Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Kiedy dziadkowie przybyli do Szczecina – miasto było zniszczone. Stopniowo podejmowano prace remontowe. Początkowo cegły z rozbiórek zniszczonych domów wywożono do Warszawy, żeby odbudować stolicę. Jedne z pierwszych nowych bloków wybudowano z okolicach Placu Grunwaldzkiego. Po ulicach jeździły tramwaje, a bilety kupowano u konduktora.
Raz w roku należało pomalować mieszkanie. Malowano wapnem, dodając do niego kolorową farbę. Obowiązkowo musiał być deseń, a przy suficie szlaczek. W sklepach kupowało się szablony z różnymi szlaczkami. Dopiero później pojawiły się pędzle do malowania.

Wspomnienia spisał: Jacob Michalak z kl. V Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska
Wspominali: Teresa i Teofil Miękczyńscy

Moi dziadkowie nazywają się Teresa i Teofil Miękczyńscy. Przyjechali do Szczecina z Kujaw, z okolic Ciechocinka. Oboje pochodzą ze wsi, z małych gospodarstw rolnych. Babcia po ukończeniu szkoły pracowała na poczcie. Tam poznała dziadka. Po ślubie przyjechali do Szczecina, w listopadzie 1954 roku. Ich cały majątek stanowiła walizka.
Przyjechali do wujka Bogdana (starszego brata dziadka). Wujek Bogdan zajmował dwupokojowe mieszkanie, wraz z żoną, ciocią Helą i dwuletnią córką Bożeną. Z nimi też mieszkała teściowa wujka. Po przyjeździe moich dziadków zrobiło się trochę ciasno. Mieszkali tam przez trzy miesiące.
W tym czasie zwolniło się mieszkanie przy ulicy Śląskiej. Było to mieszkanie dwupokojowe z ubikacją na klatce schodowej. Znajdowało się na parterze, w oficynie, z widokiem na śmietnik. Podwórko było małe i ciemne.
Dziadkowie z radością przeprowadzili się na nowe miejsce. W mieszkaniu była kuchenka gazowa, bieżąca woda i piece w pokojach. W kuchni była też kuchenka na węgiel. Rok po przeprowadzce urodziła się moja mama. W mieszkaniu tym mieszkali do 1967 roku.
Po przyjeździe do Szczecina dziadkowie bez trudu znaleźli pracę. Babcia rozpoczęła pracę na poczcie przy ulicy Bogurodzicy, a dziadek w ZUS – ie. Nikt nie obawiał się, że straci pracę.

Babcia Teresa z ciocią Natalią na Wałach Chrobrego, 1959r.

Babcia w Szczecinie ukończyła wieczorowe dwuletnie technikum ekonomiczne. Miała ukończony ogólniak, ale jeżeli nie chciała pójść na studia – musiała ukończyć szkołę o profilu zawodowym.
Według opowiadań babci dwie pensje starczały na opłaty i jedzenie.
W sklepach były podstawowe produkty spożywcze. Warzywa i owoce kupowano na Tobruku, rynku przy dworcu kolejowym. Dużo osób miało ogródki działkowe. Dopiero później owoce i warzywa pojawiły się w sklepach.
Babcia, zanim kupiła pralkę wirnikową „Franię”, prała na tarce. Pościel musiała być wygotowana w kociołku, wykrochmalona i wymaglowana. Magiel był ręczny. Trzeba było nawijać pościel na drewniane drążki i potem kręcić korbą tak długo, aż pranie wyglądało jak wyprasowane.
W sklepach nie było takiego wyboru odzieży jak teraz. Kupowało się materiały i wszystko szyły krawcowe. Buty zamawiało się u szewca. Babcia robiła na drutach sweterki, czapki, skarpetki dla mojej mamy.
Raz w roku należało pomalować mieszkanie. Malowano wapnem, dodając do niego kolorową farbę. Obowiązkowo musiał być deseń, a przy suficie szlaczek. W sklepach kupowało się szablony z różnymi szlaczkami. Dopiero później pojawiły się pędzle do malowania.
Święta były uroczyste i oczekiwane. Przygotowywano różne potrawy, których na co dzień nie jadano. Ciasta przygotowywano w domach lub do upieczenia niesiono do piekarza. Babcia piekła makowce i serniki. Piekła też ciasteczka.

Babcia z córką przed Urzędem Miejskim, 1958 r.

Dziadkowie kupowali prasę codzienną i tygodniki, np. „Przyjaciółkę”. Chodzili do kina i opery. Bilety były stosunkowo tanie i trzeba było stać czasem w długich kolejkach. Chodzili też na występy takich artystów jak: Połomski, Santor, Unicka. Każde takie wyjście było uroczyste. Należało się elegancko ubrać.
Sylwestra spędzali na balach zakładowych. Zakłady pracy organizowały bale i rozprowadzały bilety. Rozprowadzały też skierowania na wczasy. Dziadkowie urlopy spędzali na wsi. Jeździli do swoich rodziców i pomagali przy żniwach i wykopkach. Długi czas pradziadek kosił zboże kosą, a moja babcia razem z prababcią wiązały zboże w snopki.

Kiedy dziadkowie przybyli do Szczecina – miasto było zniszczone. Stopniowo podejmowano prace remontowe. Początkowo cegły z rozbiórek zniszczonych domów wywożono do Warszawy, żeby odbudować stolicę. Jedne z pierwszych nowych bloków wybudowano z okolicach Placu Grunwaldzkiego. Po ulicach jeździły tramwaje, a bilety kupowano u konduktora.
Dziadkowie do swoich rodziców w odwiedziny jeździli pociągami, które miały trzy klasy. W okresie wakacji i świąt panował ogromny tłok. Trudno było wsiąść i wysiąść.
Moja babcia Teresa i dziadek Teofil Miękczyńscy nie myśleli o powrocie w swe rodzinne strony.