Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

W mieście zupełnie zrujnowanym głośno mówiło się o tym, że Szczecin nie będzie należał do Polski. Dziadek też tak myślał i chciał wracać jak najszybciej w swoje rodzinne Bieszczady. Ciągle marzył o górach, lasach, polach. Zawsze mówił, że w Bieszczadach wszystko jest lepsze: woda, powietrze i chleb zupełnie inaczej smakowały.
W 1946 roku na ulicach Szczecina słychać było mowę niemiecką częściej niż polską. Napisy na sklepach, urzędach ciągle były w języku niemieckim. Mieszkało tutaj jeszcze bardzo dużo Niemców, którzy dopiero w 1947 roku zaczęli masowo wyjeżdżać na Zachód.
Cmentarz wtedy był bardzo zaniedbany i dziki. Pewnego dnia, późnym wieczorem, dziadek natknął się na spotkanie bandy opryszków, dzielących prawdopodobnie zdobyty łup. Cudem uszedł z życiem, gdy zauważono jego obecność.

Wspomnienia spisał: Piotr Dąbkowski z kl. V Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominał:

Mój dziadek do Szczecina przyjechał w 1946 roku. Miał wówczas 30 lat. Do tej pory mieszkał w małej miejscowości tuż obok miasta Lesko, w obecnym województwie Podkarpackim. Od 14 roku życia pracował na kolei. Tuż po wojnie szukano chętnych kolejarzy do wyjazdu na tak zwane Ziemie Odzyskane. Ponieważ chętnych nie było, a mój dziadek był jeszcze kawalerem, to jemu dano nakaz pracy w Szczecinie. Musiał jechać.
Przyjechał pociągiem. Podróż ta trwała kilka dni. Jechał pociągami towarowymi i osobowymi. Dziadek wspominał, że jego pociąg dojechał tylko do dworca „Szczecin Port Centralny”. Stamtąd już pieszo udał się do Urzędu Repatriacyjnego mieszczącego się na ul. Jagiellońskiej. Tam otrzymał przydział na mieszkanie w domku na Gumieńcach.
Kiedy dziadek poszedł pod wskazany adres okazało się, że dom został okradziony, a w najbliższej okolicy nikt nie mieszkał. W nocy wszędzie było ciemno, żadnych ludzi, pusto i daleko do pracy. Grasowały bandy szabrujące wszystko, co się dało. Dziadek mimo, że był człowiekiem odważnym, bał się tam sam mieszkać. Za zgodą odpowiedniego urzędu przeniósł się bliżej centrum.
W mieście zupełnie zrujnowanym głośno mówiło się o tym, że Szczecin nie będzie należał do Polski. Dziadek też tak myślał i chciał wracać jak najszybciej w swoje rodzinne Bieszczady. Ciągle marzył o górach, lasach, polach. Zawsze mówił, że w Bieszczadach wszystko jest lepsze: woda, powietrze i chleb zupełnie inaczej smakowały.
Obiecano mu, że po roku pracy będzie mógł wrócić – ale po roku zjawiła się moja babcia Helena i już zostali wspólnie w Szczecinie. Tutaj urodziła się moja mama, ciocia, wujek, mój brat i ja.

Dziadek opowiadał, że w 1946 roku Szczecin nie funkcjonował jeszcze jako miasto. Główna ulica (obecnie Wyszyńskiego) była zupełnie zrujnowana. W zasadzie stały tam kikuty zniszczonych, zbombardowanych domów. Nad Odrą, wzdłuż drogi prowadzącej do Dworca, obecnie Głównego, a wówczas Berlińskiego, było jedno morze ruin. Ocalał jedynie kościół św. Jana Ewangelisty.
Nad miastem górowały ruiny katedry św. Jakuba ze spalonymi dachami, zawalonymi sklepieniami i filarami. Dziadek pamiętał, że w 1947 roku Katedrę zaczęto przykrywać prowizorycznym dachem i postawiono wokół niej ogrodzenie.

W 1946 roku na ulicach Szczecina słychać było mowę niemiecką częściej niż polską. Napisy na sklepach, urzędach ciągle były w języku niemieckim. Mieszkało tutaj jeszcze bardzo dużo Niemców, którzy dopiero w 1947 roku zaczęli masowo wyjeżdżać na Zachód.
W 1946/47 roku zaczęto wywozić cegły i co cenniejsze rzeczy na Wschód. Wiele lat po wojnie dziadek dowiedział się, że dzięki tym materiałom budowlanym odbudowano Warszawę.
Dziadek początkowo pracował na Dworcu Głównym. Do pracy kilka kilometrów szedł pieszo, mając słońce z przodu (szedł „ku słońcu” ulicą o takiej samej nazwie). Gdy wracał – słońce zachodziło i znów to ono prowadziło go do domu.
Dziadek wraz ze swoją brygadą, razem z szybko przyuczonymi kolejarzami ze wschodnich terenów – panem Władysławem i Kazimierzem – naprawiali tory. Ponieważ nie było żadnych urządzeń, dźwigali wszystko własnymi rękami. Pracowali ponad siły. Byli młodzi, po ciężkich przeżyciach wojennych i cieszyli się mimo wszystko, że mogą pracować, mają gdzie mieszkać i co jeść.
Później przeniesiono dziadka na Wzgórze Hetmańskie na Pomorzanach. Pracował o różnych porach dnia jako dróżnik. Czasami zmieniał swojego kolegę późnym wieczorem. Na Pomorzany nie można było dojechać żadnym środkiem lokomocji – dziadek, aby nie chodzić wiele kilometrów, skracał sobie drogę idąc przez Cmentarz Centralny.
Cmentarz wtedy był bardzo zaniedbany i dziki. Pewnego dnia późnym wieczorem dziadek natknął się na spotkanie bandy opryszków, dzielących prawdopodobnie zdobyty łup. Cudem uszedł z życiem, gdy zauważono jego obecność. Od tego czasu nie skracał już sobie w ten sposób drogi.
Szczecin jeszcze wiele lat po wojnie był miastem bardzo niebezpiecznym.

Mój dziadek w Szczecinie przeżył 40 lat. Mimo, że w latach późniejszych Szczecin stał się miastem z prawdziwego zdarzenia i na pewno żyło się łatwiej, on zawsze tęsknił do swojej rodzinnej miejscowości. I nigdy chleb w Szczecinie nie był tak dobry, jak ten upieczony przez jego własną mamę.