiersza zobaczyła w jego ręku lornetkę? A może zginęli „ot tak”, bo sołdaty się nudzili? A może lepiej nie znać szczegółów, bo wtedy słowo „człowiek” nie chciałoby nam przejść przez usta…

Szczęśliwie idee Paula Robiena nie zostały zamordowane wraz z nim, bo chociaż uruchomienie dawnej placówki naukowej na Mętnej okazało się niemożliwe, to przecież od sierpnia 1947r. prowadzono na wyspie regularne obserwacje nad ciągami ptaków, głównie wodno-błotnych.

Pierwszy znany polski artykuł o Wyspie Mętnej opublikowała 28 września 1948r. mgr Krystyna Kowalska w „Tygodniku Wybrzeża”. Nosił on tytuł „Apostoł z wyspy Mętnej” i z sympatią opisywał dzieło Paula Robiena. Autorce zawdzięczamy też uratowanie cząstki materiałów stacji – osobiście zebrała je w latach 1948 i 1949, „w gruzach domu tego ornitologa” (zostały przekazane PAN wspólnie z materiałami Jerzego Noskiewicza).

O Paulu Robienie długo nie mówiło się publicznie, na co na pewno wpływały „niesłuszne politycznie” okoliczności jego śmierci. Dopiero we wrześniu 1995r. na miejscu dawnego „domku ornitologa” odsłonięto poświęcony mu obelisk. Wtedy też w Muzeum Narodowym otwarto wystawę o nim i jego następcach, a równolegle odbyło się sympozjum poświęcone tak samemu Robienowi, jak też problemom transgranicznej ochrony przyrody.
I tak „apostoł przyrody” stał się jej patronem, przynajmniej na pograniczu polsko-niemieckim.

Gościem obchodów 50 rocznicy śmierci Paula Robiena był Hartwig Ruthke, wnuk bohatera tej opowieści. Wspominał między innymi swoje dziecięce wizyty na wyspie, zamieszkującego ją puchacza, wyprawy łodzią wiosłową do rybackiej bazy Birkholza i dziadkowe opowieści o wolnym życiu wśród przyrody. Przypomniał też opowieści swojego ojca o ukrywaniu przez dziadka polskich Żydów na wyspie, o dziadkowych poglądach pacyfistycznych, o proekologicznych marzeniach. W swoim przemówieniu stwierdził:

„Z całą skromnością mogę stwierdzić, że ja też odczuwam w sobie szczątkowe tchnienie rewolucyjnej ideologii mojego dziadka. Tak więc próbuje dalej prowadzić – w ramach moich skromnych środków i możliwości – walkę mojego dziadka o ochronę przyrody, przeciwko „bestii-człowiekowi”. Na przykład poprzez wypowiedzi przeciw ciasnej głupocie władz, przez praktyczną współpracę przy urządzaniu biotopu w naszej gminie i przez świadomą rezygnację z niepohamowanej konsumpcji. Przez pisemną krytykę rządzących, ich tchórzostwa, obłudy i służalczego zachowania wobez cynicznego, gardzącego ludźmi, przemysłu.”

Przytoczył też myśl Paula Robiena seniora, którą, moim zdaniem, dzisiaj mógłby zaakceptować każdy świadomy członek społeczeństwa obywatelskiego:
„Ochrona przyrody to przestroga dla nieprzyjaznych przyrodzie pragmatyków, to żądanie dla tworzących historię i sterujących losami narodów, to – ponad wszystkimi waśniami ludzi – bojowe wezwanie sprzeciwu, jeśli ostrzeżenia i żądania nie zostaną usłyszane. […] Ochrona przyrody to krzyk milionów szlachetnych istot, które chcą odepchnąć zimną rękę człowieka od tej ciągle jeszcze zielonej planety”.

Tak sobie myślę, że idee, które sto lat temu zaczął głosić i realizować Paul Robien niewiele straciły na aktualności. Myślę też, że skromny kamień na ruinie Jego Stacji to o wiele za mało, aby „odfajkować” pamięć o wybitnym szczecinianinie, Paulu Robienie z Wyspy Mętnej. Może by tak jego ducha zaprosić do którejś ze szczecińskich szkół?

Wojciech Banaszak

PS. Jak wiadomo, Paul Robien mieszkał w Naturwarte Mönne, w miejscowości Stettin. W Szczecinie miejsce to określano najpierw nazwą „Mętna”, a później „Mienia”. Nie wiem od kiedy używa się nazwy „Sadlińskie Łąki”. Topografia tych obszarów także ulega szybkim zmianom.

W tekście wykorzystano informacje pochodzące z polsko – niemieckiego sympozjum
„Paul Robien – prekursor ekologii Pomorza i jego spadkobiercy;
Historyczny wymiar ochrony przyrody i środowiska w ujściu Odry
– Szczecin, 20-22.09.1995”,
a przede wszystkim:

1/ Tłumaczenia artykułu Paula Robiena z pierwszego rocznika „Pommersche Heimatpflege” (1930)
2/ Tłumaczenia przemówienia Hartwiga Ruthke „Życie i osiągnięcia Paula Robiena – wspomnienia wnuka”
3/ Referatu Jerzego Giergielewicza „Paul Robien – badacz i pionier ochrony przyrody Pomorza”
4/ Referatu Jerzego Giergielewicza i Wojciecha Zyski „Uzupełnienia do biografii Paula Robiena z okresu końca drugiej wojny światowej i powojenne losy jego Stacji Przyrodniczej na wyspie Mönne”