Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Dziadek początkowo był marynarzem. Pływał na statkach „białej floty”, holownikach i barkach, jednocześnie studiując w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego na Wałach Chrobrego. Następnie podjął edukację na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ukończeniu studiów dziadek najprzyjemniej wspominał pracę z inż. Piotrem Zarembą – pierwszym Prezydentem Szczecina.

Wspomnienia spisał: Maciej Moryń z kl. V Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominali: Marianna i Zdzisław Moryń

Moi dziadkowie, Zdzisław Moryń i babcia Marianna, przybyli do Szczecina z Wrocławia. Dziadek po raz pierwszy przyjechał do Szczecina w 1958 roku, a babcia w roku 1960. Na stałe w Szczecinie osiedli w tym właśnie roku, a w 1962 roku zawarli związek małżeński.
Dziadek początkowo był marynarzem. Pływał na statkach „białej floty”, holownikach i barkach, jednocześnie studiując w Państwowej Szkole Rybołówstwa Morskiego na Wałach Chrobrego. Następnie podjął edukację na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ukończeniu studiów dziadek najprzyjemniej wspominał pracę z inż. Piotrem Zarembą – pierwszym Prezydentem Szczecina. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dziadek był kierownikiem biura prezydenta, wtedy, kiedy był posłem i przewodniczącym Frontu Jedności Narodu w Szczecinie.

Babcia początkowo uczyła się w Liceum Medycznym przy Placu Orła Białego, a następnie w Liceum Ekonomicznym. Życie codzienne babci i dziadka było bardzo urozmaicone i pracowite, gdyż łączyli pracę zawodową z nauką.
Dziadkowie od początku mieszkali na prawobrzeżu Szczecina. Początkowo w Dąbiu, a następnie w Zdrojach. W latach sześćdziesiątych prawobrzeże stanowiło samodzielną dzielnicę Szczecina, z odrębną radą i zarządem dzielnicy. W skład dzielnicy wchodziły również samodzielne osiedla: Dąbie, Zdroje, Klęskowo, Kijewo, Wielgowo, Podjuchy, Żydowce, Klucz.

Prawobrzeże od centrum Szczecina oddzielała (i nadal oddziela) rzeka Regalica.
Większość osiedli miała swoje kina: Dąbie – kino „Przyjaźń”, Zdroje: „Szmaragdowe”, Żydowce – „Przodownik ”. W Dąbiu był także Klub Kultury przy ul. Goleniowskiej ( obecnie MDK). Prawie każde osiedle na terenie Prawobrzeża miało własną bibliotekę. Mieszkańcy czytali wtedy dużo książek. Może więcej niż obecnie.
Repertuar kin był bardzo różnorodny. Grano filmy przygodowe, podróżnicze, popularno-naukowe, wojenne i historyczne. W kinach popularna była Polska Kronika Filmowa. Dziadek i babcia często chodzili do kin, gdyż szczecińska telewizja w tych czasach dopiero rozpoczynała działalność i jakość programów była bardzo kiepska. Podczas oglądania programu często psuł się obraz w telewizorze, ponieważ program telewizyjny nadawany był z budynku przy ul. Wojska Polskiego. Nowoczesna antena przekaźnikowa została zbudowana w Kołowie w latach 70- tych.
Na Prawobrzeżu nie było teatrów. W centrum funkcjonowały teatry: „Powszechny”, „Polski”, „Operetka” oraz Teatr Lalek „Pleciuga”.
Ze względu na oszczędność energii ulice były słabo oświetlone. Brak było neonów i reklam.
W dzielnicy były tylko sklepy spożywcze. Na zakupy artykułów przemysłowych i tekstylnych trzeba było jeździć do centrum miasta autobusami i tramwajami.
Sklepy były szare i bezbarwne. Brakowało szeregu podstawowych produktów. Na przykład, żeby kupić mleko, trzeba było chodzić z własną „kanką”, do której nalewano mleko z dużej konwi. Dopiero później mleko w szklanych butelkach roznoszono pod drzwi mieszkań (oczywiście tym, którzy je zamówili).
Na wszystkie większe imprezy kulturalne i sportowe jeżdżono do centrum, gdzie było gwarnie i tłoczno. Życie kulturalne skupiało się w rejonie Wałów Chrobrego, Bramy Portowej oraz ulic: Wojska Polskiego, Jagiellońskiej i Krzywoustego.

Port stanowił zamkniętą enklawę. Natomiast nabrzeże pasażerskie od mostu Długiego do dworca Morskiego tętniło życiem. Zawsze przybywały tam tłumy turystów i spacerujących Szczecinian. Przy nabrzeżu cumowało kilkadziesiąt statków białej floty i były organizowane cogodzinne wycieczki statkami po porcie. Także co godzinę do Świnoujścia odpływał szybki wodolot.
W Szczecinie nie budowano nowych domów, a osiedla wyglądały zupełnie inaczej. Nie było tylu bloków, co teraz, było jednak zdecydowanie więcej domków i zieleni.
Główne problemy dnia codziennego, które wspomina moja babcia, to braki w zaopatrzeniu sklepów i długie kolejki (głównie za mięsem i wędlinami). Bardziej atrakcyjne towary można było kupić w „Pewexie” i „Baltonie”. Trzeba było mieć na te zakupy specjalne talony lub dewizy, które kupowano od tzw. cinkciarzy. Po niektóre towary babcia z dziadkiem jeździli do NRD, do Berlina.
W mieście nie było samochodów prywatnych (mieli je tylko nieliczni), dziadkowie korzystali ze środków komunikacji miejskiej, która było dobrze rozwinięta.
Dziadkowie czytali od początku i nadal czytają „Głos Szczeciński” i ”Kurier Szczeciński”, a także „7 Głos Tygodnia” oraz „Morze i Ziemia”. Tych dwóch ostatnich czasopism już nie ma.
Dziadek i babcia aktywnie spędzali czas wolny. Jeździli na różne wycieczki, spacerowali po lasach. Na każdym z osiedli były tzw. „dechy”, tj. drewniane podium, na którym odbywały się zabawy taneczne. Grała orkiestra i tańczono róże modne w tym czasie tańce. Za każde wejście na podium trzeba było zapłacić złotówkę. Ślad po takim miejscu został jeszcze w Żydowcach, w rejonie byłego stadionu „Wiskordu”. Zabawy taneczne oraz imprezy sylwestrowe organizowane były także przez zakłady pracy. Na bardziej uroczyste okazje chodziło się na tzw. dancingi, do nielicznych restauracji w centrum Szczecina. Mieszkańców całego prawobrzeżna zachęcano do licznych, długich spacerów, gdyż był to rozległy i ciekawy teren.

Dziadek i babcia zawsze dobrze czuli się w Szczecinie. Spędzili tutaj ponad 40 lat swojego życia i są złączeni z tym miastem na dobre i na złe. Mówią, że nigdy nie chcieli wracać do miejsca, w którym wcześniej mieszkali.